Tu jesteś
costam
na marginesie:

Mezik

właściciel firmy transportowej; od pięciu lat w Polsce, od dwóch mieszka w Katowicach. Posiada podwójne obywatelstwo: tunezyjskie i polskie. Jako nastolatek wyjechał do Francji, gdzie pracował m.in. jako kelner. Przyzwoicie mówi po polsku i angielsku. Tunezyjczyk. Ma 32 lata.

Errom

absolwent budownictwa na Politechnice Śląskiej. Drugi zawód wyuczony i wykonywany obecnie – kucharz. Wcześniej, zaraz po ukończeniu studiów, pracował w budownictwie w Opolu. Przed przyjazdem do Polski mieszkał we Francji (w Grenoble był kucharzem). Bardzo dobrze mówi po polsku i angielsku. Tunezyjczyk, 25 lat.

Prince

obecnie bezrobotny. W Tunezji był kierowcą w firmie transportowej. W Katowicach mieszka z przerwami od ośmiu miesięcy. Przyjechał do siostry, która od czterech lat jest żoną Polaka. Najlepszy przyjaciel Mezika. Chce zostać w Polsce, znaleźć żonę, pracę, dostać obywatelstwo. Bardzo słabo mówi po polsku i angielsku. Tunezyjczyk. Ma 43 lata.

Patrice

konsultant telefoniczny w firmie logistycznej zajmującej się turystyką. W Tunezji pracował w turystyce. Do Polski przyjechał w lutym 2009 roku uczyć się polskiego. Przez cały pobyt w Katowicach pracował w różnych miejscach. Od lutego 2011 roku w związku małżeńskim z Polką, Zofią. Od października 2011 roku mieszkają w Krakowie. Bardzo dobrze mówi po angielsku, średnio po polsku. Tunezyjczyk, 30 lat.

Zofia

absolwentka filologii polskiej, żona Patrice`a, razem mieszkają w Krakowie.

Sam

Egipcjanin, razem z Patricem mieszkał w akademiku, później wspólnie wynajmowali mieszkanie, obecnie mieszka w Egipcie.

Katowice first-minute

O kobietach słów kilka

– Paweł, mój przyjacielu, możesz mi powiedzieć, czego ona ode mnie chce?

Mezik, bo tak nazywa się mój kolega, ma trzydzieści dwa lata. Zawsze elegancki, z uśmiechem nieschodzącym z twarzy. Zwykle z kilkudniowym zarostem, dziś gładko ogolony – jakby miał w planie ważne spotkanie. Na palcu lewej ręki sygnet. Podaje mi swoją komórkę i prosi o przetłumaczenie SMS-a z polskiego na angielski.

– Ona za tobą tęskni. Chciałaby się spotkać, ale teraz nie może, bo jedzie po prezent dla rodziców, a później ma im go zawieźć. I oczywiście całuje cię serdecznie.

Na jego twarzy pojawia się przelotny uśmiech. Prosi, bym po polsku odpisał coś w stylu: Też za tobą tęsknię. Tęsknie za kolorem twoich oczu, zapachem włosów i ciepłem twego ciała. Ale nie możemy się zobaczyć, bo masz swoje sprawy i męża.

– Co, kolejnej zawróciłeś w głowie? Kolejnej, która ma męża i pewnie też dziecko?

– Wiesz, ja w tej chwili nie potrzebuję kobiety, żony – mówi i prostuje się na krześle, przybierając pozę bardziej dystyngowaną. Jak mędrzec, który chce dzięki temu być bardziej widoczny i lepiej rozumiany przez swoich uczniów. – Nie jest tak, że nie lubię kobiet. Uwielbiam je, ale... zaraz się we mnie zakochują i chcą się żenić. Jak: żenić ze mną? Mają mężów, dzieci. To jest chore. Ja nie mogę im tego zrobić. Ja nie mam teraz czasu na małżeństwo. Teraz jestem biznesmenem, mam swoją firmę, muszę zarabiać pieniądze.

–  Trudno być biznesmenem w Polsce? Trudno zarabiać pieniądze w obcym kraju?

– Jak masz głowę na karku i trochę pieniędzy na początek, to wszędzie zarobisz, dużo zarobisz. Jestem tu od pięciu lat. W Katowicach mieszkam od dwóch i jestem zadowolony. To dobre miejsce do życia i robienia interesów. Byłem w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu, ale tam mi się nie podobało. Ludzie są jacyś inni – wymawia te słowa z lekkim niesmakiem i krzywi się. – W Katowicach jesteście bardziej otwarci i uśmiechnięci, a to sprzyja interesom. Dlatego tu jestem.

