Tu jesteś
costam
na marginesie:

Ulica Mariacka

Jedna z ważniejszych ulic katowickiego Śródmieścia, od 2008 roku funkcjonuje jako deptak. Ulica Mariacka i jej najbliższe okolice konsekwentnie przekształcane są w dzielnicę pubów i restauracji, tu również odbywają się najważniejsze imprezy w mieście. Nazwa ulicy wywodzi się od położonego przy jej wschodnim krańcu kościoła Mariackiego.

Lorneta z Meduzą

Bistro znajdujące się przy ul. Mariackiej, stylizowane na przedwojenny bar szybkiej obsługi. Charakterystyczną cechą Lornety jest proste menu obejmujące zakąski, takie jak chleb ze smalcem czy też biała kiełbasa, oraz różnego rodzaje alkohole w niewygórowanej cenie. Bistro jest czynne całą dobę.

Peron 5

Dawny peron tzw. „starego” dworca w Katowicach, w regularnym użyciu do 1972 roku. Po wybudowaniu budynku dworca przy Placu Szewczyka peron został zamknięty dla pasażerów. Ponownie otwarty w 2011 roku na czas przebudowy pozostałych platform. Popularne wieczorne miejsce spotkań.

Altus

Liczący 125 m wieżowiec wybudowany w latach 2001-2003. Altus jest – poza warszawskimi budynkami – drugim najwyższym wieżowcem w Polsce i jednym z najwyższych w Europie Wschodniej. Nieformalny symbol Katowic. W Altusie znajduje się m.in. Centrum Filmowe Helios, Qubus Hotel Prestige i ekskluzywny pub Sky Bar.

Katowicing Everyday albo życie nocne w mieście hut, kopalń i ogrodów

Jest wrześniowy, ciepły wieczór 2011 roku. Piątek. Dochodzi dziewiętnasta. Ulice Katowic zapełniają się ludźmi szukającymi wytchnienia po tygodniu ciężkiej pracy. Obsługa pubów i restauracji ma więc pełne ręce roboty. Marek[1] (lat 26) i wielu mu podobnych dziś barmanom pracy nie ujmą. Chętni na wieczorny katowicing są? Kto? Co? Jak? Oczywiście. Kilkanaście osób.

Siedzimy w ogródku Lornety z Meduzą, lokalu stylizowanym na przedwojenne bistro à la warszawskie Przekąski Zakąski. Wszystkie miejsca są zajęte. Ciężko nawet o wolne krzesło, aby się do kogoś przysiąść. W środku jeszcze gorzej: niewielki lokal oferuje tylko kilka miejsc siedzących, zwykle zajętych nawet w poniedziałkowy poranek (bistro jest czynne całą dobę). Założenie, że w piątek może być inaczej, byłoby głupotą.

Marek zna każdy zakamarek katowickiego śródmieścia. Dorastał w ścisłym centrum, w kamienicy przy ulicy Kościuszki i, jak sam twierdzi, katowickie ulice trochę same go wychowały.

– Jako dziecko – mówi – najwięcej czasu spędzałem na stricie. To miasto pochłaniało mnie, od kiedy tylko pamiętam. Dla dzieciaka mieszkającego w centrum miasta domem są nie tylko własne cztery ściany i obejście budynku (ja nawet żadnego takiego obejścia nie miałem). Domem są wszystkie najbliższe chodniki, klatki schodowe, bramy, przystanki tramwajowe i sklepy. Po ukończeniu szkoły jakiś czas mieszkałem w Cieszynie, potem także w Krakowie i Wiedniu. Katowickie ulice mają jednak taką specyficzną energię, której tam nie odnajdywałem, za którą tęskniłem. Dlatego ciągle tu wracam.

*

Stolica Czarnego Śląska nie należy do najpiękniejszych miast Europy. Choć patrząc oczami Magdy, socjolożki z Uniwersytetu Jagiellońskiego, Katowice są zupełnym oryginałem pośród wszystkich znanych jej metropolii: nie są ładne, ale intrygują.

