Tu jesteś
costam
na marginesie:

Zakłady Cukiernicze „Hanka”

siemianowicka fabryka czekolady zajmująca się produkcją słodkich wyrobów. Już od prawie stu lat. Ich najbardziej znane łakocie to Michałki, które swą nazwę wywodzą od imienia syna właściciela. Ciągle cieszą się dużą popularnością. A także sentymentem wśród, dziś już dorosłych, łasuchów.

Podróż do krainy Michałków

„Biochemia dowodzi, że nie ma różnicy pomiędzy miłością a dużą tabliczką czekolady”
Adwokat diabła

 

„Chcesz cukierka, idź do Gierka”, zwykły mawiać śląskie mamy do swoich pociech, „Gierek ma, to ci da”. Na tej rymowance wychował się niejeden bajtel, który raczej nie wybrał się po garść słodyczy do Pana Gierka, bo... – Zawsze chodziło się do mamy – wspomina Karolina, córka Hanny Błatoń, byłej pracownicy Górnośląskich Zakładów Cukierniczych „Hanka”. – Ze wszystkich cukierków najbardziej uwielbiałam i do dziś uwielbiam Michałki.

Niewiele piętnastogramowych bloczków czekolady wzbudziło tyle skrajnych emocji. Od głębokich wzruszeń po waśnie pomiędzy największymi zakładami przemysłu cukierniczego. O Michałki przez lata toczyły się zażarte spory. Wielu próbowało przypisać sobie palmę pierwszeństwa, wielu wykraść sekretną recepturę. Nikomu się to nie udało. Choć w międzyczasie powstało wiele odpowiedników, jak świebodzickie Michaszki czy wawelskie Michałki, oryginalny Michałek jest jeden i ma korzenie na Śląsku, a konkretnie w Siemianowicach. Narodził się dokładnie tu, w Zakładach Cukierniczych „Hanka”, w 1922 roku i choć nieobce były mu burze, to wytrwale od prawie stu lat z niekłamanym urokiem osładza nam życie.

 

ilustracja Barbara Grzybowska

 

Ale skąd nazwa tego nieposkromionego słodkiego cudu? Czy pochodzi od Michałkowic, dzielnicy Siemianowic Śląskich? Michał Tabaka, syn byłego kierownika zakładów „Hanka” i prawdopodobny bohater całego zamieszania lingwistycznego przytacza anegdotę.

Z rodzinnych opowiadań wiem, że kiedy pojawiła się nowa receptura cukierka, w zakładzie odbyła się burza mózgów, jak je nazwać. Padały różne propozycje. W końcu ktoś zapytał ojca: „Panie inżynierze, panu się przecież właśnie urodził syn. Jak mu pan dał na imię?”. Tato odpowiedział, że Michał. I tak cukierki nazwano „Michałkami” – opowiada.

Hanna Błatoń, z zawodu cukiernik karmelarz i pracownik z ponad dziesięcioletnim stażem w Zakładach Cukierniczych „Hanka”, dzieli się wspomnieniami z okresu największej prosperity siemianowickich zakładów. A gdzie łatwiej o większą sławę dla czekolady niż w Polsce Ludowej, erze deficytu?

Podróż do krainy Michałków

Dojeżdżamy do Siemianowic, tabliczka na budynku wskazuje: Dworcowa 2. Przed nami rozpościera się wielki, trzykondygnacyjny obiekt, w środku i na zewnątrz krzątają się ludzie. Jest 1981 rok, pierwszy dzień praktyk. Hanka Błatoń nie kryje zdenerwowania. Wielkie machiny, szybko przesuwające się taśmy, kobiety przesypujące ciężkie worki z granulatem, fartuchy umazane czekoladowym musem, pracownice nieróżniące się jedna od drugiej przez ciasno związane czepki i jednakowe białe fartuchy.

– Witamy w „Hance” – oznajmia kierownik, nie wzbudzając entuzjazmu.