– Miałeś kłopoty, by założyć firmę? Jak to wyglądało w twoim przypadku?

– Papiery kompletowałem miesiąc, po trzech już wystartowałem. Wszystko poszło sprawnie, w urzędach nie robili problemów. Jak zakładasz swoją firmę, w której będziesz zatrudniał pracowników i będziesz płacić podatki, to jest ok. A pracowników mam dwóch: dwie kobiety. – Na te słowa wybucha śmiechem. – Przez pierwsze dwa lata płacisz tylko połowę ZUS-u, a to pomaga. – Przerywa, spoglądając co chwila na komórkę. Czeka, aż dostanie odpowiedź na SMS. – Ja jestem przyzwyczajony do ciężkiej pracy – kontynuuje, wyraźnie niepocieszony brakiem odpowiedzi. – Jak miałem trzynaście lat, wyjechałem do Francji, do Paryża. Tam robiłem różne rzeczy, byłem m.in. kelnerem. Chciałem zarobić, by otworzyć swój biznes. Nie chciałem wracać do Tunezji. Tam jest bardzo biednie, nie ma demokracji. Inna jest też mentalność, nie europejska, zupełnie inaczej niż tutaj.

– Ale zaraz – przerywam – przecież była rewolucja, rządy zostały obalone. Były wybory, demokratyczne wybory.

Spokojny do tej pory Mezik podnosi lekko głos i z wyrzutem mówi: – Gówno, nie demokracja. Demokracja to jest tutaj. Dlatego wyjechałem bardzo wcześnie. Mam swoją firmę transportową, handluję wszystkim i ze wszystkimi. Jestem szczęśliwy. A ty jesteś szczęśliwy? – zwraca się do mnie. Nie odpowiadam, zaskoczony pytaniem.

– To ja ci powiem, że powinieneś być bardzo szczęśliwy. A wiesz dlaczego? Bo jesteś Europejczykiem, Polakiem. Bo nie urodziłeś się w Tunezji. – Nagle Mezik sięga do kieszeni. – SMS, od niej. Przetłumacz, proszę.

Gdzie jesteś i kiedy możemy się spotkać, tak napisała – odpowiadam.

Mezik wybucha i z furią wyrzuca z siebie: – Ona ma męża i chce się ze mną widzieć. A to k***a, k***a, zapamiętaj: kobieta k***a. To k***a. Wszędzie na świecie są takie kobiety, w Tunezji, Francji, Niemczech. Wszędzie, gdzie byłem, tak samo. K***a mać. Odpisz, że nie chcę jej widzieć.

 

Trzy światy

 

Parę dni później znów się spotykamy. Mezik chce, bym poznał jego kolegów, również Tunezyjczyków. Sam zaproponował miejsce. Klub Carpe Diem w Katowicach, w którym – jak twierdzi – on i jego arabscy znajomi czują się dobrze i swobodnie.

– Errom i Prince, moi przyjaciele – zwraca się do mnie i zapraszającym gestem wskazuje wolne krzesło. Od razu widać, kto tu rządzi. Widać hierarchię. Najbardziej swobodny i wyluzowany jest Mezik. Najbardziej skrępowany i małomówny – Prince. Ma czterdzieści trzy lata, dwadzieścia lat jeździł w kraju na TIR-ach, kiepsko mówi po polsku i angielsku. Kiepsko jest również ubrany: stara ortalionowa kurtka, wełniana czapka, buty nienadające się na „polską zimę”, żadnych ozdób – przeciwieństwie do Mezika. Spokojny, wręcz nieruchomy. Reaguje tylko wtedy, gdy reszta żywo coś komentuje „po swojemu”. Ewidentnie jest zakłopotany moim towarzystwem. Za to Errom – rozgadany, równie swobodny jak Mezik, ale czujący respekt przed starszym kolegą. Jest młodszy, ma 25 lat. Absolwent budownictwa na Politechnice Śląskiej. Świetnie mówi po polsku i od razu zagaduje.

