Tu jesteś
costam
na marginesie:

Ewald Gawlik

(1919-1993) malarz, członek Grupy Janowskiej. Główną tematyką jego dzieł był katowicki Giszowiec, Nikszowiec i Janów. Nazywany jest „śląskim Van Goghiem”. Przez wiele lat nie umiał odnaleźć się w środowisku malarskim, nie należąc w pełni ani do grupy amatorów, ani profesjonalistów. Efektem jego rozterek są obrazy opowiadające o dniu codziennym Ślązaków.

Zakład Fryzjerski

Zakład w Katowicach (Giszowcu) na ulicy Pod Kasztanami 34, w którym zobaczyć można obrazy Ewalda Gawlika. Prowadzi go Pani Iwona, córka Ludwika Lubowieckiego, który wspierał twórczość Ewalda Gawlika.

Ewald, ty byś coś namalował

Ewald Gawlik nie jest znanym malarzem. Chyba że znanym z tego, że się o nim zapomina. Jego obrazów brakuje na wystawach malarzy profesjonalnych, brakuje na wystawach amatorów. Bo z tym Gawlikiem nie do końca wiadomo, gdzie go przyjąć i gdzie przypisać. Tu, na Śląsku, też Ewalda nie mieliśmy za jakiegoś wielkiego malarza. – Zawsze był cichy, za dużo nie mówił, normalny chłop stąd. Tylko miał swoją pasję i dużo malował – mówi Iwona Płeszka, właścicielka wielu obrazów artysty. – A że ładne to było i nasze, to wszystkim się podobało.

Gawlik przypomina Stanisława Wokulskiego z „Lalki”. Z tą różnicą, że jest żywy i jest naprawdę. Też stoi na krawędzi między światami, z których jeden go odpycha, a drugi nie chce przyjąć. Z prawdziwej krawędzi łatwiej się spada. Gawlik wymyka się z ram grup społecznych i zawodowych, błądzi, szukając własnego miejsca. Górnik z zawodu, malarz z zamiłowania. Amator, który nie jest nowicjuszem. Profesjonalista, który zawsze będzie nanosił farbę ręką amatora.

Autoportret

Gdzie się to jego rozdwojenie zaczęło? Może na Śląsku. A może na wojnie

Gawlik urodził się w 1919 roku w Janowie i, tak jak bohater filmu „Angelus”, mógłby powiedzieć: – Byłem wtedy blank mały, a Barbara była święta. – Wychował się w rodzinie z górniczymi tradycjami, na Śląsku z czerwoną okiennicą, w czapce z pióropuszem. Kiedy był mały, dostał od rodziców farby, poszedł do gimnazjum artystycznego, aż w końcu porzucił je na rzecz zakładu ślusarskiego. Czy już wtedy można się było domyślić, że nie będzie umiał znaleźć sobie miejsca w życiu?

Z pasji jednak nie zrezygnował. Uczył się malarstwa pod okiem Pawła Stellera – artysty plastyka, nazywanegośląskim Dürerem, który pokazywał mu czarno-biały świat zamknięty w rysunku i drzeworycie. Koloru Gawlika musiał nauczyć Vincent van Gogh, którego malarstwo poznał w Dreźnie, gdzie wyjechał na wymarzoną Akademię Sztuk Pięknych. Pokochał tego malarza szczególnie, co widać na wielu jego obrazach, ukazujących motywy żywcem wyjęte z twórczości Holendra. Te same przedmioty, lecz oświetlone lampą górniczą.

Nim Gawlik zdążył odebrać pierwsze nauki w Akademii, wybuchła wojna. Pod groźbą pracy w obozie, a nawet śmierci, przystąpił do Wehrmachtu. Służbę wojskową odbył w Laponii. Walczył na froncie wschodnim, przebywał w Czechosłowacji i trafił do francuskiej niewoli. Chłopak z Janowa objechał w niemieckim mundurze praktycznie całą Europę. W 1947 roku wrócił do Polski.

Pierwsza rysa – Gawlik podpisuje

Ewald podpisuje oświadczenie. Jako jednostka niepoprawna politycznie wyrzeka się wszystkich myśli o studiach (a o nauce na Akademii Sztuk Pięknych myślał bardzo dużo). Całe życie będzie pracował fizycznie. Może w ten sposób pozbędzie się opinii zdrajcy ojczyzny, żołnierza wrogiej armii? Na pewno nigdy nie przestanie się bać. – W człowieku jak się urodzi jakiś strach, to siedzi w nim bardzo długo – mówi dyrektorka Muzeum Historii Katowic, Jadwiga Lipońska-Sajdak, i dodaje: – Gawlik bał się Służby Bezpieczeństwa od swojego powrotu do Polski. Został wtedy zatrzymany, przesłuchany i oskarżony. O zdradę kraju. Trudno mu było potem żyć.  

