Tu jesteś
costam
na marginesie:

Raspazjan

artysta śląski z pochodzenia i z tworzenia. Malarz, grafficiarz. W swoich pracach często sięga po motyw Utopca i kobiety-kota, a wszystko zamyka w futurystycznej formie. Jego dzieła znaleźć można m.in. na ulicy Mikołowskiej i Damrota w Katowicach czy w Chorzowie-Batorym. Prywatnie: sympatyczny dredziarz w okularach. Jego strona: www.raspazjan.com

Mona Tusz

śląska malarka uliczna, mająca na koncie kilkadziesiąt murali, w tym średnio-wielkoformatowych. Organizatorka ezoterycznych podróży do świata ducha i emocji, obfitującego w faktury i struktury, siły sprawcze, stwory (od niedawna) i stany nieważkości. Czasem ociera się o karykaturę, groteskę i bajkę. Uprawia także malarstwo sztalugowe i rzeźbę, rzadziej scenografię, performance, grafikę. Strona Mony: www.monatusz.art.pl

Raspazjan. Poruszyciel wyobraźni

Katowice, ul. Andrzeja 12

Park Śląski w Chorzowie

Katowice, ul. Gliwicka 148

Mikołów, Klub Studencki Fraktal

 

Oto kilka przykładowych, lecz nie przypadkowych adresów miejsc ciekawych. Co je łączy? Sztuka.
Nie, to nie są galerie.
To są ściany.
Nie, nie wiszą na nich obrazy.
Za pomocą farb i sprejów sztuka przylgnęła do nich na stałe.

 

 

Niegdyś takie „malunki” w miejscach publicznych kojarzono głównie z wandalizmem, a w najlepszym razie z undergroundową, artystyczną ekspresją. Teraz szumnie zwie się to „sztuką uliczną”. Jej potencjał podchwyciła Instytucja Kultury Katowice – Miasto Ogrodów i zorganizowała już dwie edycje Street Art Festival, na którym mieli okazję zaprezentować się zarówno zagraniczni, jak i rodzimi artyści.

Jednym z nich jest Raspazjan, śląski artysta, którego prace z pewnością większość z was widziała, choć może jeszcze o tym nie wie. W ramach tegorocznego festiwalu wraz z Magdą Drobczyk i Moną Tusz (Śląsk) oraz Verą King  (Gdańsk) ubarwiał jedną ze ścian pod wiaduktem na ul. Mikołowskiej. Była to doskonała okazja, aby złapać go w terenie. Bez problemu zgodził się porzucić farby na pół godziny i zaprosił nas do swojej pracowni. Tam mogliśmy swobodnie porozmawiać, odcięci od szumu samochodów.

Odrapana podłoga, na drzwiach kawałki taśmy klejącej, wszędzie pędzle, wałki, farby i spreje. Nietrudno też natknąć się na niedokończony obraz na sztalugach czy kartki ze szkicami. W sąsiednim pokoju dostrzegam konia wyciągniętego na podłodze... Czuję się niczym Alicja w Krainie Czarów. Na taką uwagę Spaz ze śmiechem mówi, że dla niego to normalka. Tak właśnie wygląda jego codzienne życie.

 

 

Ale... zacznijmy od początku. Czyli od tego, co przywiodło Raspazjana do śląskich ścian:

– Kiedy jeździłem pociągiem na kolonie do Gdańska, po drodze widziałem pomalowane mury i to mnie zawsze intrygowało. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co to jest. Wcześniej zawsze malowałem sobie jakieś rzeczy w zeszytach, a graffiti pojawiło się w Polsce dopiero z kulturą hip-hopową. Nie było tak jak teraz: wpisujesz hasło w Google i znajdujesz odpowiedź. Wtedy niczego nie było – gazet, Internetu. Co miesiąc wychodziła tylko pewna gazeta, w której jedna strona była poświęcona graffiti. Przez cały miesiąc czekaliśmy na tę gazetę, żeby zobaczyć jakieś prace, na których moglibyśmy się wzorować. Byliśmy młodzi, nie wiedzieliśmy do końca, z czym to się je. Pierwszą ścianę robiliśmy emulsjami, pędzlami. Nie było specjalistycznych sprejów. Ktoś powiedział, że na Szopienicach jest hurtownia ze sprejami, więc w sobotę rano robiliśmy tam wyprawę. Nie mieliśmy kasy, więc kupowaliśmy po dwie farby na głowę i tyle. Tak to się naturalnie jakoś wszystko zaczęło…

...i potoczyło się dalej. Jak jest teraz?