– No, Paweł, ułóż mi „T” – mówi i wyciąga puzzle, czteroczęściowe klocki o różnych kształtach. Obok pokazuje kartkę z innymi figurami, dając do zrozumienia, że „T” jest najprostsze. Po ponad minucie, ułożeniu „L” i czegoś przypominającego znak Batmana, pasuję. Uradowany Errom przestawia klocki. – Widzisz – mówi z uśmiechem – 90% ludzi tak właśnie układa te klocki, a to trzeba pomyśleć – mówiąc to, puka się znacząco w czoło. – Ja jestem inżynier i od razu widzę. – Uśmiech triumfu nie schodzi mu z twarzy. Bierze łyk piwa. Tylko on pije alkohol, reszta herbatę.

– Tak, jestem inżynierem, mam dyplom, pracowałem zaraz po studiach w Opolu. Umowa, wszystko legalnie, pół roku w zawodzie. Wcześniej pracowałem w całej Europie. Z Tunezji wyjechałem jako nastolatek, trafiłem do Francji, Paryża, później Grenoble, tam mam rodzinę. Tam byłem też kucharzem, to mój drugi zawód. Tutaj też pracuję jako kucharz. Nie jest źle, ale zawsze może być lepiej.

– To czemu nie wrócisz do Grenoble albo do siebie, do Tunezji, po rewolucji? Tam masz rodzinę, byłoby ci łatwiej – pytam lekko zdziwiony.

– A wiesz w ogóle, czemu wybuchła rewolucja, co było jej początkiem?

– Oczywiście, że wiem – odparłem, ale czekałem, aż sam wytłumaczy mi przyczyny rewolucji swoimi słowami.

 – Przecież nie pójdę na ulicę kraść, nigdy. W Tunezji ludzie byli bardzo biedni. Był taki młody chłopak, chciał zarobić na jedzenie. Poszedł na targ z koszykiem warzyw czy owoców, już nie pamiętam. Nie miał pozwolenia, nie pokazał papierka. I wiesz, co się później stało? – zwraca się do mnie. – On, ten młody, podpalił się. Na znak protestu zwyczajnie się podpalił. – Nie wytrzymuje, uderza pięścią w stół. Popija swoje piwo i milknie na moment. – Skończyłem studia, jestem inżynierem – mówi z dumą w głosie, już uspokojony. – Naprawdę chcę pracować tutaj. Mam wykształcenie, chcę je wykorzystać i podziękować, że je dostałem. A w Katowicach cały czas się coś buduje, może i ja dostanę swoją szansę. Dobrze się tu czuję, ludzie są przyjaźni, mają europejską mentalność. To mi się podoba. Nie jak w Tunezji.

Do rozmowy włącza się Mezik i krótko podsumowuje słowa kolegi: – Ja bardzo szybko to zrozumiałem i wyjechałem. Nie czułem się dobrze u siebie. Teraz tu jest mój dom – mówiąc to, wyciąga dowód osobisty i chwali się dumnie polskim obywatelstwem. – Powiem ci tak, Paweł: jeszcze niedawno nikt w Tunezji nie interesował się Polską, a teraz bardzo wielu się nią interesuje. A wiesz, dlaczego? Bo tutaj łatwo dostać wasz dowód. Jak się ożenisz z Polką, to po trzech latach możesz ubiegać się o obywatelstwo. A jak masz firmę w Polsce zarejestrowaną na swoje nazwisko, to po pięciu. Ja tak mam. Jesteś wtedy Europejczykiem, możesz wszystko. Powiem ci szczerze, gdy gdzieś jadę, pokazuję polski dowód. Na Polaków naprawdę dobrze patrzą na świecie, lepiej niż na Tunezyjczyków.

Tłum w klubie gęstnieje, robi się mały tłok. Wokół naszego stolika nie ma już wolnego miejsca. Moi tunezyjscy koledzy rozglądają się za dziewczynami i cały czas się uśmiechają. – Chodź grać – mówi stanowczo Mezik do Erroma i wskazuje na stół do piłkarzyków. Przy stoliku zostaję sam z Princem. Do tej pory nie odezwał się słowem. Jest zmieszany. Zagubiony, nerwowo spogląda w okno albo rozgląda się po lokalu, unika kontaktu wzrokowego.

– Od dawna jesteś w Polsce? – zagaduję neutralnie.

– W sumie osiem miesięcy – odpowiada mieszanką polskiego i angielskiego, bardzo słabą. – Przyjechałem w wakacje na miesiąc. Mam siostrę w Katowicach, już cztery lata jest tutaj. Mąż Polak, bardzo dobry dla niej.