Wkrótce okazuje się, że jest jednym z trzech mężczyzn na sali, drugi to majster, a trzeci – sam prezes. Resztę zespołu stanowią kobiety, trochę jak w komedii u Machulskiego. Niemal wszystko odbywa się z udziałem kobiecych rąk, są jak mrówki wykonujące skrupulatnie swoją pracę, jak zaaferowane pszczoły. Dwuminutowa przerwa i z powrotem do maszyny. Uczennica technikum nie kryje lekkiego strachu, wszystko wydaje się tu dopracowane w każdym szczególe. Czy się tu odnajdzie, czy wytrzyma całe trzy lata? Jeszcze nie wie, że nie tylko trzy, ale całe dziesięć, i wcale nie będzie łatwo jej stąd odejść...

– Możecie jeść do woli, ile zmieścicie, nie ma żadnych ograniczeń oznajmia kierownik, wywołując radosną nowiną uśmiech na twarzy fryców. Na to czekali całą noc. O systemie premiowym w „Hance” krążyły legendy. Każdemu marzył się nieograniczony dostęp do łakoci, szczególnie w czasach, gdy półki w sklepach świeciły pustkami, a jedyną dostępną rozpustą były landrynki i oranżada w plastikowym woreczku. „Do woli” – to jest coś! Grupa praktykantów spojrzała na siebie wymownie, część już czekała na odejście przełożonego, oblizując ochoczo usta.

– Możecie zjeść nawet całą „Hankę” – dodaje kierownik – ale jest jedna zasada: ani jednego cukierka do domu.

Kto by teraz myślał o wynoszeniu do domu, kiedy przed nim rozpościera się wizja nieograniczonego dostępu do słodkości. O tym nawet nikomu się nie śniło. Po stresie Hani nie ma ani śladu. – Tak się najedliśmy, że nas rozbolały brzuchy. Nie mogliśmy się ruszać, na szczęście zwolniono nas wcześniej. Obiecałam sobie, że więcej to się nie powtórzy. Nic z tego. Przez dobry miesiąc objadaliśmy się cukierkami. Nigdy nie sądziłam, że nadmiar przyjemności może zaszkodzić. Mimo wszystko żadne z nas nie mogło się oprzeć. Byliśmy jak dzieci tuż przed pierwszą gwiazdką – wspomina.

Po cukierki regularnie przychodzą laborantki, bo produkty regularnie poddawane są ekspertyzie. Bada się skład, proporcje, kaloryczność. Słowem: wszystko, co może zmieścić się w małym wyrobie.

– Wszystkie bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Pomiędzy ekipą w „Hance” wytworzyła się specyficzna więź – opowiada Barbara Kuśmiar, niegdyś laborantka w „Hance”. – Często schodziłyśmy po cukierki do badań, lecz tak naprawdę chyba bardziej chodziło nam o cukierki do kawy. Już po chwili wdawałyśmy się w rozmowy z pozostałymi kobietami w zespole i w ten sposób nigdy nie kończyło się na obowiązkach służbowych. Atmosfera była niesłychanie życzliwa.

– Chyba to jest główna domena tamtych czasów – wspomina Małgorzata Habryka, również pracująca w tamtym okresie w siemianowickich zakładach cukierniczych. – Ludzie ze sobą chętnie rozmawiali, spędzali czas. Nie było rywalizacji, była współpraca. Myślę, że tamte czasy, mimo fatalnej sytuacji gospodarczej, były szczęśliwsze pod wieloma względami.

Nadawanie formy

„Hanka” to jedna wielka hala, podzielona na poszczególne segmenty. Parter – mieszalnia; pierwsze piętro – nadawanie formy; trzecie – pakowalnia i przygotowywanie. Etap końcowy wieńczy zjazd do magazynu windy towarowej z gotowym do sprzedaży towarem.

Produkcja składa się z kilku etapów: warzelnia, taśmy, wykładanie kartonów (należy je składać dzień w dzień, przez osiem godzin). Samym pakowaniem zajmują się maszyny, część produkcji odbywa się automatycznie. Ale na monotonię nie można narzekać, ponieważ poszczególne sektory wymieniają się między sobą. Zarówno Hania, jak i inne pracownice zamieniają się stanowiskami. Tydzień zbierania cukierków na taśmie, tydzień w warzelni. Osobne stanowisko zajmują kobiety ciężarne. Siedzą przy wielkim okrągłym stole i przybijają pieczątki, co tworzy nieco humorystyczny, ale i jakże czułostkowy obrazek.