– Fajnie, zawsze tak chciałem. Kiedy miałem 16 lat, dziadek dał mi jakąś tam pracę na miesiąc na wakacje w warsztacie. Stwierdziłem, że nigdy tak nie chcę (śmiech)! Chodzi o to, że trzeba było tam wstać, iść na osiem godzin do pracy i wrócić. My czasami przy ścianie spędzamy więcej czasu, po 12-14 godzin i tak przez tydzień, a potem możemy sobie zrobić wolne. To jest właśnie wolność. Jestem bardzo wdzięczny losowi, że jest mi dane tak żyć i nie zmieniłbym tego.

Życie jak w bajce? Niekoniecznie.

– Gdy chodzi się do pracy, ma się ubezpieczenie, pensję co miesiąc, a ja i moi znajomi musimy kombinować. Musisz być zarejestrowana w urzędzie, chodzić tam co chwilę, podpisywać jakieś papiery. Oni ci przedstawiają oferty pracy, której i tak nie chcesz, bo robisz swoje. Pod tym względem jest ciężko. Jest też niepewność: dzisiaj mam z czego żyć, ale kto wie, czy za rok tak będzie. Żyję tak już z siedem, osiem lat. Maluję też obrazy, więc czasem się coś sprzeda… i tak to się wszystko jakoś udaje.

 

 

Taki styl życia może dostarczać emocji nie tylko finansowych. Raspazjan nie narzeka na nudę. Jednak, jak każdego, czasem dopada go zmęczenie.

– Ostatnio miałem tak pod koniec tamtego sezonu. Gdy zrobiliśmy ostatnią ścianę, było już zimno. Cieszyłem się, że będzie zima , a ja będę sobie siedział w pracowni i malował obrazki, słuchając muzyczki. Miasto robi się fajnie, ale jednak czasem jest to wyczerpujące, bo cały czas są różni ludzie, jest się cały czas wystawionym na widok publiczny… Pamiętam, jak pod koniec zeszłego sezonu cieszyłem się z ostatniego dnia pracy. Potem siedzi się w pracowni i maluje obrazki. Ale po jakimś czasie to z kolei pierwsza ściana jest radością.

Ściany, obrazy... Skąd inspiracje do ich tworzenia? W odpowiedzi na jedną z sugestii Raspazjan zarzeka się, że z używek nie korzysta. Przynajmniej nie w trakcie tworzenia.

– Siedzę w śląskim klimacie. Kiedyś babcia opowiadała mi dużo bajek, teraz też czytam sporo książek historycznych. Te bajki nie są nigdzie spisane i to jest też właśnie coś, co mnie inspiruje – Utopce, Meluzyny, Strzygi, Południce… Kiedyś Śląsk był regionem rolniczym i kiedy ludzie pracowali na polu, przychodziła południca i wszyscy zasypiali. Można to fajnie przedstawić. Moją ulubioną postacią jest Utopiec. To taki demon wodny, którego można porównać do diabłów z „Mistrza i Małgorzaty”. Jak mu się nadepnęło na odcisk, to był zły, ale tak poza tym, to nawet pomagał ludziom. Tutaj właśnie też maluję Utopca, ale nie takiego, jakiego można znaleźć w różnych opisach, tylko trochę przełożonego na mój język.

Mówi także o Boschu i o swojej ostatniej fascynacji, Hansie Memlingu.

Jednak ściany zrobione w trakcie festiwalu to bardzo mała część twórczości Raspazjana. Nie jest to artysta, który tworzy tylko raz do roku, w atmosferze festiwalowego szumu i z oficjalnym błogosławieństwem władz.

– Dwa lata temu malowaliśmy z Moną mural w Chorzowie Batorym. Dyrektorka szkoły podstawowej chciała, żebyśmy go zrobili. Zgłosiła się do nas, a właściwie do urzędu, do którego musieliśmy oddać projekt. Spotkała nas jednak dość ciekawa sytuacja: wiceprezydent miasta (który za pół roku miał odejść na emeryturę) powiedział, że się na to nie zgadza, bo – to są moje ulubione słowa, jakie kiedykolwiek usłyszałem – projekt jest zbyt nowoczesny. I powiedział nam to koleś, który z zawodu jest jakimś tam inżynierem czy kimś takim. I taki ktoś, omawiając projekt artystyczny, mówi, że jest zbyt nowoczesny. Gdybyśmy byli bardziej nieśmiali, to pewnie spuścilibyśmy głowy i odeszlibyśmy. Ale my zrobiliśmy raban. Uruchomiliśmy kontakty i jacyś radni w końcu przepchnęli ten projekt. Przez to wszystko prace się opóźniły. Mieliśmy to robić pod koniec września, a przez takiego „poważnego pana” musieliśmy to robić w grudniu, kiedy już było zimno i padał śnieg. Musieliśmy się spieszyć.