Magda przyjechała na zaproszenie znajomych. Na Górnym Śląsku spędzi najbliższych kilka dni. – O Katowicach wiem niewiele – przyznaje. – O Śląsku jednak coraz więcej się mówi, zwłaszcza w kontekście narodowości śląskiej i festiwali.

Marek obiecał pokazać jej, jak wygląda życie nocne w Katowicach. Poznawanie nowych miast, zwłaszcza ich funkcjonowanie, także po zmroku, to jedno z jej zainteresowań, które chciałaby w przyszłości przekuć w działalność naukową. – Niestety nigdy wcześniej nie miałam okazji zawitać do Katowic. Chociaż nie, ostatnio byłam na Górnym Śląsku przejazdem, jadąc pociągiem do Wrocławia...

– I jakie wrażenia?

– Spałam – śmieje się  – więc żadne.

*

Rola miejskiego przewodnika wydaje się dla Marka chlebem powszednim, a zadanie „pokazać znajomej Katowice nocą” rzeczą prostą. – Chcę jej wskazać – mówi – który neon oświetla nocne ulice miasta najjaśniej, a który nadaje się do wymiany.

Alegoria to dość trafna. Do lat 80. poprzedniego stulecia Katowice nazywano miastem neonów. Śródmieście świeciło nocą wszystkimi znanymi ludzkości kolorami, zapraszając mieszkańców do rozlicznych sklepów, kin i barów. Dziś zamiast neonów miasto oświetlają (dosłownie i w przenośni) puby, galerie, kluby, wernisaże i koncerty. Tak uważa Marek, który chce przedstawić Magdzie nocne Katowice od jak najlepszej strony i wytłumaczyć, czym naprawdę jest katowicing.

*

Lorneta z Meduzą to jedna z ulubionych knajp Marka. Nie przesiaduje tu godzinami, ale, jak sam mówi, Lornetą dobrze jest otworzyć lub zamknąć katowicing. Cieszyńskie piwo Brackie za cztery złote, chleb z tustym za osiem i „najgorsza kawa w mieście”, także za cztery – to niektóre pozycje ze skromnego menu tego lekko artystowskiego lokalu.

Artystowskiego niekoniecznie w złym tego słowa znaczeniu. Marek zwraca uwagę na ludzi siedzących w ogródku piwnym. –  Patrz – mówi – tam kilku hipsterów. A tamten stolik to ludzie z ASP, potem pójdę się z nimi przywitać. Z kolei ten tutaj – wyciąga rękę do dosiadającego się obok – to Przemek, mój ziomek z Brynowa [dzielnica Katowic – przyp. autora]. Idzie dziś z nami.

Znają się tu prawie wszyscy. Trudno się jednak dziwić, w gruncie rzeczy Katowice to nie Nowy Jork, zaś w lokalach przy Mariackiej, a więc także w Lornecie, spotyka się ciągle te same twarze.

– Z tymi katowicingami – mówi Marek – to w sumie nikt już nie wie, jak jest naprawdę. Słowo wymyślił mój znajomy i oznacza ono tyle, co kursowanie od knajpy do knajpy. Kojarzy się z clubbingiem, dancingiem i pewnie jeszcze jakimś innym fajnym „-ingiem”. Samo określenie stało się nader popularne. Sporo osób zaczęło chodzić na katowicingi, czyli pić w barach, ale i na ulicy, jeść w bistrach, ale i w McDonaldzie, chodzić do teatru, ale i na chłam do kina. Słowem: wszystkie chwyty dozwolone. Bawisz się wieczorem na mieście, spędzasz kolejną noc na Mariackiej, Wawelskiej lub na peronie piątym: jesteś na katowicingu.

*

Pomimo taniego piwa Lorneta speluną nie jest z całą pewnością. Jednakże ulicy Mariackiej też nie można nazwać miejskim salonem. W świadomości wielu mieszkańców Katowic Mariacka i okolice ciągle funkcjonują jako miejsce pracy prostytutek oraz obszar dużej przestępczości. Prostytutki Mariacką jednak opuściły. Nie dobrowolnie, wyrzucił je Urząd Miasta, zapraszając – niejako w ich miejsce – jeszcze bardziej uciążliwą dla mieszkańców młodzież.