Druga rysa – Gawlik pracuje

W 1950 roku, po śmierci ojca, zatrudnia się w kopalni, by utrzymać zakładowy domek w Giszowcu. Początki są bardzo trudne. – Człowiek mający plastyczne aspiracje nie nadawał się do ciężkiej pracy fizycznej – wyjaśnia Lipońska-Sajdak.

 

Festyn ludowy

 

Poza świadomością porażki na polu zawodowym Ewaldowi doskwiera zachowanie górników, którzy znęcają się nad nim psychicznie. Dyrektorka MHK przypuszcza, że pracownicy Urzędu Bezpieczeństwa rozpuścili pogłoski, iż Gawlik jest zdrajcą. Dopiero po kilku latach jego sytuacja ulega poprawie. Gdy przenoszą go na stanowisko tamiarza, może się wykazać, przyzwyczaja się też do pracy. Ale nadal za cel swojego życia uważa malarstwo, któremu poświęca każdą wolną chwilę. Każdą – oprócz niedziel, gdyż uważa swoją pasję za ciężką pracę.

Gawlik jest jednym z członków grupy Janowskiej – zespołu samorodnych artystów, którzy nie wiadomo, jakim cudem, urodzili się w tym samym miejscu i czasie. Urodzili, a na dodatek spotkali i stworzyli w 1947 roku zespół malarski usytuowany przy kopalni Wieczorek. Żaden z nich nie ma wykształcenia, a tym bardziej dyplomu wyższej uczelni artystycznej. Każdy pokazuje swój unikalny świat, w którym często obecny jest Giszowiec. Na ich obrazach Barbara dalej jest święta. A przecież „nosi krytykonci od siedmiu boleści godają, ze chcą zabić dusza. Ale to jest nieprawda, towarzysze. Nieprowda. A dlaczego? Nie można zniszczyć czegoś, co nie istnieje”, jak mówi Stalin z „Angelusa”.

Pomimo tego artyści tworzą dalej.

Zbigniew Lis – instruktor grupy – wspominał, że jego praca głównie polegała na zaznajamianiu malarzy z europejskimi nurtami i sposobem mieszania farb. Nikt nie lubił słuchać uwag kontrolujących jego twórczość. Ewald był szczególnie wrażliwy, głodny każdej pochwały. Głęboko przeżywał każdą krytykę, po której gotów był zniszczyć nawet najpiękniejszy obraz.

 

Festyn

 

Dobrze, że Lis wykazał taki talent dyplomatyczny, bo przecież szkoda by było, gdyby Ewald nie ukończył któregoś ze swoich obrazów. Nie pokazałby wtedy kobiet z niewyraźnymi twarzami, ubranych w barwne stroje, idących z bochenkami chleba w rękach. Kolorowymi mazami nie namalowałby ludzi siedzących na festynie w parku. Nie spoglądałby z autoportretu, powoli dopalając fajkę.

Trzecia rysa – Gawlik nie chce

Ewald chce jednak czegoś więcej. Wysyła więc obrazy na konkursy i wystawy. Amatorzy uważają go za zbyt profesjonalnego twórcę. Profesjonaliści wytykają niedokończone studia. Prezes katowickiego oddziału ZPAP, Marian Teofil Wyrożemski, proponuje Gawlikowi członkostwo w Związku, które wiąże się z przydziałem na zawsze potrzebne farby i pędzle. – Ewald odmówił, obawiając się osamotnienia i tego, że zawodowcy będą go traktowali jak podrzutka – mówi Lipońska-Sajdak i dodaje: – Gawlik wiedział, że cały czas jest na granicy, i z tego powodu cierpiał. Może dlatego tyle malował. Mało jednak sprzedawał, dużo rozdawał. Każdy, kto przyszedł i pochwalił, mógł zostać właścicielem obrazu. Malarz był głodny pochwał, szukał akceptacji.

Fryzjer Ludwik Lubowiecki był jednym z nielicznych, którzy Gawlikowe obrazy kupowali.

Ciepło rodzinne

A wszystko zaczęło się bardzo zwyczajnie, jak to zwykle na Śląsku

Pod kasztanami stoją kobiety z ładnie obciętymi włosami. Ponad nimi na ścianach wiszą obrazy ozdabiające ściany zakładu fryzjerskiego. Wszystko pachnie żelem do włosów i trochę farbą. Pierwszy obraz, jaki tu trafił, był urodzinowym prezentem dla miejscowego fryzjera, Ludwika Lubowieckiego, i przedstawiał jego miejsce pracy. Pomysł utrwalania Giszowca na obrazach też narodził się w tym miejscu – na zapleczu. Człowiek siądzie z przyjaciółmi, pogada i pomysły same do głowy przychodzą. Wtedy w latach siedemdziesiątych planowano wyburzyć Giszowiec i dlatego jeden z kolegów Lubowieckiego powiedział: – Ewald, ty byś coś namalował, jak to tu wygląda.

