Tu jesteś
costam
na marginesie:

Silesia Dance

lokal na ulicy Dworcowej. Wcześniej mieścił się w „Domu Prasy”, znajdującym się na katowickim rynku. Miejsce spotkań seniorów ze Śląska. Nieformalne biuro matrymonialne. To tutaj przychodzi się, by kogoś poznać, zatańczyć i napić się drinka. Oblegany przez starszych, ale młodzi też się pojawiają. Bardzo popularny.

Tomasz

ma 27 lat, jest informatykiem i DJ – amatorem. Chodzi modnie ubrany, z kilkudniowym zarostem i nieodłącznymi okularami pilotkami. Jest stałym bywalcem imprez tanecznych w Silesia Dance (d ponad dwóch lat przynajmniej raz w miesiącu się tam pokazuje). Jak mówi, zwyczajnie lubi to miejsce. Zaprowadziła go tam mama, która chciała kogoś poznać. Twierdzi, że to idealne miejsce na poprawę samopoczucia

Mama Tomasza

50 letnia, była bywalczyni dancingów. Obecnie w szczęśliwym związku z mężczyzną, którego poznała „na tańcach”. .

Pan Andrzej

elegancki, starszy pan, około 50-letni. Bardzo zaaferowany i zaangażowany w czasie dancingu. „Król parkietu”, co chwilę z nową partnerką u boku.

DJ Janusz

bardzo elegancki, 70-letni mężczyzna . W jednej ręce trzyma mikrofon, drugą obsługuje konsoletę. Cały czas żywo reaguje na to, co się dzieje na parkiecie. Wcześniej, przez 30 lat pan Janusz grywał na perkusji w różnych zespołach. Od 1984 r. do 1988 r. grał na pokładzie TSS Stefan Batory.

Dancing dla seniorów. Nie dają za wygraną

Masz pięćdziesiąt bądź więcej lat – zapraszamy, to miejsce właśnie dla ciebie. Jesteś dwudziestoparolatkiem – wpadnij, może ci się spodoba. Dancing, zabawa typowo dla seniorów czy też może i młodych?

 

Mój pierwszy raz

– A mnie się tu podoba, zwyczajnie dobrze się czuję – tak zaczyna Tomasz, który trochę nie pasuje do tego miejsca, ma raptem 27 lat. Modnie ubrany, koszula w kratę, podwinięte rękawy, poprzecierane spodnie, kilkudniowy zarost, ciemne okulary, pilotki. Nie różni się specjalnie od innych dwudziestoparolatków, podobnie jak oni chce dobrze wyglądać, gdy idzie na imprezę. Od dwóch lat najlepsze imprezy zalicza na dancingu. To wtedy jego matka poprosiła, by poszedł z nią „na tańce”. Sama się trochę krępowała, z synem u boku czuła się pewniej. Ona lat 50, on o ćwierć wieku młodszy.

 

ilustracja Katarzyna Lamik

 

– Zaczęło się prozaicznie, mama chciała kogoś poznać. A na dancingu nie było z tym problemu. Brakowało jej tylko odwagi, więc poszedłem z nią, trochę jak przyzwoitka – śmieje się Tomasz na wspomnienie swojej pierwszej imprezy. – Wtedy dancing był gdzie indziej, w samym centrum Katowic, na rynku, nazywało się to „Pod Prasą”. Pierwsze wrażenie: takie, że na nikim nie zrobiłem wrażenia. Towarzystwo w wieku mamy i starsze, ja dużo młodszy. Nikt na mnie nie patrzył krzywo, nie uśmiechał się szyderczo. Wszyscy życzliwi i otwarci. Od razu luz i swoboda, jakbym był stałym bywalcem. I się zaczęło. Nie minęło pięć minut, a mama była już na parkiecie. I to z obcokrajowcem. Zaprosił nas do stolika, ugościł, a mama się uśmiechała, cały czas. Nie widziałem jej takiej od dawna. Ja, szczęśliwy, że jej się podoba, że jest adorowana, wesoła, odżyła tej nocy. Tej jednej nocy odmłodniała o kilka lat. Razem bawiliśmy się do rana. Rzadko mi się to zdarza w normalnych lokalach, typowych dla „młodych”. Tam to norma – wypowiadając te słowa, jest ewidentnie poruszony, gestykuluje przy tym, widać, że wspomnienie tamtego wieczoru jest ciągle żywe. – Takie wypady powtórzyliśmy jeszcze kilka razy. Sami i z jej koleżankami. Z początku były nieufne, ale szybko im się spodobało. Teraz, gdy mama już tam nie chodzi, to ja spotykam się z nimi, z „dziewczynami”, jak je pieszczotliwie nazywam – śmieje się rozbawiony tym, co powiedział. – Cel został osiągnięty, mama w końcu znalazła partnera, z którym jest teraz w związku, szczęśliwym związku. A ja odkryłem miejsce dla siebie. Raz, dwa razy w miesiącu chodzę na dancing.