Marek i Przemek, dopijając piwo, decydują o zmianie miejsca. Szklanek jednak nie zostawiają na stole. Upewniwszy się, że w pobliżu nie stoi żaden barman lub ochroniarz, energicznym ruchem wkładają kufle do plecaka. Magda, nie ukrywając zdziwienia, robi to samo. Po wyjściu z ogródka otrzymuje wyjaśnienia.

Mariacka jest patrolowana przez policję. W piątki mandaty za spożycie w miejscu publicznym sypią się praktycznie bez przerwy. Warto jednak napić się piwa w plenerze. Jest ładna pogoda, a ławki okupują znajomi. Jest więc gdzie usiąść – zachęcają koledzy. A kufle z Lornety? Nie mają nadruku z marką piwa. Równie dobrze mogą służyć do soku jabłkowego. Policja mandaty wypisuje najczęściej tym, co piją browar bezpośrednio z puszki. Stojącym/siedzącym z kuflami powinni dać spokój.

– To skąd weźmiemy piwo?

– Z nocnego. To tu, kawałek dalej. A szklankami z Lornety się nie przejmuj, zwrócimy je. Zawsze zwracamy.

*

Meble miejskie w ciągle rewitalizowanej okolicy ulic Mariackiej, Stanisława i Mielęckiego to przede wszystkim metalowe ławki i stoły, które spełniają dokładnie taką samą rolę jak liczne ogródki piwne. Z tą różnicą, że każdy pije tu własny alkohol. Niestety poza ogródkami także trudno o wolne miejsce. Młodzież okupuje więc schody do zamkniętych sklepów.  Zdarzają się także osoby siedzące na ulicy, na plecakach i karimatach. Przy sklepie nocnym długa kolejka – kwadrans czekania. Marek tłumaczy, że sklep jest wynikiem niezbyt efektywnego zarządzania centrum miasta. Z jednej strony jego obecność w najbardziej imprezowej części Katowic, tuż obok modnego baru Kato, w oczywisty sposób zachęca do kupowania własnego alkoholu. Z drugiej – wychodząc ze sklepu z otwartą butelką piwa można od razu dostać mandat.

W Katowicach łatwo nabawić się schizofrenii – opowiada Kamil, jeden z napotkanych znajomych. – Miasto na Mariackiej zniosło ciszę nocną, zachęca do zabawy na ulicy, zabraniając ludziom picia piwa poza ogródkami. Nie zmienia to faktu, że koncesja na całodobowy sklep z alkoholem została przez jakiegoś urzędnika przydzielona.

Z Kamilem, Magdą, Markiem i Przemkiem dosiadamy się do znajomych zajmujących dwie ławki przy ogródku kolejnego lokalu, Katofonii. Na Mariackiej trwa zabawa. Magdzie podobają się dubstepy puszczane przez didżeja grającego bezpośrednio na ulicy. Kilkanaście osób tańczy. Ktoś stoi przy didżejskim namiocie, w skupieniu słuchając elektronicznych dźwięków. Chwilę później przed oczami pojawiają się stąpający na szczudłach cyrkowcy i kobieta żonglująca płonącymi pochodniami.

Magda jest pozytywnie zaskoczona. Zwykły piątek, a ilość ludzi jest zadziwiająca. Wszędzie muzyka, dobry didżej na ulicy i cyrkowcy z ogniem... Ma wrażenie, że dziś bawi się tu każdy. Intryguje ją tylko jeden szczegół: jak wyglądało życie nocne przed zmianami na Mariackiej?

*

Trochę historii.