Kreatywna „Hanka”

Żadna praca, nawet w fabryce czekolady, nie jest wolna od pewnego zjawiska. Nuda – dopada największych tytanów pracy. Oto jeden z najbardziej monotonnych czwartków w historii. Poniedziałkowy entuzjazm zdążył ostygnąć, a do weekendu jeszcze daleko. W całym tym marazmie powstaje gigantyczny miś Fazi, majster żegna się na widok pracownic dumnie prezentujących artystyczny kunszt. To Hanka wraz z zespołem pracowniczym ulepiły z masy zalegającej w muldach wielką rzeźbę na kształt Faziego. Oczywiście nikt nie ma zamiaru go zjeść.

To piąty rok pracy. Ludziom z „Hanki” czekolada śni się po nocach.

Największym wyzwaniem jest praca na taśmie. Wymaga nie tylko umiejętności manualnych, ale również zręczności i sprytu, by sekwencyjnie wyłapywać cukierki w regularnych odstępach czasu. Tak aby produkcja przebiegała w ustalonym rytmie. Wystarczy nieco spowolnić tempo, by całe masy czekolady wpadały do przygotowanych na takie wypadki pojemników. – No, toś Hanka zaspała – mówiły robotnice, gdy coś poszło nie tak i cała czekolada lądowała w muldach.

Nikt jednak nie przejmuje się tym za bardzo. Raz, że to sporadyczne przypadki, dwa – kładzie się mniejszy nacisk na szybką produkcję i sprzedaż. – Bez stresu, bez ponaglania – tłumaczy Hania. – Paradoksalnie dziś o wiele więcej adrenaliny czeka mnie za ladą w sklepie niż wtedy w „Hance”.

Dzieje fabryki czekolady

Siemianowickie zakłady cukiernicze przechodziły niejedną perturbację. Pod koniec lat 80. wybuchła fala strajków, w które angażowały się NSZZ „Solidarność 80”.

– Pracowałyśmy z miesiąca na miesiąc, nie otrzymując wypłaty – wspomina pracownica, która nie chce ujawniać swojego imienia. – Wiedziałyśmy, że  jest nie najlepiej, ale ciągle nam obiecywano, że otrzymamy wynagrodzenie. Informacja o zamknięciu była dla nas zaskoczeniem.

W latach 90. nastąpiła prywatyzacja zakładów „Hanka”. Od tamtej pory powstało wiele spółek, które często zmieniały właściciela i siedziby. Sytuacja z bankructwem powtórzyła się w listopadzie 2001 roku, rok przed ogłoszeniem upadłości firma zwolniła większość pracowników. Dziś odradza się na nowo.

Szczęśliwie ani liczne restrukturyzacje, ani procesy sądowe, ani krach nie osłabiły pozycji Michałka na rynku, który dosłownie żył i żyje własną legendą. Słodki rarytas opakowany w sreberko z niebieskim nadrukiem należy do najchętniej kupowanych słodyczy na rynku. Z niesłabnącym uwielbieniem smakują go zarówno dzieci, jak i dorośli, którzy z kolei dzięki nim wracają myślami do czasów dzieciństwa.

– Zawsze po pracy przynosiłam do domu stos cukierków – mówi Hania Błatoń. – Zaraz przy wyjściu mieliśmy sklepik. Oprócz wypłaty otrzymywaliśmy również bony na słodycze.

Zakłady „Hanka” nie są reliktem przeszłości, ale do dziś sprawnie funkcjonującym zakładem. Co najważniejsze – wielopokoleniową firmą z tradycjami, która wywodzi się przede wszystkim z pasji do czekolady.

Na dziś koniec podróży po magicznej krainie płynącej czekoladą. Mniej chętnie, ale jednak, wracamy do naszego XXI wieku. Tyle się zmieniło, samochody, ulice, styl życia...

– I my również idziemy z duchem czasu – opowiada Katarzyna, pracownica dzisiejszych zakładów na dworcowej. –  Mamy nowocześniejszy sprzęt, zwiększamy produkcję i asortyment.

 

A oprócz tego? Sprawdzamy: 32229... (piii, piii, piii )...

– „Hanka”, słucham?

Uff, można odetchnąć z ulgą.



Tekst: Ana Miller
Ilustracja: Barbara Grzybowska
Licencja: tekst i ilustracja - wszystkie prawa zastrzeżone.

comments powered by Disqus