Tu jesteś
costam
na marginesie:

„Wieczorek”

jedyny żyjący twórca Grupy Janowskiej. Urodził się 18 czerwca 1936 roku w Giszowcu, dzielnicy Katowic. W swoim malarstwie wykorzystuje m.in. zainteresowanie okultyzmem, metafizyką, śląskością i pięknem kobiecego ciała. Fascynuje go kultura Dalekiego Wschodu. Jego obrazy kipią kolorem i wszechobecną symboliką. Zdobył uznanie nie tylko w Polsce, ale i na świecie (Chorwacja, Włochy, Francja). Z natury optymista z duszą poety.

Małgorzata Szejnert

absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, wybitna dziennikarka, współzałożycielka „Gazety Wyborczej”, w której przez 15 lat prowadziła dział reportażu. W sierpniu 1980 roku pomagała przy redagowaniu biuletynu strajkowego, który potem przekształcił się w pismo NSZZ Solidarność Pomorza Zachodniego. Jest autorką m.in. „Czarnego Ogrodu” (opowiadającego o katowickich dzielnicach: Nikiszowcu i Giszowcu oraz o ludziach z nimi związanych), „Domu żółwia. Zanzibar” czy „Wyspy klucz”. Laureatka m. in. pierwszej edycji Nagrody Mediów Publicznych Cogito.

Lech Majewski

reżyser filmowy i teatralny, pisarz, kompozytor, poeta i malarz. Należy do członków Gildii Reżyserów Amerykańskich i Europejskiej Akademii Filmowej. Urodził się w Katowicach. Początkowo studiował malarstwo w Akademii Sztuk Pięknych, by w 1973 roku rozpocząć naukę na Wydziale Reżyserii PWSFTViT w Łodzi. To twórca wszechstronny, podziwiany i wielokrotnie nagradzany w Polsce i za granicą (Wielka Brytania, USA, Niemcy). W jego filmach grali m.in.: Gary Oldman, Benicio del Toro, Dennis Hopper.

Erwin Sówka. Śląskie baby są jak piersi

I cóż w tym złego? Że nawet gołe? Przecież jest na co popatrzeć. Jemu wolno. W końcu artysta. Ale nie to jest najważniejsze. I nie od razu o aktach będzie. Będzie raczej o subtelnościach. O tym, kim jest, skąd pochodzi i dokąd zmierza. Będzie o człowieku. Mężczyźnie z żebra Ewy wyrwanym.

fot. Agnieszka Młynarczyk

Oko w oko

Daleki Wschód jest trochę jak bajka: kolory, żywiołowość, taniec, namiętność. – Pojechałbym na Wschód, gdybym miał 20 lat. Może ożeniłbym się z Hinduską? – wyznaje. Jego żona nie ma mu tego za złe. I tak wie, że kocha ją najbardziej na świecie. To ona jest jego „podporą, laską, kryką”. Jego najdoskonalszą kobietą. Taką, która zrobi kawę. I nie zapomni posłodzić tyle, ile trzeba.

Barwny Wschód na katowickim osiedlu da się zobaczyć. A nawet usłyszeć. Na ostatnim piętrze. Stoi na parapecie okna, ma więc doskonały ogląd na bieg zdarzeń. Jest wprawdzie w klatce, ale nie czuje się nieszczęśliwy. W końcu śpiewu nie można uwięzić. Papużka falista doskonale o tym wie i z wiedzy tej czyni nieustannie użytek. Nie wiem, czy pochodzi ze Wschodu, ale na pewno ma z nim coś wspólnego.

Pani Sówka wita mnie, stojąc w drzwiach. Omiatam wzrokiem wypolerowane na błysk kuchenne szafki w niebieskie wzory. Skromny wystrój mieszkania. Zupełnie jakbym odwiedzała swoich dziadków, a nie prawdziwą legendę (bo to nie tylko te gołe baby przecież). To nic, że herbata w szklance zaczyna stygnąć. W obecności charyzmatycznego człowieka głowy nie zaprzątają takie drobiazgi. Nie chce się pić. Chce się słuchać.

Choćby o tym, że Pan Erwin chciałby nauczyć się grać na jakimś instrumencie (najlepiej akordeonie), ale jest w tym „kompletną nogą”. Albo o tym, że „nastawienie ma zawsze bojowe”. Do życia, swojej twórczości, codzienności. To bardzo pokrzepiające usłyszeć takie słowa z ust 75-letniego mężczyzny.