Katowice przed wojną były miastem mocno rozwarstwionym społecznie. Zamożne Śródmieście i robotnicze przedmieścia stanowiły niemalże obce światy. Samo centrum słynęło z eleganckich restauracji, kawiarni i klubów nocnych, w których życie toczyło się całą dobę. (W powieści Marka Krajewskiego, znakomicie oddającej ducha przedwojennych Katowic, Głowa Minotaura, przekonał się o tym detektyw Eberhard Mock, prowadząc śledztwo w sercu stolicy województwa śląskiego). Po wojnie, w okresie PRL, podkreślano robotniczą i przemysłową rolę Górnego Śląska. Rzecz jasna, nie sprzyjało to rozwojowi kultury, choć właśnie wtedy powstała hala widowiskowo-sportowa Spodek, zaś w przylegającym do Katowic Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie co weekend odbywały się znakomite dancingi. Nie jest jednak tajemnicą, że w okresie socjalizmu Katowice kulturą nie stały, co najwyżej festynami z okazji święta Trybuny Robotniczej (oczywiście zdarzały się wyjątki, takie jak reaktywowanie Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach). Kiepska kondycja kulturalna nie zmieniła się po 1989 roku, a nawet uległa znacznemu pogorszeniu. Do czasu wejścia w życie kilku pomysłów, dzięki którym industrialna stolica Czarnego Śląska otarła się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016.

Pierwszym z nich był rozwój katowickich festiwali, w tym Tauronu Nowej Muzyki (zdobywcy nagrody Best European Festival 2010 w kategorii Best Small Festival), przeniesionego z Mysłowic OFF Festivalu (nagrodzonego w tym samym prestiżowym konkursie w kategorii Best Medium Festival za 2011 rok) i dobrze wszystkim znanej Rawy Blues. Drugim – renowacja ulicy Mariackiej i stworzenie wokół niej dzielnicy klubów muzycznych i pubów. Trzeci pomysł to wspieranie przez urzędników oddolnych inicjatyw, takich jak Lajera (cykl bezpłatnych koncertów i imprez organizowanych na ulicach miasta) i Street Art Festival.

– Dziś Katowice kojarzą się bardziej z kulturą, także wysoką, niż z przemysłem. A kultura w Katowicach to taka ciężka lokomotywa – opowiada Kamil. – Ruszała bardzo wolno. Gdy jednak udało się miasto przebudzić, lokomotywa zaczęła pędzić i wygląda na to, że nikt jej już nie zatrzyma. Nie zdobyliśmy tytułu ESK 2016, ale to miasta nie uśpiło. Ludzie powiedzieli sobie: „znów nas nie docenili – doceńmy się sami”. Śródmieście i poszczególne dzielnice samoistnie zmieniają w zgodzie z hasłem „Katowice – Miasto Ogrodów” i zmieniać się będą nadal. Te ogrody to niekończący się potencjał całego Śląska.

Magda patrzy na zegarek. Jest po 21. – W historii o pędzącej lokomotywie jest coś na rzeczy, czas płynie u was nadzwyczajnie szybko – mówi.

*

Na tyle szybko, że warto ruszać dalej.

– Który pub jest waszym ulubionym?

Zależy. Są puby zimowe, do których zaczynamy chodzić późną jesienią. Są też letnie, których klimat pasuje wyłącznie do wakacji – odpowiada Przemek.

Magda nie musi go długo namawiać na krótką „wycieczkę” po okolicznych knajpach. Marek, Kamil i kilku innych znajomych idą w tym czasie do sklepu nocnego, a potem na osławiony legendą peron piąty, gdzie za godzinę znów wszyscy się spotkają.

Do Magdy i Przemka z ochotą przyłącza się Filip, opowiadając o tzw. „sporcie mariackim”.

– Zabawę najlepiej zacząć przy Lornecie. Liczba uczestników dowolna. Z Lornety idziemy wolno w kierunku kościoła Mariackiego. Wygrywa ten, kto spotka po drodze największą liczbę znajomych. Aby uniemożliwić oszukiwanie, punkt można otrzymać tylko wówczas, gdy domniemany „znajomy” rzeczywiście rozpozna gracza.