– Czym się zajmuje twoja siostra? – pytam, zachęcony otwartością Prince'a.

– Ona nie pracuje. Zajmuje się domem, sprząta, gotuje, dba o męża, a on o nią. Ja tu jestem już trzeci raz. Najpierw miesiąc i przerwa, później tak samo, teraz już dwa miesiące. Podoba mi się tutaj u was. Na razie uczę się polskiego – mówi to z wyraźnym uśmiechem, mimo słabej polszczyzny. – Ja już dużo rozumiem, ale mało mówię.

Wracają Mezik i Errom. Rozentuzjazmowani, głośni. Errom znów rozkłada swoje puzzle, pokazuje kartkę z figurami, wskazuje na klepsydrę – jedna z trudniejszych w zestawie. Przez chwilę patrzymy na niego. Szybko układa i triumfalnie oznajmia: – Widzisz, kolega, ja inżynier. Mózg, mózg trzeba mieć. – Uśmiecha się i wypija kolejny łyk piwa.

 

Holidates

 

Do stolika dosiada się kolejny Tunezyjczyk, około trzydziestoletni, wysoki, dobrze ubrany, wyluzowany. Wraz z nim pojawia się kolejne piwo, paczka papierosów, niebieskie camele. Ma szeroki uśmiech przylepiony do twarzy. Mezik przedstawia nas sobie i tłumaczy, o czym dyskutujemy.

– Ja tu jestem tylko na chwilę, miesiąc, dwa i jadę dalej. Byłem w Warszawie, Krakowie. To świetne miejsca do imprezowania, superkluby. W Katowicach też jest fajnie. Mam tu sporo znajomych, chodzimy do klubów, bawimy się. Jest dobrze, podoba mi się tu.

– To co, przyjechałeś na wakacje? – pytam zaczepnie mojego nowego kolegę.

– Nie na wakacje holidays, a holidates, rozumiesz? – mówi ze swoim nieodłącznym uśmiechem, dodając do tego kopulacyjne ruchy, bym nie miał wątpliwości, o co mu chodzi. Po czym kontynuuje. – Macie piękne kobiety. Impreza, alkohol, seks, dlatego tu jestem. Podoba mi się to. Są dobre kluby, przyjazne dla mnie, dla Arabów, więc czujemy się tu bezpiecznie i swobodnie. Nikt nas nie obserwuje, nie zaczepia, więc my zaczepiamy kobiety – mówiąc to, raczy się dużym łykiem piwa.

– A co z religią, przecież nie możecie pić?

– Na Śląsku Allah nie widzi. Dużo dymu, to nie widzi – śmieje się głośno, ewidentnie rozbawiony tym, co powiedział. – Wiesz, jak to jest – kontynuuje. – Jesteśmy młodzi, mamy swoje potrzeby i pragnienia. Tu nas nikt nie zna, możemy robić, co chcemy. W Tunezji tak nie jest. Alkohol tam? Zapomnij. Tu trochę piję, ale się nie upijam, lepiej mi się wtedy rozmawia z dziewczynami – znów uśmiecha się od ucha od ucha. – Ale nie piję jak Polacy, wy jesteście szaleni.

– Ale wasza religia tego zabrania. Nie jest ci wstyd, że nie przestrzegasz jej zasad?

– A ty przestrzegasz dekalogu? – pyta. Nie czekając na odpowiedź, zabiera swoje piwo, camele i odchodzi od stolika.

 

Akcja rasizm

 

– Pamiętam, jak byłem kiedyś w Niemczech – wypala niespodziewanie Errom. – Miałem bardzo przykrą sytuację pod Berlinem. Wracałem z Grenoble, jechałem tutaj, do Katowic. Musiałem zjechać, zatankować i zgadnij co? – zwraca się w moją stronę, gestykulując przy tym bardzo ekspresyjnie. Nie czekając na odpowiedź, kontynuuje: – Zatankowałem, poszedłem zapłacić. Ja trochę rozumiem po niemiecku, wystarczająco, by się z nim dogadać, ale nienawidzę tego języka i nie chciałem go używać, rozumiesz? – Zaczyna wyliczać na palcach: – arabski, francuski, hiszpański, włoski, angielski i polski. I co? Nic. Taki wielki pan u siebie: ja, Europejczyk. Nigdzie mnie tak nie potraktowali jak tam. Poczułem się jak gówno, taki mały. – Przykłada mi do oczu dwa palce oddzielone od siebie może o centymetr. – Dlatego też jestem tutaj. Tutaj czuję się bezpiecznie, nikt mnie tu nie upokorzył.

