Tu jesteś
costam
na marginesie:

Hotel Silesia Katowice

otwarty w maju 1971 roku. Silesia jest jedynym hotelem Orbisu, który na stałe zdobył sztandar przechodni prezesa Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki (prestiżową nagrodę przyznawaną za najwyższą jakość oraz najlepsze zyski dla hotelu w całym kraju). Hotel był w czołówce przez trzy lata z rzędu: od 1973 do 1975. Słynął ze znakomitej restauracji i popularnej cukierni. Przez 35 lat przyjmował polskich i zagranicznych gości. 15 grudnia 2006 roku hotel zamknięto.

Hotel Silesia. (Nie)zapomniany hotel

Pobyt w hotelu Silesia to pełny relaks po trudach dnia codziennego –

– brzmi jego hasło reklamowe. Udało mi się dostać na otwarcie. Stoję obok Mirosława Płachty, przyszłego pierwszego dyrektora hotelu. Jest maj 1971 roku. W towarzystwie partyjnych dygnitarzy i wojewody śląskiego Jerzego Ziętka przecinającego wstęgę obserwuję z bliska, jak zostaje otwarty jeden z najdroższych i najbardziej luksusowych hoteli w ówczesnej Polsce.

 

fot. Anna Mika

 

Hotel stoi w centrum miasta. W pobliżu runku. Około pół kilometra od dworca kolejowego. Oferuje gościom sześć apartamentów, pięćdziesiąt siedem pokoi jednoosobowych i sto trzydzieści cztery dwuosobowe, ze zmodernizowanymi łazienkami, TV Sat, radiem i telefonem. Słynie z renomowanej restauracji, jest w nim też kantor, fryzjer, salon kosmetyczny, kawiarnia, kiosk, cukiernia, punkt sprzedaży galanterii i pamiątek oraz sklep spożywczy. Czego tylko dusza zapragnie. A przy hotelu garaże oraz strzeżony parking.

Wchodząc do holu, widzę wyłożone boazerią ściany, sufit w kamykach, a do tego ozdobne elementy z metaloplastyki. Został wybudowany w PRL-u, architektura jest surowa i toporna, ale to przecież norma. – Hotel ma cztery gwiazdki, co jest synonimem prawdziwego luksusu. Do kawiarni w niedziele zaraz po mszy przychodzą eleganckie panie w kapeluszach, elita Katowic – zdradza mi Krystyna, recepcjonistka. Wszechobecne są bogato zdobione wykładziny, na podłodze marmury. Przy wejściu barek z wysokimi krzesłami, Pewex oraz klub nocny, który działa w podziemiu Silesii. To pierwszy i jedyny taki przybytek w Katowicach. Jego główną atrakcją jest striptiz.

 

fot. Anna Mika

 

U Pani Krystyny odbieram klucze do pokoju, mam numer 45. Wchodzę, wewnątrz meble z lat 70. i 80. z politurą, w oknach długie firany i ukwiecone fioletowo białe zasłony – taki sam wzór mają narzuty na łóżku. Obok mała szafka z mleczną lampą nocną i czerwonym telefonem z tarczą. Beżowa tapeta nadaje całości spokojny i stonowany wygląd. Kładę się na łóżku – całkiem wygodne. Łazienka też jest dobrze wyposażona. Wszystko lśni czystością i pachnie nowością. W końcu to pierwsze dni Silesii.

Dobę hotelową zaczynam od śniadania. Podają je między 6.30 a 10.00. Jest 7.00. Zamawiam jajko po wiedeńsku, herbatę ekspresową, dwie bułki. W karcie czytam, że wykaz szczegółowych cen i gramatur znajduje się u kierownika gastronomii, a suma rachunku zawiera podatek VAT. Ceny są cenami umownymi i nie obejmują dodatku za obsługę, więc dodatkowe wyrazy uznania są mile widziane. Luksus ma swoją cenę.