 

 

Czasem, aby uniknąć takich sytuacji, artyści uciekają się do prostszych rozwiązań (choć nie zawsze z technicznego punktu widzenia), malując „na nielegalu”.

Przyszliśmy sobie w dzień, zrobiliśmy i poszliśmy. Nie trzeba się było wdawać w załatwianie jakichś zezwoleń – mówi Raspazjan o muralu zrobionym z Miszmasz przy ul. Damrota. Podobnie było z jednym z murali stworzonych razem z Moną na Tylnej Mariackiej. Spaz, bardzo rozbawiony, opowiada mi tę historię: – Robiliśmy to, kiedy trwał tam remont i nie dało się wjechać, w ciężkich warunkach. Potem, jak zrobili Mariacką, ktoś podesłał mi link do artykułów, że Mariacka Tylna pięknieje, że pojawiają się murale… A te murale były tam robione w takich warunkach, że masakra. I nikt nie wie, że to jest nielegal. Do dzisiaj nie wiedzą. Ludzie myślą, że tak miało być. Kiedy mieszkańcy pytali, co tam robimy, powiedzieliśmy, że robią Mariacką i miasto tu zainwestowało… i poszła taka plotka. A miasto nie zainwestowało!

Niezależnie od tego, jak murale powstawały, są widoczne dla mieszkańców. Nieraz wywołują różne skojarzenia w ich głowach.

Dwóch studentów Uniwersytetu Ekonomicznego, których zagaduję, od razu zwraca uwagę na symbolikę jego dzieł, próbując rozgryźć poszczególne elementy muralu przy ul. Mikołowskiej. Jeden z chłopaków porównuje go do Śląskiego Muralu po przeciwnej stronie ulicy, który jest dla niego tylko i wyłącznie sztuką wizualną, bardziej kojarzącą się ze sztuką uliczną. Natomiast o pracy Raspazjana mówi: – Jest to coś, co normalnie się tworzy i wkłada do galerii.

Drugi natomiast, wymachując mi przed nosem „Grą szklanych paciorków” Hessego, od razu podaje skojarzenie spaztylkowych stworów do twórczości Boscha. Jednak nie wszyscy traktują street art jako okazję do refleksji...

17-letni mieszkaniec dzielnicy Murcki i 28-letnia mieszkanka Pyskowic mówią, że są „fajne”. Katowice są dla nich szarym miastem, a murale dobrym sposobem na podkoloryzowanie otoczenia. Tak samo twierdzi 42-letnia mieszkanka Piotrowic. Chociaż jej zdecydowanie bardziej przypada do gustu Śląski Mural aniżeli prace Raspazjana i jego koleżanek.

 

 

Co na to artysta? Czy właśnie taki efekt chciał wywołać w głowach odbiorców?

– Chcę pokazać ludziom coś, co jest estetyczne. Gdyby ludzie oglądali dużo fajnych rzeczy, to później sami wystawialiby lepsze rzeczy. Ale przede wszystkim chcę ruszyć ich wyobraźnię. Widzę czasem, jak podchodzą i mają problem z tym, żeby zrozumieć taką ilość abstrakcyjnych elementów. Ludzie nie mają dużego kontaktu ze sztuką. Kiedy chodzę po galeriach, spotykam ciekawych ludzi, ale jednak, malując na ulicy, ma się do czynienia z całym przekrojem społeczeństwa. Czasem podchodzi jakaś pani i mówi: „ Co to jest, bo ja tego nie rozumiem”. Do galerii by nie przyszła. Tam wszystko może być sztuką, a na ulicy musisz się wytłumaczyć z tego, co robisz.

Podczas tworzenia muralu przy ul. Mikołowskiej do Spaza podszedł pewien pan, pytając – Czy to symbolizuje Śląsk jako maszynę, która przez tyle lat napędzała ten przepity kraj...?

Nie było to zamysłem autora, ale przyznał, że interpretacja ciekawa.




Tekst: Iwona Honczia
Fotografie: Marcin Dziadak
Licencja: Licencja: Tekst - Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska (CC BY-NC-ND 3.0) / Opis: "Tekst autorstwa Iwony Honczia, stworzony dla projektu Mapa Mijesc Ciekawych www.mmc.org.pl" / Fotografie: prawa zastrzeżone.

comments powered by Disqus