– Nie wierzę, że tutaj jest tak dobrze, że nigdy nie spotkaliście się z rasizmem – zwracam się do wszystkich przy stoliku.

– Pewnie, że tak, ale to margines – znów wyrywa się Errom. – Najczęściej, jak idzie kilku pijanych, a ktoś z naszych jest jeden. Wtedy polecą jakieś k***y, ch**e, asfalty czy kebaby – mówi to ze złością, ale już nie taką, jaka z niego biła wcześniej. – Ale tak jest wszędzie po alkoholu. Jak naszych jest więcej, a ktoś pijany jest sam, to nigdy nie zaczepi.

– Jak się skończyła sprawa pod Berlinem? – pytam Erroma.

– Zadzwoniłem na policję i mówię: akcja rasizm – oznajmia ucieszony. – Powiedziałem, że na stacji jest rasista, który źle mnie traktuje, niszczy moją godność i proszę o interwencję. Przyjechali, spisali zeznania, ale nic nie zrobili. Niewiele mogli, ale jakaś satysfakcja była, bo posłuchali.

– Dzwoniłeś kiedyś na policję, gdy byłeś w Polsce, w Katowicach?

– Nigdy – odpowiada bez zastanowienia i z widoczną ulgą w głosie.

 

Polakiem być

 

Mezik i Errom wracają do piłkarzyków, ja odchodzę do baru, przy stoliku zostaje sam Prince. Po kilku minutach wracam. Prince przesiadł się do stolika obok. Przy nim piękna, może ledwo osiemnastoletnia dziewczyna. Na stole piwo, puzzle i karteczka z figurami. Pokazuje na „T”. Dziewczynie nie udaje się tego ułożyć, ale oboje się śmieją. Prince triumfalnie układa, pokazuje jak i wraca do naszego stolika. Przez cały ten czas nie zamienił z nią słowa.

– Podoba ci się? Pasuje na żonę? – pytam przekornie.

– Tak, podoba, i to bardzo – mówiąc to, cały czas zerka na dziewczynę. – Ale dla mnie za młoda. Ja już jestem starszy, to i starszej potrzebuję. – Wzdycha głęboko. – Tak, ja bardzo chcę mieć żonę, dobrą, pracowitą, spokojną.

– Polkę czy w ogóle? – nie ustępuję z pytaniem.

– I w ogóle, i Polkę – odpowiada wymijająco. – Widzisz, to jest tak: moja siostra jest tu już cztery lata, bardzo sobie chwali, jest szczęśliwa. Moi rodzice mówią, bym został tutaj, tu jest dobrze, jest praca, mogę nauczyć się języka, a w Tunezji źle, bieda. Wiesz, jakie jest moje marzenie? –  zadaje mi niespodziewanie pytanie.

– Domyślam się, co chcesz mi powiedzieć. Chcesz zostać tutaj... – odpowiadam bez namysłu.

– Dokładnie. Chcę nauczyć się polskiego, zostać tu, na Śląsku, mieć pracę, żonę, w przyszłości dzieci, chcę być szczęśliwy. Ja będę, jak będzie żona i Polak, ja – Polak, obywatelstwo będę miał.

– A nie możesz jak on? – Wskazuję na Mezika. – On nie ma żony, jest szczęśliwy.

– Ale jest Polakiem, ma wasz dowód, może jeździć po całej Europie, nie czuje się wtedy gorszy. Nie chcę być dłużej gorszy.

 

Tunezyjski bankomat

 

– Panie, pan płaci, za wszystko płaci – tymi słowami zaczyna rozmowę na temat Polski Patrice. – Tylko czekałem, aż każą mi płacić za wysranie się czy oddychanie – dodaje wzburzony. – Tak właśnie było, od samego początku. Przyjechałem do Polski w październiku 2009 roku uczyć się języka. W Tunezji skończyłem turystykę, znam się też na finansach, miałem dobrą pracę w tej branży, pod sobą kilkoro ludzi. Dobra kasa i kariera, wielu by się zamieniło. W firmie mówią: naucz się języka, wyjedź na rok, wrócisz, zarobisz jeszcze więcej. W Tunezji jest bardzo dużo turystów z Polski, wybór był oczywisty: Polska, Katowice – najtaniej. Pierwszy semestr polskiego jedyne 1500 zł. Miałem cel – nauczyć się polskiego i wrócić, a wyszło trochę inaczej – mówiąc te słowa, spogląda rozanielonym wzrokiem na swoją żonę, Zofię.