 

fot. Anna Mika

 

Muszę załatwić kilka spraw na mieście, wracam o 15. Robię zakupy w hotelowym Peweksie, jest zaopatrzony wyśmienicie. Kupuję parę jeansów Levis, przydadzą się jako prezent urodzinowy dla wuja. Następnie udaję się do salonu kosmetycznego. Później idę na obiad. Restauracja jest czynna od godziny trzynastej przez dziesięć godzin. Gość w restauracji ma do wyboru dwadzieścia rodzajów zup i osiemdziesiąt drugich dań, może nawet złożyć specjalne zamówienie. Zdolni kucharze potrafią przyrządzić wszystko. Kawior, krewetki i raki serwuje się nawet w najcięższych latach komuny. Na obiad mogę dostać np. móżdżek na grzankach czy chateaubriand – gruby, delikatne podsmażony befsztyk. Maksymalny czas przygotowania dania na zamówienie wynosi dwadzieścia minut. Chwila namysłu. Zamawiam tarte placki z kawiorem i polędwice wołowe na grzankach, a do tego delikatną sałatkę z grillowanym kurczakiem i białe wino Sunrise Chardonnay, Concha Y Toro. Za kwadrans na stoliku pojawia się zamówienie. Wszystko jest przepyszne.

Po posiłku siedzę jeszcze chwilę i obserwuję krzątających się kelnerów, pochłoniętych tak jedzeniem, jak rozmowami zacnych gości, i czujnego kierownika sali, gotowego do pomocy na każde skinienie. Wysoki, uśmiechnięty, lekko po trzydziestce, wzbudza powszechne zaufanie.

Mijają godziny, jest późny wieczór. Schodzę na parter do klubu nocnego, w którym dziewczyny tańczą z wężami boa, a ich choreografia i „rekwizyty” robią piorunujące wrażenie. Tańczą głównie Czeszki i Węgierki, Polkom nie wolno. Zwykle grają dwie orkiestry, jedna w restauracji, druga w klubie. Jest północ. Klub o tej porze pęka w szwach. Przy barze panuje ścisk, kelnerzy krzątają się nerwowo, by obsłużyć wszystkie stoliki. Można wyczuć lekką atmosferę nerwowości – w końcu to pierwsze dni, wszyscy chcą wypaść jak najlepiej i pozostawić po sobie jak najlepsze wrażenie. Goście muszą być zadowoleni, tak by wrócili tu znowu.

 

fot. Anna Mika

 

Mój pobyt w hotelu jest wyjątkowy. Czas nie płynie tutaj zwyczajnie. Mija pierwsza doba, ja jednak chcę zobaczyć, jak hotel będzie się rozwijał.

By zmienić dekadę, wystarczy tylko lekko przymknąć oczy…

Późniejsze lata 70. to czasy największej świetności hotelu. Za Gierka Śląsk przeżywa boom inwestycyjny. W Silesii ciągle coś się dzieje, a to wielkie rauty z okazji przyjazdu pierwszego sekretarza, a to prestiżowe przyjęcie z okazji oddania pieca martenowskiego w Hucie Katowice, w którym uczestniczył sam Aleksiej Kosygin, premier ZSRR. Głównie zjeżdżają się goście dewizowi z zaprzyjaźnionego Związku Radzieckiego. Silesia to ówcześnie jedyny hotel Orbisu, który na stałe zdobędzie sztandar przechodni prezesa GKKFiT-u (Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki). Jest to prestiżowa nagroda przyznawana za najwyższą jakość i najlepsze obroty dla hoteli w całym kraju. Placówka trzy lata z rzędu (lata 1973-75) będzie w samej czołówce. Skalę sukcesu hotelu można przedstawić za pomocą liczb. Już wtedy w restauracji jest dwanaście rewirów, w sali bocznej, zwanej popularnie malinową – cztery. Dwóch kelnerów jest na room serwisie, czterech obsługuje bar nocny. Na jednej zmianie pracuje szesnastu kelnerów. Gośćmi kawiarni zajmuje się od sześciu do dziesięciu pań. Na przestrzeni lat w hotelu organizuje się przyjęcia, bankiety, sylwestry, różnego rodzaju gale i huczne wesela.

 

fot. Anna Mika

 

Przymykam oczy. Przenoszę się do lat 80.

Sercem hotelu jest jego restauracja, zaglądam więc do kuchni. Tam spotykam kuchmistrza Michała, który w Silesii przepracuje 18 lat. Od 1987 do 2005. Trafi tam zaraz po szkole. Najpierw jako młodszy kucharz stażysta, potem kuchmistrz. Według niego Silesia to jedyny taki hotel na Śląsku, z klubem nocnym, do którego schodzi się cała śmietanka – bogaci klienci, cinkciarze. Przez to jest wiecznie pełen. Wystrój to prawdziwy PRL. Drewniane boazerie, filary z kamieni i ze żwirku, wykładziny dywanowe ze wzorem w czerwone róże.