Czekając na czwartek

– Czemu zapraszasz mnie właśnie w czwartek? – pytam Tomasza lekko zdziwiony.

– Przyjść w weekend każdy potrafi, ale w czwartek jest największy lans, to jest dzień dla największych zapaleńców, to w czwartki przychodzą ci, co się liczą – wypowiada te słowa bardzo stanowczo, niczym mantrę. Nie protestuję, milknę i zawierzam fachowcowi z ponad dwuletnim stażem. Miejsce, do którego idziemy, nazywa się Silesia Dance, mieści się na ulicy Dworcowej. Godzina 19, w środku komplet, parkiet wielkości boiska do koszykówki – pełny. Loże – wszystkie zajęte. Bar – oblegany. Wystrój dość ascetyczny, toporne krzesła obite tkaniną przypominającą turecki dywan. Na stołach dyskretne obrusiki, niezgrabne kufle, szklanki i literatki, wszystko wyciągnięte jakby ze starego kredensu pamiętającego jeszcze PRL. Wszędzie króluje kolor bordowy. Tylko srebrna kula zwisająca z sufitu trochę nie pasuje do tego miejsca. Wszechobecny tłok i ścisk. Nawet najmodniejszy lokal w Katowicach o tej porze nie może się z tym równać. Seniorzy rządzą. Brak wolnych stolików, ale i na to Tomasz ma radę. Dosiadamy się do jednego, zajęty, ale są wolne miejsca.

– To jest właśnie fenomen tego lokalu, dosiadasz się do gości. Nikt nie protestuje, jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło. W innym miejscu jest to nie do pomyślenia.

Faktycznie naszemu „gospodarzowi” to nie przeszkadza. Elegancki starszy pan nawet nie zwraca na nas uwagi, sączy swoje piwo i bacznie lustruje salę. Biała koszula, rozpięta pod szyją, bez krawata, kamizelka, również rozpięta, spodnie od garnituru niepasujące do reszty zestawu. Garderoba, która lata świetności ma już dawno za sobą. Zestarzała się, godnie, wraz ze swoim właścicielem. Jednak panu Andrzejowi to nie przeszkadza, rusza na parkiet, gdzie są dziesiątki takich jak on. Kobiety w wymyślnych fryzurach – dominują fantazyjne koki jakby specjalnie przygotowane na ten wieczór. Kreacje – stonowane, szykowne, ale ewidentnie wiekowe. Dawno wyszły już z mody, w przeciwieństwie do ich posiadaczek, które chcą się czuć młodo, tańczyć i bawić. Panowie – to już prawdziwy galimatias: od nienagannie skrojonych garniturów, przez eleganckie koszule, aż po nieśmiertelne białe skarpety w sandałach. Wszyscy uśmiechnięci, nikt nie patrzy na stroje, na brzuchy czy łysinę. Każdy na parkiecie bawi się do upadłego, aż do przerwy, która jest co pół godziny i trwa jakieś dziesięć minut. W sam raz, by odsapnąć, zapalić papierosa, wzmocnić się wódeczką bądź piwkiem. Przerwami zarządza DJ, pan Janusz. To na jego komendę wszyscy wracają na swoje miejsca. Jak nasz „gospodarz”. Krótka rozmowa z nami, parę łyków piwa. Rozpostarty siedzi przy stole, jedna noga oparta o krzesło, spogląda na stolik obok, roztacza przy tym aurę mówiącą: „jestem królem tego parkietu”. Gdy tylko muzyka powraca, pan Andrzej wstaje jak oparzony i bez ceregieli prosi pewną panią do tańca. W odpowiedzi dostaje znamienne: „dobrze, ale bez obłapiania i zaglądania w dekolt”. I tak przez całą noc, co chwila z innymi partnerkami, ale zdecydowanie już z zaglądaniem i obłapianiem.