– A to była dobra szkoła? – pytam przekornie, bo cały czas rozmawiamy po angielsku.

– Szkoła Języka Polskiego przy Uniwersytecie Śląskim, jakoś tak to się nazywało. Parę godzin w tygodniu, naprawdę niewiele, więcej nauczyłem się w akademiku. K***a, ch*j i już znałem polski – śmieje się, wspominając. – Na piętrze też kilku obcokrajowców, w pokoju obok Sam z Egiptu. Mieszkaliśmy razem, pokoje studio, wyższy standard, kuchnia i łazienka na dwóch, a nie na całe piętro, jak w innych pokojach, ale też większa kasa – ponad 450 zł za miesiąc. Jak już nie studiowałem polskiego, cena nagle wzrosła do 800 zł. – W tym momencie znów wybucha: – Jak? Jakim cudem taka kasa? Tam tylko kasę z ciebie ciągnęli, jak z bankomatu. Złamany klucz – 200 zł. Kierownik myśli, że jak obcokrajowiec, to za wszystko zapłaci. I oczywiście Karta Pobytu. – Na te słowa Patrice poważnieje. – Co trzy miesiące odnawiasz Kartę Pobytu. Wniosek o przedłużenie składasz 45 dni przed upływem pozwolenia. Rozumiesz, składasz papiery o Kartę, Kartę dostajesz na trzy miesiące, a po półtorej już musisz składać podanie od nowa. To jest chore – mówi rozgoryczony. – Za każdym razem musisz podać powód, dlaczego chcesz zostać, później czekasz jakieś dwa tygodnie, cały czas w stresie, cały czas papierki i papierki. Dlatego nie nauczyłem się jeszcze dobrze języka, tym się zajmowałem, a nie nauką. Aha, za każdym razem płaciłem. Taka przyjemność to jedyne 340 zł.

 

Niewolnik z Urzędu

 

– Strasznie dużo pieniędzy wydawałeś – mówię do Patrice'a, lekko zażenowany jego opowieścią.

– Przez cały pobyt na Śląsku wydałem wszystkie swoje oszczędności, dostawałem też trochę pieniędzy od rodziców, ale to było mało. Musiałem znaleźć pracę, by się utrzymać. Tak właśnie uczyłem się polskiego, a raczej Polski – dodaje zmęczony na same wspomnienie o tym.

– Trudno było znaleźć pracę? Obcokrajowiec w ogóle może liczyć na legalne zajęcie? – pytam.

– Jak chcesz legalnie pracować, musisz mieć pozwolenie na pracę. – Patrice robi się poruszony. – Aby dostać pozwolenie na pracę, musisz mieć pracę, rozumiesz? To jest hit! W Urzędzie Pracy powiedzieli mi: Panie Patrice, pan znajdzie pracodawcę, który da panu pracę i zatrudni legalnie, pan przyniesie zaświadczenie od niego, a my wtedy damy panu pozwolenie na pracę. Oczywiście do tego masa dokumentów, m.in. moja ulubiona Karta Pobytu, f*ckin Karta Pobytu – w tym momencie uśmiecha się z politowaniem – którą łatwiej dostać, jak się ma legalną pracę i pozwolenie na pracę. A wiesz co jest najgorsze? – zadaje mi pytanie, ale nawet nie czeka na odpowiedź. – To pozwolenie na pracę nie jest pozwoleniem na pracę jakąkolwiek i gdziekolwiek. Dzięki temu papierkowi możesz pracować tylko i wyłącznie u tego, kto cię zatrudnił. Jak cię zwolni, tracisz pozwolenie na pracę, na każdą pracę. Jesteś zwyczajnym niewolnikiem, zalegalizowanym niewolnikiem. Absurd, po prostu jedna wielka masakra. Siedząca obok Zofia przytula małżonka, dodając mu otuchy. Sama zaczyna opowiadać.