W 1987 roku w kuchni pracuje czterdziestu ośmiu pracowników, są nocne zmiany. Sto porcji śniadań dla zorganizowanych grup (np. Jugosłowian) to u ich codzienność. Głównie przyjeżdżają goście z Europy. Hotele orbisowskie są ważnym elementem turystki, zaglądają do nich głównie dewizowcy. Silesia ma jeden z najwyższych wskaźników obcokrajowców. Cenniki są różne w zależności od przynależności gościa do odpowiedniej kategorii. Inne są ceny dla KDL, czyli krajów demokracji ludowej, inne dla KK, czyli gości z krajów kapitalistycznych, jeszcze inne dla Polaków.

 

Dawna ulotka Hotelu Silesia

 

Słynna na całe Katowice jest znajdująca się w hotelu cukiernia. Nieustannie ustawiają się tam kolejki, a na świąteczne wypieki trzeba robić specjalne zapisy. Do hotelu przyjeżdża też dużo wycieczek, dziennie po pięć, sześć. Wtedy trzeba przygotować około pięćdziesięciu obiadów. W latach 80. średnie obłożenie hotelu to siedemdziesiąt – osiemdziesiąt procent. Największe wzięcie mają dania z polędwicy. Kawior, węgorze i wędzone łososie zamawiają głównie goście z Niemiec. Załoga jest zgrana, współpraca układa się dobrze, panuje podział na stanowiska i podział obowiązków. Kucharze słyną ze swej wszechstronności. Potrafią przyrządzić najwymyślniejsze sosy, zupy czy dania mięsne. Michał wspomina jedno z ambitnych życzeń gościa restauracji – placki z kawiorem. Oczywiście wykonał zamówienie. – Za bardzo dobre potrawy goście stawiają czasem piwo kucharzom. Pamiętam też, jak po jednej z większych imprez goście byli tak zadowoleni z obsługi, że obsługa w barze nocnym dostała naprawdę pokaźny napiwek – mówi. – Nie jest w zwyczaju wychodzenie do gości, wielcy mistrzowie nie obnoszą się z tym.

Ceny w restauracji są wysokie, ale za luksus trzeba płacić, a ta restauracja jest wyjątkowo ekskluzywna. Michał zdobywa tam pierwsze doświadczenia, poznaje sztuczki, które będą mu niezbędne w późniejszej pracy. W kuchni wiecznie panuje ruch, kucharz ciągle coś kończy. Wszystko schodzi na pniu. Bo jest świeże, a półproduktów jest bardzo mało. – W pracy panuje fajna atmosfera, dobrze się pracuje, jak to mówię: jest czas na pracę, ale i na głupoty – komentuje kucharz. Ponadto odbywają się dni kuchni węgierskiej, szwedzkiej, myśliwskiej. Ogromną popularnością cieszą się zabawy sylwestrowe i karnawałowe. Podczas jednej z imprez kucharz mocno zaszalał. Wcześniej zadzwonił jednak do żony, żeby po niego przyjechała, ale zabawa tak się rozkręciła, że o tym zapomniał. Żona w samochodzie pod hotelem czekała na niego ponad dwie godziny.

 

fot. Anna Mika

 

Zachęcona pochlebnymi opiniami, szukam sławnej cukierni. Wejście ulokowane jest od ulicy Skargi. Wchodzę po schodach, otwieram masywne drzwi. Po chwili moim oczom ukazuje się jeden z najpyszniejszych widoków w moim życiu. W szklanych witrynach mienią się różnokolorowe ciasta, kakaowe babki, keksy z bakaliami, czekoladowe, śmietankowe, dwu- i trzypiętrowe torty, babeczki z budyniem, makowce i wiele innych cukierniczych przysmaków. Na zapleczu rozmawiam z jednym z cukierników. Mirek rozpoczyna swoją przygodę z hotelem Silesia 1 września 1988 roku. Kierownikiem cukierni jest wtedy Józef Palka. Mój rozmówca pierwsze trzy lata spędza w cukierni jako uczeń szkoły zawodowej, po jej zakończeniu zostaje już jako czeladnik. Po dwunastu latach pracy zostanie mianowany na stanowisko zastępcy kierownika cukierni, na którym przepracuje prawie pięć kolejnych lat. Będzie wierny hotelowi do ostatnich jego dni. – Mam przyjemność pracować z bardzo dobrymi fachowcami, od których wiele się uczę. Hotel Silesia zajmuje czołową pozycję na naszym rynku. Na miejsce w restauracji czy kawiarni trzeba długo czekać, a pokoje hotelowe są zajęte do ostatniego miejsca. Wraz ze mną w cukierni pracuje około dwudziestu pięciu osób. W całym hotelu jest nas, plus minus, trzystu – mówi cukiernik.