Król DJ

Jak królem parkietu można było nazwać pana Andrzeja, tak królem panującym absolutnie w lokalu jest DJ. DJ Janusz, siedemdziesięcioletni siwy mężczyzna. Garnitur, ciemna koszula, krawat, bardzo elegancki. Wyprostowany na swoim stanowisku, w jednej ręce mikrofon, drugą obsługuje konsoletę. Cały czas żywo reaguje na to, co się dzieje na parkiecie. Gdy tylko atmosfera siada, wypuszcza energetyczny kawałek. Seniorzy nie dają za wygraną.

– Uwielbiam tego gościa – ożywia się Tomasz, który sam jest DJ-em amatorem. – On ma świetne wyczucie, wie, jak trzymać ludzi na parkiecie przez całą imprezę. Niektórzy w ogóle z niego nie schodzą, przychodzą tańczyć, przychodzą właśnie dla pana Janusza. Byłem w różnych miejscach na dancingach. W Katowicach są jeszcze dwa. W Caffe Europa i w Hotelu Katowice. Ale nie mogą się równać z tym. Tu jest najlepiej, bo pan Janusz jest najlepszy. Gra z płyt CD, a ja gram z komputera, amatorka, w porównaniu do niego – mówi te słowa z niezwykłym pietyzmem. A w płytotece pana Janusza najnowsze hity i najmodniejsi wykonawcy : Lady Gaga, Shakira, Michael Telo, David Guetta, wszystko, czego słuchają młodzi w klubach. Są oczywiście rzeczy, które są równolatkami gości. Ale oni najlepiej się czują, gdy bawią się przy nowościach, tak jak ich dzieci i wnuki. Wtedy nikt nie myśli, by opuścić parkiet. A co jest najmodniejsze? Już trzeci raz leci Pitt Bull.

Wcześniej przez 30 lat pan Janusz grywał na perkusji w różnych zespołach. W latach 1984–1988 grał na pokładzie TSS Stefan Batory. – Tam to były dancingi. To były dobre czasy – wspomina z rozrzewnieniem pan Janusz. – I to zderzenie z Zachodem. Każdego roku mieliśmy tzw. rejsy dla gości z zagranicy – najczęściej Amerykanów i Kanadyjczyków. Ci to się dopiero umieli bawić, a znajomością tańca zdecydowanie przewyższali naszych pasażerów – opowiada. – Zresztą kiedyś to się działo w Katowicach. Teraz takie miejsca jak to można policzyć na palcach jednej ręki. A były dancingi z prawdziwego zdarzenia, z orkiestrą na żywo. Hotel Polonia, gdzie też były zabawy, zamknięty. Niszczeje Varietes Centrum u Michalika przy al. Korfantego. I grali tam wszyscy, którzy liczyli się w rozrywce: Skaldowie, Eleni, Violetta Villas. W latach 70. U Michalika był jednym z najmodniejszych i najbardziej obleganych lokali – kontynuuje pan Janusz.

Teraz najmodniejszy jest Silesia Dance, ostatni lokal, który nawiązuje choć trochę świetnością do swoich poprzedników. A to wszystko za sprawą pana Janusza, który jest najbardziej oblegany w całym lokalu. Gdy tylko kończy się przerwa, wraca na swoje stanowisko, a za nim ustawia się wianuszek „wielbicielek” proszących o kolejne kawałki.