– Chciałam mu pomóc, znaleźć pracę, bo widziałam, jak się męczy, a i mnie się to udzielało. Kolega miał znajomego z firmą, miał zatrudnić Patrice'a i wystawić referencje, by dostał pozwolenie na pracę. Po drodze znów coś nie wypaliło, a Urząd wcale nie pomagał. Naprawdę od tej pory nienawidzę urzędów i spraw, które trzeba tam załatwiać – wspomina poddenerwowana.

– Rozumiem, że nie było innego wyjścia niż praca na czarno? – pytam, nie spodziewając się tak naprawdę odpowiedzi.

– Tak. I to było jeszcze gorsze od tych urzędów. Bo jak sobie pomyślałem, że przyjechałem uczyć się języka, a zamiast tego nagle wstawałem o 4 rano, by jechać z chłopakami, również z Tunezji, na handel, to... Tak, byłem przez kilka miesięcy bazarowym sprzedawcą, jeździło się po Śląsku i sprzedawało, takie tam drobiazgi, jak w tych sklepach „Wszystko za cztery złote”.

– Bardzo się o niego martwiłam. Przez półtora roku wysyłaliśmy CV, nie tylko do firm na Śląsku, ale później i do innych miast. Odzywali się, zapraszali na rozmowy, ale jak twoja sytuacja z pobytem nie jest pewna, to nie ma pracy. Zupełnie przypadkowo zobaczyłam ogłoszenie, szukali pracowników w barze z kebabem, więc zaprowadziłam Patrice'a, by spróbował. Parę dni później już pracował.

– Finansowo źle tam nie było, dziesięć złotych za godzinę to dobry pieniądz, ale poza tym zero korzyści. Szef bardzo nieprzyjemny, przez trzy miesiące, jak tam pracowałem, ponad dwadzieścia razy zwalniał ludzi, niektórych po jednym dniu. Był bardzo nie fair. Poza tym sporo pijanych przychodziło. Pijany i głodny to najgorszy klient. Różne wyzwiska wtedy leciały. Nienawidziłem tego jak alkoholu. Nigdy kieliszka do ust nie wziąłem.

– Opowiedz, jak zadzwonili – przerywa mu Zosia.

– Leniwe popołudnie, zawijam kebaba, telefon, krótka wymiana zdań, w słuchawce głos oznajmia, że jestem przyjęty i zapraszają na rozmowę, tyle. W jednej ręce telefon, w drugiej kebab, podnoszę rękę w geście triumfu, tę z kebabem, uderzam o lampę, wszystko spada na ziemię i się rozsypuje, a ja się cieszę, tylko ja. Wreszcie coś się udało – uśmiechają się oboje.

– Jak wrócił do domu, był bardzo podekscytowany. Był tylko jeden problem. Praca była, ale w Krakowie. Chwila namysłu, decyzja: przeprowadzamy się. Od października 2011 tam właśnie mieszkamy. Przez trzy miesiące Patrice przechodził szkolenia, a od tego roku już pracuje –  wspomina Zofia i kontynuuje – firma logistyczna zajmująca się turystyką, czyli po kierunku Patrice'a. Dzwonią do niego klienci z problemami, a on pomaga znaleźć najlepsze rozwiązanie, wszystko po francusku i angielsku. Odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu – śmieje się Zosia.

– Wreszcie czuję się doceniony, mam dobrą pracę, liczą się z moim zdaniem, chwalą mnie. Nie tak jak żona oczywiście, bo żona jest i tak najważniejsza.

 

Historia pewnej miłości

 

– Tak, ja najważniejsza? – śmieje się Zofia. – Kiedyś tak nie mówiłeś – zwraca się do Patrice'a, a ten jej wtóruje, wyraźnie zrelaksowany i uśmiechnięty: – Ale nie byłaś moją żoną.

– To było tak – zaczyna rozentuzjazmowana Zofia – Patrice wprowadził się do akademika, po jakimś czasie zamieszkał na moim piętrze z Samem. Miałam pokój naprzeciwko ich pokoju. Drzwi były zawsze otwarte, cały czas rozmawiałam z Samem, gdzieś w pobliżu kręcił się Patrice. Z początku nie zwracałam na niego uwagi, ale bardzo szybko polubiłam chłopaków, bardzo mili, uśmiechnięci i pomocni, no i mieli kuchnię w pokoju, a mnie nie chciało się chodzić gotować na korytarzu. – Śmieje się na samo wspomnienie. – I tak, trochę z lenistwa i wygody, zaczęłam być ich bardzo częstym gościem. Bardzo się polubiliśmy, zaprzyjaźniliśmy, co dało podstawę naszemu związkowi. Patrice'a w końcu pokochałam.