Pierwszą knajpą, do której prowadzi Przemek, jest Katofonia – modny i nie najtańszy (biorąc pod uwagę inne lokalne w centrum) klub muzyczny, w którym koncertują jazzowi i bluesowi artyści. Wystrój raczej ascetyczny, ciemne ściany i kolorowe, postmodernistyczne plakaty w sali dla palących. Klientela nieco poważniejsza niż w Lornecie. Między trzydziesto- i czterdziestolatkami dostrzec można także osoby starsze, choć młodzieży nie brakuje.

Mimo że muzyka wprawiła wszystkich w dobry humor, warto ruszać w kierunku kolejnego lokalu. Tym razem ekipa wybiera bar Kato, który Magdy nie zachwyci.

Kato – opowiada Przemek – to miejsce dziwne, wnętrze całego pubu wyłożone jest płytami OSB. Dlatego Kato to taka knajpa ze sklejki, do tego duszna, wiecznie zatłoczona, z nieciekawym ogródkiem piwnym. Ale Kato ma swoich fanatyków. Większość tych ludzi należy do środowisk artystycznych, katowickiej bohemy.

– W centrum dość często odbywają się eventy warte polecenia, które Kato współorganizuje – włącza się Filip. – Cykl Lajera, didżeje na ulicach i koncerty w oknie to rzeczy na naprawdę wysokim poziomie. Przyjeżdżają tu także gwiazdy zagraniczne, jak na przykład Crystal Fighters, którzy zagrali na Mariackiej w maju. Trzeba jednak pamiętać, że koncertowe miejsca w mieście to nie tylko Mariacka, ale też Jazz Club Hipnoza na Placu Sejmu Śląskiego, Oko Miasta w Rondzie Sztuki i Spodek.

Kolejnym odwiedzanym miejscem jest Śruba – knajpa pamiętająca czasy, gdy Mariacka nie była deptakiem, tylko ważną arterią komunikacyjną. W Śrubie klimat zupełnie inny: zamiast artystowskich typków: metale, zamiast elektro: ciężkie gitarowe granie, zamiast sportowego obuwia: glany. Mijają lata, a Śruba się nie zmienia. Zawsze metal i rock, coraz rzadszy w centrum Katowic, gdzie łatwiej spotkać hipstera niż zwykłego przechodnia. Śruba jest pewnego rodzaju enklawą, rockową legendą Śródmieścia. Można powiedzieć, że wyrobiła sobie markę i trudno byłoby ten pub skopiować.

*

Dzielnica pubów, a więc Mariacka i okolice, to dziś ponad dwadzieścia lokali o bardzo różnej klienteli. Są miejsca modne, do których zaglądają artyści (Lorneta z Meduzą, Kato, Archibar, Złoty Osioł, Cyferblat*), są miejsca dla nieco spokojniejszej, nierzadko starszej klienteli (Katofonia, Mały Kredens, Longman). Są też knajpy rockowe (Śruba, Morrison Hotel) i imprezownie (Cooler Club and Lounge, Lemoniada Music Club), również dla fanów elektroniki (INQbator). Są także miejsca dla przedstawicieli społeczności LGBT (Milk Club Private*, Tropicana Sauna Club). Na Mariackiej można spotkać każdego: od przedstawicieli subkultur i neosubkultur, po artystów, poetów, kuglarzy, transseksualistów i księży. Ulica Mariacka kończy się bowiem neogotyckim kościołem.

*

Peron piąty to nie nazwa knajpy, jak początkowo myślała Magda. Idąc ulicą Wojewódzką, dowiaduje się, że jest to jedno z lepszych „plenerowych” miejsc w okolicy.

Przy kinoteatrze Rialto należy skręcić w kierunku torów kolejowych, aby po chwili zobaczyć krawędź peronu i imprezowiczów.

– Tak zwane „tory”, a więc teren za peronem piątym – mówi Marta, znajoma Filipa – to bardzo fajna miejscówka. Można obserwować przejeżdżające podmiejskie i dalekobieżne pociągi i posłuchać nocnych odgłosów miasta. Poza tym widać stąd ładną panoramę Śródmieścia, w tym Altusa, kościół Mariacki i zabudowę starego dworca kolejowego. Imprezy na torach to taki chillout. Nigdy nie zagląda tu policja, z rzadka przemaszeruje tylko obojętny sokista. Lepiej, ze względów bezpieczeństwa, nie przychodzić na peron samemu, ale w towarzystwie to czysta przyjemność.