W cukierni przygotowuje się wypieki, zarówno na potrzeby hotelu, jak i zwykłych klientów. Już od rana ustawiają się kolejki, a po wypieki przyjeżdżają klienci nie tylko z Katowic, ale i z okolicznych miast. W okresie świąt kolejka ustawia się już od wczesnych godzin rannych. Takich tortów, jakie są sprzedawane w tamtejszej cukierni, nie można kupić nigdzie indziej, mają niepowtarzalny smak. – Mamy swoich amatorów na serniki, makowce i różnego rodzaju desery. Nie ma się co dziwić, wszystko robione jest z naturalnych składników bez konserwantów i polepszaczy. Kto choć raz spróbuje lodów na śmietanie i żółtkach, nie zapomni tego smaku już nigdy – kontynuuje cukiernik. Najstarszy z pracowników cukierni, pan Krzysio, zdradza mi przepis na swój słynny krem budyniowy: – Musi pani zagotować 1 szklankę mleka, dodać 4 łyżki cukru i jedną łyżkę cukru waniliowego. Pół szklanki mleka wymieszać z 2 czubatymi łyżkami mąki pszennej i 2 żółtkami, całość wlać do gotującej się masy. Wylać do szerszego rondla, zamieszać od czasu do czasu. Następnie wypienić kostkę masła i dodawać po łyżce masę budyniową. Krem robi prawdziwą furorę. Jest idealny do przekładania tortów lub smarowania nim herbatników. Musiałam skosztować.

Rzeczywiście wyszedł obłędny.

 

fot. Anna Mika

 

Lata 80. za mną, przymykam oczy...

W latach 90. Silesia gości narodowe drużyny piłkarskie Szwecji i Niemiec. – Pojawiają się także głowy państw: prezydent Aleksander Kwaśniewski, a także Charles Aznavour, Krystian Zimerman, Josif Brodski i Andrzej Wajda – wspomina pani Irena z recepcji.

Wymeldowując się z hotelu, zaglądam jeszcze do księgi pamiątkowej. Znajduję tam przeróżne wpisy: od pułkownika Armii Radzieckiej, poprzez turystów z Leningradu, po Jerzego Maksymiuka, Krzysztofa Pendereckiego, Wiesława Ochmana, Kazimierza Kutza czy Czesława Miłosza, który dwunastego października 1989 roku zostawił taki oto wpis: Moja trzecia wizyta tutaj i chyba nie ostatnia. Niestety złote czasy skończą się w połowie lat 90. – Pożegnaliśmy się z zakładem i współpracownikami na przyjęciu, które sami zorganizowaliśmy, ale i tak było miło i sympatycznie – wspominają byli pracownicy.

Moja wizyta jest zarówno tą pierwszą, jak i ostatnią.

Przez 35 lat Hotel Silesia utrzymywał się na hotelowej mapie Polski. Renomę zdobywał przez lata. Został zamknięty w 2006 roku, ale budynek stoi nadal. Jego losy zdają się jednak przesądzone. O planach wyburzenia hotelu słyszy się od momentu jego zamknięcia. Miał go zastąpić całkiem nowy gmach, ale z inwestycji nic nie wyszło. Od pewnego czasu budynek ma nowego właściciela, który na razie swoich planów ujawniać nie zamierza.

Jest rok 2012. Dziś hotel obchodziłby swoje 41 urodziny. Może nie pamiętają o nim zwykli ludzie, ale na pewno pozostanie w pamięci hotelowych gości, którzy właśnie tutaj spędzali czas podczas służbowych podróży, odbywali spotkania biznesowe czy po prostu relaksowali się w zaciszu hotelowych pokoi. Skrywają one różne tajemnice, a ten z numerem 45 był nawet „świadkiem” podróży do przeszłości.

fot. Anna Mika

 

 



Tekst: Zofia Sobala
Fotografie: Anna Mika (na fotografiach wnętrza Hotelu Silesia - stan na sierpień 2012)
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone.

comments powered by Disqus