– I wtedy się zaczęły problemy z akademikiem i mieszkaniem – zaczyna Patrice. Jego żona kontynuuje: – Tak, z dnia na dzień przyszła decyzja, że zostałam pozbawiona miejsca w akademiku, za drastyczne naruszenie regulaminu, jak to zostało ujęte. Ostatecznie wyprowadziłam się z osiedla akademickiego, zamieszkałam jakieś pół kilometra dalej.

– W końcu i ja się wyprowadziłem – mówi Patrice. – Jak przyszło płacić 800 zł za pokój, to powiedziałem: dość. Z Samem wynajęliśmy mieszkanie, ale właściciel też nas kantował, płaciliśmy bardzo dużo. Za wszystko: remonty, usterki, z naszej kieszeni szło. Jeszcze gorzej niż w akademiku. W końcu zamieszkaliśmy razem. Sam musiał wracać do Egiptu. Inne mieszkanie, inny właściciel, warunki w porządku, ale ja bez konkretnej pracy, Karta Pobytu się kończyła, a bardzo chciałem zostać.

– I wtedy zabrałam Patrice'a na Święta Bożego Narodzenia do domu. Wiedziałam jedno – kocham go, chcę, by został, a nie było innej drogi niż małżeństwo. Myślałam o tym wcześniej, bałam się bardzo, ale się zdecydowałam. Oznajmiłam to Patrice'owi w święta. Dwa miesiące później był już ślub – wspomina Zofia.

– Tak, luty 2011. Wtedy był nasz ślub, skromna uroczystość w urzędzie – mówi Patrice. –  Zofii towarzyszyła w tym dniu cała rodzina, mnie paru kolegów, Arabów, wszyscy mieszkali gdzieś na Śląsku. Moja rodzina była w domu, szalała wtedy Arabska Rewolucja, ale wszystko widzieli na laptopie. Kamerka i cała uroczystość na żywo – dodaje podekscytowany na samo wspomnienie. – A później wesele, polsko-tunezyjskie. To była środa, jak pamiętam. Pamiętasz, co wtedy zrobiliśmy? – zwraca się do Zofii.

– Mówisz o fladze? – odpowiada pytaniem.

– Tak, w trakcie wesela stanęliśmy na środku parkietu, trzymaliśmy w ręku tunezyjską flagę. Oboje poprosiliśmy o minutę ciszy na cześć ofiar zamordowanych w moim kraju. Wszyscy zamilkli. A ty podziękowałaś mamie i tacie za to, że przyjęli mnie do rodziny.

– Minął rok od waszego ślubu, od rewolucji i rewolucyjnych zmian. Patrice dostał świetną pracę, mieszkacie w Krakowie. Jak się czujecie i jakie są wasze marzenia na kolejne lata? – pytam, dopuszczony wreszcie do głosu.

– Zmienić pracę na lepszą, jak mąż. – śmieje się Zofia i dodaje: – wiesz, Pawle, jakby ktoś mi powiedział dwa, trzy lata temu, że wyjdę za mąż, do tego za Tunezyjczyka i zamieszkam w Krakowie, to parsknęłabym przeogromnym śmiechem. Nie wiedziałam, jak to się skończy. Teraz już wiem: wygraliśmy, nasza miłość wygrała, wreszcie jesteśmy szczęśliwi, po tych wszystkich problemach.

– Marzę, by pojechać wreszcie do domu – zaczyna Patrice. – Od kiedy przyjechałem do Polski, nie byłem tam jeszcze. Bardzo tęsknię za wszystkimi. Chcę przedstawić im żonę na żywo, bo tak znają się tylko przez Internet, na wakacje do Tunezji pojechać. – Sam śmieje się z tego, co powiedział. – Tylko nie takie last minute, ale first, zaplanowane, bez pośpiechu, jak do domu.

[Imiona bohaterów zostały zmienione.]

 

Tekst: Paweł Kamiński
Fotografie: Chcesz zilustrować ten tekst? Napisz na wspolpraca@mmc.org.pl
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone.

comments powered by Disqus