Ewald namalował więc osiedle, które na początku XX wieku zostało zbudowane dla robotników pracujących w firmie „Giesches Erben”, na podstawie projektu Georga i Emila Zillmanów. Tu każda z mieszkających rodzin miała do dyspozycji osobne mieszkanie w dwurodzinnym domku i własny ogródek. Giszowiec jest przykładem realizacji Howardowskiej koncepcji miasta-ogrodu. Architektura miała wpływ na życie mieszkańców, przenosiła do miasta cechy życia wiejskiego. Do dzisiaj przetrwała 1/3 dawnej zabudowy, gdyż w 1969 roku zapadła decyzja o likwidacji mało praktycznych domków, na których miejscu miały powstać bloki. Proces wyburzania zakończyła dopiero decyzja konserwatora zabytków.

Gawlik malował świat, który się zmienia. Pierwszy obraz to wiosna: białe domki o pastelowych dachach stoją w promieniach słońca. Na drzewach kwitną jasne kwiaty, pranie suszy się na sznurach. Kolejny obraz cyklu przedstawia lato: te same domy, tylko niebo jest bardziej wyraziste, liście zielone i pranie znikło z dworu. Jesienią palą ogniska – wszystko jest gorące od ich promieni. Zimą krajobraz pokrył śnieg.

– Często mówiono, że u Gawlika taka mała izba, że obrazy leżą pół na łóżku, pół na piecu, więc ani tam spać, ani grzoć. – mówi Iwona Płeszka. – To gdzie on miał je trzymać? Mój dziadek kupował te obrazy i wieszał w zakładzie fryzjerskim. Wiszą tu do dzisiaj.

 

Życie rodzinne

 

Kwadratowe tyłki

– Malował po swojemu – wyjaśnia Lipońska-Sajdak. – Pokazywał sceny z życia Ślązaków, panie w regionalnych strojach, zwyczaje takie jak świniobicie czy pieczenie chleba. Kładł nacisk na pejzaże, ludzi malował bardzo schematycznie. Gawlik zdawał sobie sprawę, że ten Śląsk, który zna, odchodzi. Zdecydowanie można go nazwać reporterem obrazu. Ale nie można powiedzieć, by cechowały go typowe dla dziennikarza obiektywizm i chłodne traktowanie materiału. Z tych obrazów bije bardzo dużo emocji. Gawlik fakty codzienne ubiera w piękną szatę. On nie tylko maluje Barbórkę, lecz pokazuje też górnika, jego czystą koszulę, wysprzątaną izbę. Z układu przedmiotów można wyczytać emocje ludzi. Jego obrazy są żywe – tak jakby w nich siedział jakiś duch.

Szczególnie żywe były dla najbliższego otoczenia Gawlika. Na jednym z jego najbardziej znanych obrazów widać kozy na polanie i kobiety pochylone nad balią. – Zawsze, jak moja babcia na ten obraz patrzała, to mówiła do Ewalda: Ja nie wiem, skądś ty to wzioł, u nas baby takich kwadratowych tyłków nie mają – śmieje się Iwona Płeszka.

Ewald nie kończy

Swój pamiętnik otwiera słowami: „Rękopis został rozpoczęty w dniu 25 czerwca 1978 roku, ukończony w dniu ?”. Tego malarz nie mógł wiedzieć, lecz swój pogrzeb dokładnie sobie wyobraził: jest ciemno, pada deszcz, na przedzie karawany idzie ksiądz, czterech ministrantów, za nimi żałobnicy. W tle widać kościół i dwa dymiące kominy. „Pogrzeb górnika” to niedokończony obraz Ewalda.

Po co miał go kończyć?

W 1993 roku nie trzeba było już żadnych podobizn. Ewald Gawlik zmarł, pogrzeb górnika się odbył. Obrazy, które zostały sprzedane Ludwikowi Lubowieckiemu, dalej wiszą w zakładzie fryzjerskim na ulicy Pod kasztanami w katowickim Giszowcu. Przychodzi je oglądać coraz więcej osób. Wiele dzieł znajduje się w rękach prywatnych, czasem trafiają do muzeów. A na Giszowcu znów jesień, potem zima, domy zasypie śnieg.

Wszystko wróciło do normy. Umarł górnik i artysta. W trumnie nie widać rys.



Tekst: Katarzyna Niedurny
Ilustracje: Obrazy Ewalda Gawlika
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone.

comments powered by Disqus