Tu jesteś
costam
na marginesie:

Władysław Tomczyk

Były pedagog, handlowiec, obecnie skrzypek uliczny, grający przy kinie Rialto w Katowicach. Znany z wystawiania słuchaczom rachunków na, nieodłącznie mu towarzyszącej, kasie fiskalnej. Ma 63 lata.

Skrzypek grający koło Rialto. Kasę lepiej mieć

Centrum Katowic. Wiadukt nieopodal remontowanego dworca. W powietrzu unosi się kurz, niesie hałas budowy, szum ulicy, terkot tramwajowych kół. Dziesiątki rozmów telefonicznych kleją się w bełkot. Ale jeśli się wsłuchać, można usłyszeć charakterystyczne dźwięki smyczka ocierającego struny skrzypiec. Na uboczu stoi pan Władysław. Ubrany jak co dzień – w starą, granatową kurtkę, ciemne spodnie i zniszczoną czapkę z daszkiem – tworzy prawdziwą Europejską Stolicę Kultury. Pod mostem.

K(l)asa szkolna

Urodził się w czasach, gdy w Liceum Pedagogicznym, do którego chodził, trzeba było mieć instrument. W socjalizmie śpiew i muzyka były bardzo ważne. Szkoła musiała być rozśpiewana, przyjeżdżała filharmonia, były koncerty. Jak wszyscy jego koledzy, traktował to jak tortury. Przez myśl mu nie przeszło, że kiedyś to mu się przyda.

Mama kupiła mu na targu w Będzinie małe, proste, drewniane skrzypce. Nie kosztowały wiele. Gdy przyniosła je do domu, zobaczył, że mają na pudle rezonansowym naklejkę „Antonio Stradivarius 1710”. W szkole zaintrygował tym kolegów. – Władek, jak to jest Stradivarius, to będziesz milionerem – mówili. – Pokaż profesorowi! – To był ich autorytet. Uczył nie tylko gry, ale też szacunku do muzyki. Mały Władysław poszedł więc do niego na początku lekcji i z przejęciem i nadzieją zapytał, czy mógłby je sprawdzić, bo jest taka naklejka, bo to, bo tamto. Klasa zamarła z ciekawości. – Pokaż, chłopcze – powiedział nauczyciel, a potem je obejrzał, pukał, stukał, zagrał, a ich już zżerało w środku. Któryś z kolegów nie wytrzymał i rzucił głośno: – No i co, jest to Stradivarius? – A profesor odpowiedział: – Gdyby to był Stradivarius, to ja bym ci buty czyścił, to tylko podróba. Naklejkę byle dureń może przykleić. To są jakieś cygańskie skrzypce.

Musiała to być podróbka, bo już po szkole pożyczył je komuś, zepsuły się, rozkleiły i nie nadawały się do grania. Tak właśnie pan Władek nie został milionerem.

K(l)asa społeczna

Po liceum pojechał do Wrocławia, gdzie najpierw zaocznie, a potem dziennie studiował polonistykę. Już w czasie studiów pracował w szkole. – Pamiętam go przede wszystkim dlatego, że był wyrozumiały, życzliwy, taki „ludzki” – mówi jedna z jego uczennic. Po obronie tytułu przez krótki czas pracował w redakcjach Dziennika Zachodniego i pisma zakładowego „Zgoda” w Świętochłowicach.

W PRL-u żyło mu się dobrze. Długo był (pod państwowym parasolem) kierownikiem hotelu zakładowego, kaowcem, pracownikiem socjalnym. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, jeszcze za Gierka, wyjechał do rodziny w Anglii. Nie było jednak tam tak różowo, jak się wydawało. Modna była wtedy książka „Europa za 100$”. Jednak tak naprawdę starczyłoby to na tydzień, dwa. O pracę było bardzo trudno. Zaczynała rządzić „żelazna dama” i nie było zatrudnienia dla Anglików, a co dopiero dla imigrantów. Jednak jakoś wegetował. Tu rodzina pomogła, tam znajomy. W Anglii zastał go stan wojenny, miał możliwość, żeby tam zostać, ale postanowił, że wróci. Wszyscy mu to odradzali, radzili, żeby poszedł prosić o azyl polityczny, ale on chciał wrócić. Ciągnęło go do rodzinnych stron, do ojcowizny.

 

                            

 

Kas(kad)a nieszczęść

Po upadku komunizmu zarejestrował własną działalność handlową, wypłynął pod własnym żaglem. W okresie prosperity miał trzy kioski i zatrudniał sześć osób.

Na początku dwudziestego pierwszego wieku, kiedy na polski rynek zaczęły wchodzić supermarkety, interes zaczął się staczać po równi pochyłej. Na szczęście pan Władysław nie wpadł w długi. Kiedy zobaczył, że interes chyli się ku upadkowi, wyrejestrował firmę i poszedł na bezrobocie. Był to dla niego szok! Tu biznesmen, a teraz bezrobotny. Bał się, że ludzie będą się śmiać. Na początku był zazdrosny, kiedy widział swoje stragany w obcych rękach. Ale nie można spoglądać wstecz. Musiał sobie radzić. Najpierw zasiłek, potem zbierał puszki, złom. Było bardzo ciężko, musiał nawet żebrać. Przeżył upokorzenie. Chodził, prosił choćby o 20 groszy, a nieraz słyszał, że ma się wziąć do roboty. Pomógł mu wtedy Kościół. Przede wszystkim duchowo. Wzmocnił się, znalazł oparcie, ale też, żebrząc pod kościołem, słysząc muzykę i śpiew ze świątyni, przyszło mu do głowy, że może lepiej grać niż żebrać. Znalazł w szopie zakurzone skrzypce i zaczął grać.

