Tu jesteś
costam
na marginesie:

Marek Miś

Znany bytomski muzyk, czaruje zarówno grą na gitarze, jak i tekstami piosenek. Często można go usłyszeć podczas wieczorków poetyckich, festiwali poezji śpiewanej oraz koncertów bluesowych. Kiedyś tylko uczestnik jam sessions, dziś – inicjator. To on nadaje tempo spotkaniom muzycznym i wzbogaca je swoim niezwykłym talentem.

Marek 'Makaron' Motyka

Bytomski bluesman, który korzenie bluesa poznawał w Stanach Zjednoczonych. Wirtuoz gitary, posługuje się popularną wśród muzyków country techniką fingerpicking. Wraz ze swoim zespołem Marek Makaron Trio odszukuje stare śląskie piosenki i wykonuje je w bluesowych aranżacjach.

Klub Brama

Mieści się w bramie jednej z bytomskich kamienic w centrum miasta, przy ulicy Chrobrego 1. Niewielki klub z kominkiem. Funkcjonuje nie tylko w czasie czwartkowych spotkań muzycznych, organizuje także wystawy, koncerty charytatywne.

Tułaczka bytomskiego bluesa

Blues prosto z Delty może rozbrzmiewać także w śląskich miastach. Zakorzenił się tu już na dobre. Nie ma innego, bardziej bluesowego regionu w Polsce. Ślązak bluesa czuje, rozumie i przede wszystkim z serca gra. Blues to nie ułożone nuty, to głos sprzeciwu, to wyznanie. Mówi się, że wywodzi się z opowieści czarnych niewolników o trudach ich pracy. Na kopalnianym Śląsku także nie brakuje podobnych historii, a i ludzi, którzy szczerze chcą opowiedzieć swoją historię. Są w różnym wieku, mają różne doświadczenia i plany, różne upodobania i instrumenty. Fani Muddy’ego Watersa, Jimmiego Hendriksa, Erica Claptona, Czesława Niemena. Spotykają się regularnie, aby oddać się muzyce. Organizują jam session. To sposób na realizowanie się w muzyce, naukę, rozrywkę. Niektórzy stawiają tu pierwsze kroki na scenie, inni znajdują ludzi do nowych projektów muzycznych, ale wszyscy przede wszystkim świetnie się bawią, robiąc to, co kochają. 

 

 

Najsłynniejszy śląski zespół bluesowy – Dżem – idealnie obrazuje historię tych dźwięków. Jan Skaradziński w książce „Ballada o dziwnym zespole” opisuje historię nazwy zespołu: dopiero kiełkowała nazwa Jam, nie tyle pełniąca rolę szyldu, ile oddająca ducha i istotę ich muzykowania, bo chłopcy rzadko pozostawali od wstępu do cody wierni podejmowanym tematom. Nieco dalej znajduje się opis drobnej zmiany nazwy: W 1974 roku zespół zmodyfikował nazwę, a ściślej rzecz biorąc – jemu zmodyfikowano. Ręka pewnej zapomnianej dziś z imienia i nazwiska organizatorki jednego z koncertów wypisała szyld kapeli w wersji spolszczonej i nie bez błędu ortograficznego. Na afiszu „stało” Drzem. Adam Otręba (gitarzysta): Najpierw mieliśmy niezły ubaw. Ale potem pomyśleliśmy: czemu nie zostawić pisowni polskiej – oczywiście w wersji znanej ze słownika.

Dżemowcy zrobili wielką karierę. A zaczynali od improwizowanego grania na gitarach. Ale bytomscy jamujący bluesmani nie mieli łatwo. Wielka chęć do grania nie wystarczy, gdy nie ma gdzie grać. Teraz już osiedli na stałe, teraz mają swoją „Bramę”, ale borykali się z wieloma trudnościami.

Na jamach spotykają się zarówno amatorzy, jak i profesjonaliści. Wśród tych drugich jest m.in. Marek „Makaron” Motyka, jeden z najbardziej znanych śląskich gitarzystów, który wraz ze swoim Trio gra na bluesową nutę stare pieśni pokryte węglowym kurzem, czy Marek „Klata” Dmytrow – legenda bytomskich jamów – który wraz z założonym przez siebie zespołem Układ występował na pierwszym festiwalu w Jarocinie i na chwilę zastąpił Jana Borysewicza w Budce Suflera.