Sam peron piąty jest pozostałością starego dworca głównego. W latach 70. XX wieku wybudowano nowy dworzec, położony kilkaset metrów na zachód, zaś stara infrastruktura została prawie w całości zlikwidowana. Zostawiono tylko jeden peron, czyli obecny piąty, który ponownie uruchomiono kilka miesięcy temu z powodu przebudowy normalnych, regularnych peronów. Dużo osób przychodzi tu zapalić jointa, niejeden pijak lubi się za peronem wyspać. Jest to strefa zupełnie zapomniana przez służby porządkowe.

*

Impreza peronowa trwa, na niej około dwudziestu osób. Wiele z nich stoi z butelką piwa, choć widać też mocniejsze trunki. Gdzieniegdzie słychać muzykę z komórek, ktoś z kimś rozmawia po francusku, jest także jeden czarnoskóry student z Senegalu. Te tory to taka ekskluzywna melina – zauważa Magda, otwierając piwo. – Jedno mnie tylko dziwi: jak wy się na te wszystkie imprezy umawiacie? Wiem, że wielu znajomych można spotkać na ulicy, ale skąd wiecie wcześniej, ile osób będzie mniej-więcej na torach, ile na ławce, a ile w pubie?

Marek uśmiecha się. – Wszystko zaczęło się w grudniu 2010 roku. Roku, który w Polsce minął pod znakiem kryzysu, WikiLeaks i Facebooka. Amerykański portal stoczył w 2010 roku ostateczną walkę o polskich internautów, wygrywając z Naszą Klasą. Pod koniec roku konto na Facebooku stało się dla wielu tak samo oczywiste, jak konto w banku. Facebook jest nie tylko magazynem tożsamości. To dziś najważniejsze internetowe narzędzie służące komunikacji. Chcesz się z kimś umówić? Zaprosić znajomych na swój wernisaż? Zaproponować wyjście do kina? Bywa, że najprościej zrobić to przez „fejsa”.

– Trochę nas denerwował proces ciągłego umawiania się na wyjście na miasto – tłumaczy Przemek. – Grudzień to czas codziennych katowicingów, bo właśnie wtedy wszyscy przyjaciele są na miejscu. Niestety ciągłe wydzwanianie do miliarda znajomych, że dziś spotykamy się tu i tu, o takiej i takiej godzinie, jest męczące. Tak zrodził się pomysł na stworzenie grupy Katowicing Everyday, choć nikt nie sądził, że rozrośnie się ona do tego stopnia. Teraz to forma organizacji życia nocnego dla sporej liczby osób i wylęgarnia ciekawych pomysłów. Bo dawno już przestało chodzić jedynie o imprezy.