Są dziewczyny, jest impreza

Tłum w lokalu gęstnieje, robi się coraz tłoczniej. Spoglądamy z Tomaszem na parkiet, mamy swoich faworytów – pary, które przez cały wieczór tańczą. Prawdziwi zapaleńcy. Godni podziwu. Tomasz kończy swoje piwo, ja zamawiam dla siebie i po wódeczce dla nas obu. Do stolika przynosi nam je śliczna kelnerka, młodziutka blondynka, uśmiecha się zalotnie w moją stronę, kasuje 23,50 zł, odchodzi.

– Stary, ale dałeś ciała, trzeba było do niej zagadać – śmieje się ze mnie Tomasz. – Siedzisz tu już parę godzin i nic. Niczego się nie nauczyłeś, a powinieneś od starszych. Też kiedyś w tym miejscu poznałem fantastyczną dziewczynę, była młodsza ode mnie, przyszła z koleżanką, dosiadła się z braku miejsc, jak my dzisiaj, i tak się zaczęło. Prosta historia jakich tu wiele. Patrz na tych ludzi, tutaj nikt niczego nie ukrywa, nikt niczego nie maskuje, nie udaje. Są szczerzy i uczciwi do bólu. Każdy, kto tu przychodzi, wie, że coś się wydarzy. Kogoś pozna, zatańczy, może to być jeden taniec, jedna noc, a może z taką osobą przetańczy już resztę życia. Takie miejsca są właśnie po to. A ty po co tu przyszedłeś? Po co chodzisz do klubów? – zwraca się do mnie. Szczerze zaskoczony nie odpowiadam.

– Chodź na wódkę – kontynuuje Tomasz. Nie dochodzimy do baru, w jednej z lóż lekkie poruszenie na widok mojego kolegi. A w niej cztery eleganckie starsze panie. Przedział wiekowy między czterdzieści a sześćdziesiąt lat. – To są właśnie moje dziewczyny, o których ci wspominałem. – Przedstawia nas sobie, a sam oddaje się ekspresyjnej rozmowie z Gabrychą. Ja natomiast przysłuchuję się rozmowom pozostałych. Tematy – żywo jak z liceum. – Patrz, jak ona się ubrała, a to zdzira, jak kręci tym tyłkiem, ciekawe z kim dzisiaj wyjdzie z imprezy – tak dosadnie komentują dziewczyny dość skąpo ubraną blondynkę, która zawładnęła na moment środkiem parkietu, a razem z nim gronem mężczyzn.

– Co, zazdrościcie jej powodzenia? – pytam przekornie, ośmielony niejednym kieliszkiem wódki.

– Ale my nie musimy o nie wcale zabiegać – dodaje niewzruszona Basia. – Wiesz, my tu naprawdę lubimy przychodzić, no bo niby gdzie. Odchowałyśmy dzieci, wychowałyśmy mężów i wreszcie mamy czas dla siebie. Czasu jest dużo, ale miejsc, gdzie można się zabawić, mało. To jest jedyne takie. Potańczyć, poplotkować, pobawić się. Kobiety w każdym wieku to lubią. Wierz mi: jak jeszcze jakiś przystojniak się dosiądzie i zaprosi do tańca, to aż chce się żyć – wypowiadając te słowa, uśmiecha się zalotnie jak „moja” kelnerka parę godzin wcześniej.

Następne trzy minuty należą tylko do nas, królujemy na parkiecie, w tle nowość z list przebojów, ale nie zważamy, jaka. Niczym nastolatki na szkolnej dyskotece tańczymy bez opamiętania. Koniec, Basia dziękuje i przeprasza, że musi już iść, bo późno. Ja jeszcze zostaję. I tylko nie wiem, kto po dancingu jest bardziej zadowolony: Basia, lat sześćdziesiąt, czy ja, młodszy od niej o ponad połowę.



Tekst: Paweł Kamiński
Ilustracja: Katarzyna Lamik
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone.

comments powered by Disqus