Thanks, Jimi, za gitary wrzask,
Thanks, Jimi, rozwaliłeś świat,
Thanks, Jimi, od tamtego dnia ja tak jak ty chciałem grać...

W czwartkowy wieczór bytomianie nie mają innego wyboru, jak posłuchać grupy zapaleńców z harmonijkami i gitarami. Zespół kompletuje się powoli i – co podkreślają muzycy – jego skład jest zawsze zaskoczeniem. Niedaleko kominka stoi już jedna gitara akustyczna, w kącie siedzi dwóch mężczyzn, polerują gitary – „co by się rączki ślizgały po gryfie”. Wspominają zeszłotygodniowe improwizacje muzyczne. Akurat wyjątkowo odwiedził ich bluesman o pseudonimie „Klata”. Dzięki niemu jam był wyjątkowy, energetyczny, bardziej „hendriksowy”. Chętnie opowiadają też o swoim pierwszym wspólnym sukcesie scenicznym – podczas Dni Bytomia dali wielki koncert, każdy miał szansę się zaprezentować, a na finał zagrali piosenkę dedykowaną klubowi, w którym grają.

Tylko nocą do klubu Puls
Jam session do rana – tam królował blues...
 

 

 

Przychodzą tu zarówno amatorzy, jak i profesjonaliści. Jednym z nich jest Marek „Makaron” Motyka, bytomski bluesman, który korzenie bluesa poznawał w Stanach Zjednoczonych. Wirtuoz gitary. Posługuje się popularną wśród muzyków country techniką fingerpicking. Wraz z zespołem Marek Makaron Trio odkopuje stare śląskie piosenki i wykonuje je w bluesowych aranżacjach. Przyznaje, że jamy bluesowe w Bytomiu były od zawsze. Żałuje, bo nie miał nigdy szansy zagrać w najpopularniejszym bytomskim klubie – Pyrlik. Tam w latach 70. odbywały się największe tego typu imprezy, zjeżdżali się muzycy z całego Śląska.

Wśród muzyków pojawia się także Marek Miś, bytomski bluesman, autor tekstów. Często można go usłyszeć podczas wieczorków poetyckich, festiwali poezji śpiewanej oraz koncertów bluesowych. To on nadaje tempo i można powiedzieć, że dźwiękami swej gitary i śpiewem prowadzi te muzyczne spotkania.

W najbardziej reprezentacyjnym miejscu w „Bramie”, tuż przy drzwiach wejściowych, jest miejsce dla muzyków. Właśnie tam Marek rozkłada swój sprzęt: wzmacniacz, stojak pod gitarę. Bierze do ręki instrument, by go podstroić, ale nietrudno namówić go, aby na chwilę odłożył to zajęcie i opowiedział o historii bytomskich spotkań muzycznych. Cofa się pamięcią o 14-15 lat i wspomina, że na ulicy Dworcowej (główna ulica miasta) w jednej z bram mieścił się taki klimatyczny klub – Blues Forum. Stamtąd muzycy przenieśli się do klubu Platforma, mieszczącego się przy Rynku. Była tam mała scenka, ale – co ważne – na dole mieściła się „próbownia” kilku zespołów – między innymi także grupy Poczekalnia, w której grał Marek Miś. Sporym udogodnieniem była możliwość zostawienia sprzętu – oczywiście nie gitar, ale całego nagłośnienia. Dźwiganie tego za każdym razem to duży problem. W każdą środę odbywał się jam. Kiedy jamy rozkręciły się na dobre, właściciel zabrał się za remont. Muzycy stracili swoje miejsce i musieli szukać nowego. 