– Ludziom – wchodzi w słowo Marek – najbardziej przypadł do gustu towarzyski wymiar tego przedsięwzięcia. Społeczeństwo się zmienia, młodzi ludzie są mocno zapracowani i niezmiernie zestresowani. Stąd potrzeba przynależności do silnie zintegrowanej grupy przyjaciół. Taka grupa to trzon społeczności Katowicing Everyday, scalająca pozostałych członków tego nieformalnego klubu w jedną całość. Dla mnie, osoby dawniej zafascynowanej dziś już praktycznie martwym ruchem punkowym, katowicing to punk w najczystszej postaci. Wymiar kulturowy tego przedsięwzięcia, a więc jednoczenie się ludzi szukających ucieczki od systemu, rutyny dnia codziennego i problemów, miesza się z odreagowaniem stresu i złych emocji. Stąd nieraz katowicingi kończyły się mandatami, a czasami wyrzuceniem kogoś z knajpy. Dla wielu z nas katowicing to taki powrót do szkoły średniej. Lata 90. i 2000. były innymi czasami. Miasto hut, kopalń i ogrodów to nie było eldorado nocnej rozrywki. Chlało się więc, z irokezami na głowach, po bramach, wiaduktach kolejowych, w nieczynnym kanale i pod zajezdnią autobusową. Spelun raczej unikaliśmy. Za to noce były spokojniejsze, na mieście było jakoś bezpieczniej, używki były tanie. Można było za dziesięć złotych kupić dwa jabole i paczkę cygaretów, a czego innego, do cholery, potrzebuje młody, zdrowo rozwijający się człowiek!? Te czasy minęły. Same papierosy kosztują dużo ponad dychę, jabola zaś od lat nie widziałem. Może nie produkują już, nie wiem. Speluny jak stały, tak stoją, lecz stanowią tylko margines. Miasto nadrobiło braki w stosunku do Zachodu. Kluby, puby i kebaby zalały całe centrum. W miejsce chlania w tanich, cichych i spokojnych bramach pojawiły się wyszukane imprezy, a wraz z nimi uliczne teatry, street art, koncerty na każdym rogu i zamykanie ulic dla ruchu samochodowego. Tak, jest dużo lepiej. Lata 90. i 2000. były za bardzo dzikie, choć była w nich specyficzna magia.

– Dzisiejszy świat też ma wady. Jest za bardzo artystowski – kończy Przemek.

*

Ulice Wojewódzka i Świętego Jana śpią. Jedynie w okolicy Dworcowej i Staromiejskiej słychać gwar imprezy. Magda podziwia architekturę miasta. Eklektyczną mieszankę przepięknej secesji z przedwojennym modernizmem i socjalistyczną wielką płytą. Całość wieńczy smukła sylwetka Altusa, górującego nad miastem 125-metrowego wieżowca, trzynastego najwyższego budynku w kraju. Na jego ostatnim piętrze znajduje się Sky Bar. Aby wejść do środka należy uiścić opłatę w recepcji znajdującego się w Altusie hotelu Qubus i za pomocą specjalnej magnetycznej karty uruchomić windę. Cena wjazdu: dziesięć złotych.

Nowoczesny, elegancki, a także lekko ascetyczny wystrój pubu doskonale komponuje się z panoramą Katowic. Goście Qubusa (najczęściej międzynarodowe towarzystwo) widząc ją, od razu zakochują się w Śląsku. Zaletą Sky Baru jest też to, że można opowiedzieć o mieście, patrząc na nie z góry – jak na mapę.

– Macie coś – mówi Magda, popijając Malibu – czego nie ma Kraków. Macie wieżowce! To sprawia, że Katowice wyglądają bardzo nowocześnie.

Niestety wszystko ma swoje minusy – Sky Bar to miejsce niezwykle drogie. Choć każdy zamówił tylko po drinku, rachunek wyniósł grubo ponad 250 złotych.

No cóż, Europa.

*

Jest wrześniowy, ciepły poranek 2011 roku. Sobota, godzina dziesiąta.

Po Magdę przyjeżdżają przyjaciele. Plany na dziś: zwiedzanie zabytkowych dzielnic – Giszowca i Nikiszowca – wieczorem koncert w Szybie Wilson.

– Mam wrażenie – mówi ze śmiechem – że żyjecie tu na pełnych obrotach. Kiedyś czytałam wypowiedź Kazimierza Kutza o nadaktywności w temperamencie Ślązaków. Coś w tym chyba musi być.

[http://www.facebook.com/groups/***************: Moi drodzy, wczoraj było wyśmienicie. Ale dziś, coś, gdzieś? Jacyś chętni?]

 



[1]              Niektóre imiona bohaterów tekstu zostały zmienione.

* Cyferblat został zamknięty we wrześniu 2012, Milk w lipcu 2012.

 

 

Tekst: Artur Wójcik
Fotografie: Chcesz zilustrować ten tekst? Napisz na wspolpraca@mmc.org.pl
Licencja: wszelkie prawa zastrzeżone.

comments powered by Disqus