Pan Sówka ma niebieskie oczy. Piękne, podobne do oczu mojej mamy. Ma pogodną twarz, taką z uśmiechem. I wygląda na to, że ten dobry humor jest zaraźliwy. Ale nie jak katar, którego człowiek chce się pozbyć. Bardziej jak pasja do czegoś albo zachwyt nad czymś. Coś, co chce się odkryć i zatrzymać u siebie. Jak najdłużej.

fot. Agnieszka Młynarczyk

Z człowiekiem

O jego malarstwie słyszało wielu. Niektórzy nawet widzieli jego obrazy. W końcu zdobył światową sławę. Jego prace podróżują, przekraczają granice, budzą emocje. Sam Pan Sówka nie może już podróżować. Ale to nic nie szkodzi. Z jego wyobraźnią nawet do Indii bliziutko. Blisko, bo zaledwie parę kroków, do sąsiedniego pokoju. To tam znajduje się pracownia.

Wystarczy przekroczyć próg, przechylić głowę. Jest tuż obok. Nie mogłoby być inaczej: „malarstwo idzie ze mną przez całe życie. Malarstwo jest zawsze zaskakujące, stale można coś odkryć”. I w dodatku – podróżować. Przenosić się tam, gdzie wyobraźnię czuje się najlepiej.

Małgorzata Szejnert , autorka m.in. „Czarnego ogrodu”, mówi mi, że Sówka jest pełnowymiarowy, krwisty, rubaszny, gadatliwy, ale – co podkreśla – i z potrzebą metafizyki. Ślązak pełną gębą. Roześmianą od ucha do ucha. Ale i z czujnym, bystrym okiem. Dzięki niemu dostrzega życie, które toczy się za oknem: w przeciwległych blokach – „Gwiazdach”, zajezdni tramwajowej, na wstęgach przecinających się dróg dzielnicy Zawodzie. Wiadomo: z góry widać lepiej i szerzej. To miła odmiana po latach spędzonych pod ziemią. Może dlatego jego obrazy tak kipią kolorem?

Nie kończył szkół artystycznych i wcale tego nie żałuje. Nie uczył się malować. Czuje i robi to po swojemu. Od 16. roku życia – wtedy namalował pierwszy obraz. To była i jest jego pasja. Jak dla innych sport czy muzyka. Zaczął pracować w kopalni, co nie dziwi, skoro urodził się na Śląsku. Ciężka fizyczna praca nie zniszczyła jednak jego zainteresowania malarstwem. Może nawet, paradoksalnie, pozwoliła mu je rozwinąć?

Bo oto przy kopalni „Wieczorek”, w której pracował, powstaje Zakładowy Dom Kultury – miejsce spotkań i dyskusji innych malarzy-amatorów. Tam Pan Erwin spotyka m.in. Teofila Ociepkę, Ewalda Gawlika czy Pawła Wróbla. Stworzą Grupę Janowską – jedyną w swoim rodzaju. Zafascynowaną okultyzmem i metafizyką. Wspólnie malują, dyskutują o swoich pracach i o tym, co pozornie nijak się ma do surowego, górniczego żywota: o magii, ezoteryce, dziwacznych mocach Saturna...

Pan Sówka kocha życie. Wierzy w to, co niematerialne i duchowe, w Boga i opiekę świętej Barbary. I w to, że sacrum zderza się nieraz z tym, co ziemskie. I że to przynosi zmiany. Mówi o przemijalności. Także swoich obrazów. Pewnie stąd ten optymizm i potrzeba afirmacji życia tu i teraz. Lech Majewski – reżyser filmu „Angelus”, opowiadającego o Grupie Janowskiej (której Erwin Sówka jest jedynym żyjącym twórcą) – pisze o nim, że jest „fenomenem, oksymoronem [...]. Człowiekiem pracującym pod ziemią, myślącym o sferach niebieskich”. Ale nie tylko – bo także o śmierci. O tym, co jest potem.

Pan Erwin i w tej sprawie wydaje się być optymistą: widzi siebie w raju jako młodego człowieka. Już nie musi pracować. Żyje w rozkoszy ze swoja żoną, ale równie dobrze może też mieć pięćdziesiąt kochanek. Jest szczęśliwy. Wszyscy są szczęśliwi. Ale ziemia do szczęścia też się nadaje. Trzeba tylko do niego dążyć.