Wtedy przy placu Sobieskiego, w budynku biblioteki, działał świetny klub rockowy – Exlibris. Była to typowo muzyczna knajpa. Właściciele nie wyobrażali sobie knajpy, w której się nie gra. Spotykali się tam przede wszystkim motocykliści. Scena była maleńka, po rozłożeniu całego sprzętu ledwo można było się tam zmieścić, ale – jak wspomina Marek Miś – imprezy były niesamowite. Jamy z perkusją, pełne instrumentarium. Współorganizatorem tych spotkań był Marek „Klata” Dmytrow. Pojawiali się tam nawet członkowie TSA – przyjeżdżali specjalnie, żeby pograć. Taki tam był klimat! Niestety skończyło się smutno – władze Bytomia zarządziły remont biblioteki, a że klub był dzierżawiony, remont objął i te pomieszczenia. Rzecz o tyle przykra, że trzy miesiące wcześniej właściciele zrobili tam na własną rękę zaawansowany remont, zainwestowali w klimat klubu – tak, żeby pasował idealnie do odbywających się tam imprez. A tu władze miasta klub zamknęły i nigdy już nie udało się go odzyskać. Dziś jest tam fitness. Jak twierdzą bywalcy tego klubu, „Ex” był zawsze solą w oku władz miasta. Często mówiono, że to siedlisko zła, bo za głośno, bo motocykliści itp. Znaleźli więc sposób, żeby się go pozbyć.

 

 

A jamowcy znów nie mieli gdzie grać 

Udało się znaleźć miejsce w Platformie, ale tym razem nie w tej na Rynku, tylko przy placu Sobieskiego. Dziś mieści się tam klub Museum Music Republic. Ale dawna Platforma, jak podkreśla Marek, to lokal niewykorzystanych szans. Był największy spośród tych, w których grali. Scena była bardzo duża. Ale albo nie było wielu słuchaczy, albo gubili się oni w tej przestrzeni. Właścicielowi zależało na zysku, miała być duża sprzedaż piwa itp., a to były imprezy kameralne. Stwierdził więc, że koniec grania – nie miał z tego kasy. Przeszedł na jakieś disco i DJ-ów.

A jamowcy znów nie mieli gdzie grać

Przedostatnim punktem na mapie poszukiwania idealnego miejsca dla bluesowych improwizacji była klubokawiarnia da Vici na ul. Strażackiej. Trochę już zirytowani sytuacją i zdesperowani przyszli, zapytali, czy mogą grać, a właściciele dość entuzjastycznie podeszli do sprawy. Jamy były na bardzo wysokim poziomie, pojawiali się dobrzy muzycy, odbywały się nawet koncerty. Ale zmienił się właściciel. Lokal był otwarty coraz rzadziej. A później został sprzedany i skończyło się. W miejscu, gdzie była scena, jest kominek.

Znów nie było gdzie grać

I dziś jest Brama. Osiedlili się tu już na stałe. Wcześniej były tylko koncerty, ale nigdy nie było imprez cyklicznych. To właśnie Marek Miś był pierwszą osobą, która o to zapytała. Na początku ściągnął tych, z którymi ma codzienny kontakt. Potem przed każdą środą wydzwaniali do znajomych, a następnie stworzyli piramidkę, żeby każdy kogoś informował. Po pół roku już nie trzeba było – wszyscy wiedzieli i coraz więcej osób się pojawiało.

Jest to obopólna korzyść. Właściciele traktują muzyków bardzo przychylnie, dbają o nich, specjalnie sprowadzili sprzęt – kolumny, konsolę. Robią też świetną reklamę. Udało się ściągnąć świetnych muzyków. A goście, którzy przychodzą po raz pierwszy, zawsze wracają.

Na te wszystkie gorsze dni

Mam taki dobry plan:

Od rana najlepszy blues

No a potem na miasto szus 

Jak się okazuje, dla właścicieli to nie tylko ciekawe urozmaicenie oferty lokalu. Sami także biorą udział w jamach. Magda Hajda jest zarówno współwłaścicielką klubu Brama, jak i wokalistką – towarzyszyła Markowi Misiowi na jego płycie „Niebajka”. Jak podkreśla, jamy są nie tylko okazją do tego, żeby pograć ze świetnymi muzykami, ale także żeby scalić środowisko bytomskich muzyków. Często udaje się tu znaleźć jakieś brakujące ogniwo do zespołu. Starają się także promować bytomską sztukę – odbywają się tu wernisaże, przy których przygrywają bluesmani, są imprezy charytatywne. W zeszłym roku Brama otrzymała nagrodę prezydenta miasta w dziedzinie kultury – Muza 2011 w kategorii upowszechnianie kultury. Problemem niestety jest sprzęt. Bardzo się eksploatuje, zwłaszcza że grają tu nie tylko profesjonaliści. Dlatego – jak to zwykle bywa – trzeba szukać sponsorów, wsparcia finansowego, aby te spotkania mogły być coraz lepsze.