 

 

Kasa dla KASY?

Kiedy zaczął grać, stanął przed problemem – czy to zarejestrować, czy grać bez papierów. Spytał dawną księgową, powiedziała: – Kasę lepiej mieć. Inni mówili: – Olej to, kasę trzeba serwisować, konserwować. – Sam wiedział, ile to zachodu, bo przecież wcześniej handlował. Poszedł po opinię do Izby Skarbowej, ale żeby tam to rozstrzygnąć, musieliby powołać biegłych – na jego koszt. Poszedł zatem do prawnika. On powiedział, że przepisy są nieostre, nie wiadomo, jak to jest.

W końcu posłuchał księgowej. Także dlatego, że brakowało mu parę lat do emerytury i w ten sposób może do niej legalnie dociągnąć. Ale też, żeby żyć w zgodzie ze sobą. Chociaż nie wychyla się przed orkiestrę, ma kasę, ale nie patrzy na innych krzywo: – Może na emeryturze będę grał bez kasy? – Chociaż ta kasa już do niego przylgnęła. Ktoś mu ostatnio powiedział, że to był świetny chwyt marketingowy. Ostatnio, w związku z tą kasą, spotkał go zaszczyt. Po emisji materiału o nim w telewizji dostał zaproszenie do firmy ELZAB, producenta kas. Przyjechali po niego samochodem, pączusie, kawusie, spotkanie z dyrektorem. Kiedy dyrektor go spytał, czy nie zmieni kiedyś kasy, powiedział: – Może inne są nowocześniejsze, ale my z jednej ziemi jesteśmy, a ja swoją małą ojczyznę bardzo szanuję.

Casa (hiszp. 'dom')

Dziś, żeby dojechać do domu po pracy, wraca dwoma autobusami. A potem przesiada się na rower, który stoi pod Biedronką w Siewierzu. Stary, ruski, więc nie boi się, że mu ukradną, ale sprawdza się. Mieszka w podniszczonym domu, na rodzinnej ziemi, gdzie kiedyś rozciągał się sad owocowy. Niewiele już po nim zostało, przynajmniej materialnie, jednak gdzieś na poziomie sentymentu, przywiązania, ojcowizna stanowi dla pana Władysława skarb nie do przecenienia. Co przelewa zresztą na muzykę. Najczęściej gra piosenki swojej młodości: „Gdzie jest mój dom”, „Wiśniowy sad” – ma do nich sentyment, bo przywodzą mu na myśl skojarzenia z jego własnym życiem. W czasach największej biedy zadawał sobie pytanie: „Gdzie jest mój dom”. I o to, czy chodzi o ten materialny, czy o ten duchowy w Wieczności. „Wiśniowy sad” mówi natomiast o przemijaniu, życiu. Przypomina też dom rodzinny, przy którym był sad. Teraz już nie go ma, drzewa uschły. Wspomina to z rozrzewnieniem, a muzyka, którą gra, jest tego wyrazem.

 

 

Kasa zapomogowa

Chociaż pisały o nim ogólnopolskie dzienniki, TVN nakręcił reportaż, a w katowickim środowisku studenckim stał się nie tylko rozpoznawalny, ale i sławny, właściwie mało kto zna tak naprawdę pana Władysława. Kiedy zagadywałem handlarzy pracujących obok „stanowiska” skrzypka, mówili to samo: – No tak, znam… Ale nie wiem nic o nim. Gra tu, to go widuję, ale skąd jest, gdzie mieszka, nie wiem. Nigdy nie rozmawialiśmy.

On sam woli bardziej słuchać niż mówić. Ma dobry kontakt z ludźmi, co chwilę ktoś podejdzie, porozmawia, wyżali się: że starość, że brakuje sił albo pieniędzy – zwykłe ludzkie problemy. Czasem mówi, że ma taką poradnię zaufania. Już po pierwszej rozmowie z panem Władysławem widać, że choć rzadko się uśmiecha, potrafi zrozumieć krzywdę, żale innych, i więcej – zna to z autopsji. Przychodzą żebracy, proszą, żeby pomógł, on daje. Sam był w ich sytuacji, na dnie. Inaczej się patrzy na świat, kiedy się klęczy pod kościołem. To zupełnie inna perspektywa.

Przerwę od grania robi w Wielkim Poście i na początku Adwentu. A tak, to świątek piątek gra. Chyba że przychodzą mrozy. Ręce ma zahartowane, skrzypce też wytrzymują, ale maszyna przestaje pracować.

Ogranicza go tylko kasa.



Tekst: Patryk Mataniak
Fotografie: Marek Grajcar
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone.

comments powered by Disqus