 

 

Z mężczyzną

W młodości podglądał kobiety przez dziurki od klucza. I wciąż uwielbia je podziwiać i adorować. Kobiety są całym światem, muzami i bohaterkami jego obrazów. – Maluję głównie dla kobiet, żeby im się podobało – wyznaje. Dlaczego? W śląskiej rodzinie to matka zawsze była „główną instancją”, opiekunką i podporą. Na jego obrazach właśnie śląskość jest bardzo kobieca. Akty powabnych kobiecych ciał wkomponowane są w architekturę śląskich dzielnic. Są ich bardzo ważną częścią. – Kobiety maluje albo wyidealizowane, albo przeciwnie – masywne, piersiaste, biodrzaste – i często eksponuje najintymniejsze części ciała, bez najmniejszego skrępowania – opowiada Szejnert. Może dlatego, że – jak mówi sam malarz – „wyrósł z żeńskiego korzenia”. Nie wstydzi się przyznać, że jest w nim dużo kobiecych cech. Co więcej, nie ujmuje mu to ani odrobiny męskości.

Z artystą

Jego prace wystawiano m.in. w Państwowym Muzeum Etnograficznym w Warszawie, Muzeum Narodowym we Wrocławiu, Muzeum Śląskim w Katowicach, a także w wielu europejskich krajach: Chorwacji, Włoszech, Francji. Zagrał nawet samego siebie w filmie „Angelus” Lecha Majewskiego. – Nie czuję się sławny – sam sobie stawiam poprzeczki – wyznaje mimo to. Jego popularność idzie wraz z czynami, nie wyprzedza ich o milowe kroki. To twórca pewny siebie i niezależny. Nie znaczy jednak, że wolny od wątpliwości.

– Musi malować, przetwarzać, asymilować bolesną codzienność w magię swoistego amalgamatu religii, znaków, pojęć. – Majewski dostrzega w malarstwie Sówki tajemnicę, fascynację Indiami i metafizyką w połączeniu ze śląskością. Połączenie barwne i pełne symboliki. Sówka wyraźnie zaznacza, że tworzy własne widzenie świata. Na przykład Nikiszowiec, w którym po wojnie mieszkał, przebudowuje według osobistej wizji – pozostaje rozpoznawalny, stworzony jednak z nowego porządku. W głowie artysty krąży już pomysł na nową odsłonę dzielnicy: Nikisz z nadbudową kosmiczną, budynki unoszące się w powietrzu, tańczące nimfy. Mistyka na górniczej, pragmatycznej ziemi. W czystej postaci.

Władze PRL-u krytykowały go przede wszystkim za to mistyczne spojrzenie i gołe baby (dla władzy ważna była przecież praca, a nie bujanie w obłokach). Ale Sówka ciągle robi swoje i zawsze pokazuje prawdę. Nie sugeruje się twórczością innych malarzy. Zdaniem Małgorzaty Szejnert, wysoko ceni własną pracę, ale potrafi także śmiać się z siebie i dokonywać samokrytyki.

O dziwo, jego także nachodzą zwątpienia: po co? Dlaczego? – Nigdy nie jestem zadowolony ze swojego malarstwa – mówi. Dodaje jednak od razu, że to cecha prawdziwego artysty. Takiego, który „jest skazany na samotność”. Dzieło i on. Sam na sam z myślami. Satysfakcja? Nigdy stuprocentowa. Samotność – zawsze. Jako prześladowca, ale i wybawienie.

 

 

Zza okna

– Świat się schacharzył – mówi malarz. Liczy się przede wszystkim pieniądz. Nie wiara. Sówka-poeta metaforycznie widzi ten proces tak: przepełniony autobus, w którym ludzie przepychają się, krzyczą na siebie, coraz trudniej zdefiniować im cel swojej podróży. Pan Erwin obserwuje nowy wiek i zdecydowanie wyraża poglądy na jego temat. Bardzo różnorodne. Takie, w których daje się wyczuć sprzeciw, ale także akceptację. Mówi o braku szacunku i solidarności. Rozwiązłości życia. O potrzebie pracy młodych dla kraju. Emancypacji kobiet. O tym, że „nigdy nie będzie płakał za starym Śląskiem”, bo trzeba budować i tworzyć nowe. I o tym, że choć oficjalnie jesteśmy monogamistami, to w myślach stajemy się poligamistami, manipulowanymi przez namiętności i żądze.

Czyta książki Hare Kryszny. Łączy mity górnicze i kulturę Orientu. Nawet w zwykłych rzeczach dostrzega poezję i duchowość. – Drzewa to włosy Pana Boga, sierść na jego skórze – mówi. Ma wspaniałą żonę. Talent. Sławę. I mówi bez ogródek: „Sówka na prezydenta!”.



Tekst: Dagmara Tomczyk
Fotografie: Agnieszka Młynarczyk
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone.

comments powered by Disqus