Klub mieści się, jak wskazuje nazwa, w bramie jednej z bytomskich kamienic, powyżej są mieszkania. Kiedyś muzyka płynęła tu nawet do rana, niestety później trzeba już było ograniczyć szaleństwo. Dziś właściciele mają układ z mieszkańcami, że muzyka cichnie pół godziny po północy. Niełatwo jest jednak odciągnąć muzyków od mikrofonu. Magda śmieje się, że czasem trzeba to robić nawet siłą.

Plusem jest niewielka przestrzeń w klubie, bo zdarza się i tak, że muzycy rozsiadają się po kątach, pociągną tylko kabel, siedzą, rozmawiają z przyjaciółmi i czasem coś dogrywają. Muzyka płynie więc z każdego miejsca. Czasem goście chcą się włączyć do muzykowania, grają palcami na stoliku czy pałeczkami na kieliszkach nad barem. Wtedy zabawa jest najlepsza.

Po półtora roku rezydowania w Bramie uformowała się silna grupa. Każdy w tych spotkaniach muzycznych upatruje innych korzyści, dla każdego gitarowa improwizacja znaczy coś innego. Maciek Hojnowski – fotograf, podróżnik i gitarzysta – podkreśla, że dla niego najważniejsza jest rodzinna atmosfera, jaka panuje w czasie gry. – U nas nie ma gwiazd. Przecież chodzi o dobrą zabawę, wyjście stąd z poczuciem „ale było!”. Dlatego u nas nie ma rywalizacji, nie ma listy, ustawionej kolejności, kto kiedy gra. Nie ma popisów, „młodych-gniewnych”, którzy myślą tylko o solówkach, jest wspólna gra – ekscytuje się.

Marek Motyka za największy plus jamów uważa improwizację. – Chodzi o dobrą zabawę, a przy tym można się rozwinąć muzycznie, słuchając dobrych muzyków i grając z nimi. Na jamy chodzę, by spotkać znajomych, poznać nowych ludzi, trochę pogadać i pograć.

Pozostali muzycy chętnie opowiadają historię o chłopaku, który przez cały czas krył się ze swoimi wyjątkowymi umiejętnościami gry na harmonijce, a dziś towarzyszy na koncertach zespołowi Marka Motyki. W pierwszej chwili nie myśli się o walorach edukacyjnych takich spotkań, ot wydaje się, że to tylko sposób na spędzenie czasu. Do listy plusów Marek Miś dopisuje właśnie możliwość uczenia się od lepszych. – Jamy to także okazja do postawienia pierwszych kroków scenicznych. Są tacy, którzy przychodzą tylko posłuchać, zarzekają się, że talentu im brak. A potem uczą się przy lepszych od siebie, tak aby im dorównać albo nawet ich przerosnąć.

***

Niewielki klub szybko zapełnił się muzykami, słuchaczami i tymi, którzy marzą o muzycznym talencie. Muzykom akompaniują szklanki z piwem. Na lśniących gitarach odbijają się kolorowe witraże i mozaiki, którymi ozdobiony jest klub. W rodzinnej atmosferze, w cieple kominka pozostaje tylko czekać, kiedy bytomscy Lynyrd Skynyrd zagrają pierwsze nuty utworu Sweet Home Nasza Brama. Bo wreszcie mają swój dom, swoje miejsce i wreszcie jest gdzie grać.

[W tekście wykorzystałam cytaty z utworów zespołu Dżem, Leszka Cichońskiego oraz fragmenty książki Jana Skaradzińskiego „Dżem – ballada o dziwnym zespole”.]

 

Tekst: Magda Deptała
Fotografie: 1-2 Irena Stangierska, 3 Krzysztof Kadis
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone.

comments powered by Disqus