Tu jesteś
costam
na marginesie:

Teatr GuGalander

powstał w 1986 roku w Katowicach. W trakcie swej pierwotnej działalności zaprezentował 7 sztuk teatralnych, następnie przekształcił się w interdyscyplinarny Autorski Ośrodek Kultury Teatru GuGalander. Dzisiaj jego nazwa kojarzona jest głównie z popularnym barem (Katowice, ul. Jagiellońska 17a). Wśród założycieli teatru znajdziemy reżysera teatralnego, członków grupy Mumio oraz pracowników innych instytucji kulturalnych.

Dawajcie tego GuGalandra!

– Przecież to teatr – powiedział zmartwiony konferansjer, broniący kwartetu im. Andrzeja Falika przed protestami jury: Błazenada. Prowokacja. To było zero. Chłopcy zaśpiewali na przeglądzie piosenki kilka utworów: „Jak pięknie prószy śnieg”, „Świteziankę” (z refrenem: „ucha, ucha, taniec brzucha, ucha, ucha, Świtezianka”), „Pieśń o zabiciu Marcela Nowotki” oraz „Po ciemnej sali tańcowali dwaj pedali”. Chcieli wygrać pieniądze, nie wygrali. Wcześniej trochę wypili.

Konferansjer miał rację – to był prawdziwy teatr. Katowice nie mogły się pochwalić zbyt wieloma scenami prywatnymi. Spektakle proponowane przez instytucje publiczne, w szczególności Teatr Śląski, mieściły się w innej estetyce i innym przedziale cenowym. Nie chodziło też o stworzenie typowego teatru studenckiego, chociaż ich wieloletnia siedziba mieściła się w Domu Kultury na pełnej akademików Ligocie. Alternatywa? OFF? Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Być może po prostu miejsce zastępujące bar czy kino, w którym można było usiąść i obejrzeć sztukę, porozmawiać. To dużo. Był to też początek drogi teatralnej, którą poszła większość jego członków.

 

grafika: Ewelina Czajka

 

W 1986 roku zebrało się kilku ludzi, którzy chwilę temu zdali maturę i nie wiedzieli, co dalej. – Były osoby, którym zależało bardziej, które wiedziały, że teatr jest jedynym możliwym wyrazem ich artystycznej wolności mówi Sergiusz Brożek. – Byli też tacy, którzy by do nas dołączyli także wtedy, gdybyśmy założyli zespół rockowy.

Krzysztof Prus chciał zostać reżyserem, Sergiusz Brożek czuł, że teatrem musiało się to skończyć, Dariusz Rzontkowski myślał, że będzie fajnie, Dariusz Basiński już wcześniej sporo grał, Natalia Murzyn lubiła to robić, a Tomasz Skorupa chciał mieć święty spokój, a tak Prus by za nim ciągle łaził.

Chcieli zatrzymać się w budynku studium nauczycielskiego, lecz musieli się wynieść jeszcze przed rozpoczęciem prób, po interwencji nauczycieli z ich byłego liceum. Widocznie nie podpadli żadnemu bibliotekarzowi, bo ich pierwszą siedzibą stała się Wojewódzka Biblioteka Miejska w Katowicach Ligocie. Sala (16x6, 5x3) z płytkim, pozbawionym kulis podestem, kilka kwiatków, pianino (nieprzesuwalne). Gdy rozpoczęły się próby, teatr dalej nie miał nazwy. Propozycja Tomasza Skorupy – „GuGalander” – szybko została odrzucona. Zdecydowano się poddać losowi i na ślepo otworzyć tomik poezji – na jakie słowo padnie, na taką nazwę bęc – „Godziła”. Teatr nie może nazywać się „Godziła”. Dawajcie tego GuGalandra!

Miś Gugała był postacią fikcyjną, bohaterem zaginionego dzieła scenicznego Dariusza Basińskiego, po którym w pierwszej sztuce GuGalandra został wiersz:

Ogromne lata temu
w bardzo dalekim świecie
na straży czci totemu
gdy nie istniały śmiecie.
Żył miś Gugała
Posłuchaj więc historii
z dni Ptaki i kamieni
po ciemnej trajektorii
opowieść ta się mieni
Muszka trawę ducha zbawia
trawa napoczynania serce
Miś Gugała puszcza pawia
tłuszcze w wiecznej poniewierce

I tak się chyba zaczął GuGalander.

*

Kwiecień 1987. Zbliżał się pierwszy spektakl, próba generalna teatru. Nic jeszcze nie było wiadomo, tylko że Białoszewski, że „Kalejdoskop. Komedia końca świata”, że biblioteka i sala w bibliotece. Dopiero zaczynali, dotychczasowe doświadczenie nie wystarczało. „Kalejdoskop...” był przygotowaniem do dalszej pracy. Teatr opierał się początkowo na prostych zasadach. Po pierwsze, tworzyli go ludzie stojący na scenie (w każdej kolejnej sztuce za kulisami robi się też coraz tłoczniej). Po drugie, już w scenariuszu opartym na skojarzeniach i aluzjach zrozumiałych dla niewielu ludzi pojawiło się założenie, że grupą docelową są koledzy aktorów. – Nie wydaje mi się, by widział go ktoś inny niż nasi znajomi. Może jakaś bibliotekarka – mówi Tomasz Skorupa. Każda z postaci w „Kalejdoskopie...” wyrażała osobowość aktora. – Każda, oprócz Krzysztofa, który grał pijanego anioła, a powinien zostać Bogiem – dodaje Sergiusz.

 

  (na fotografii Krzysztof Prus i Maria Katarzyna Klęczar przed pospektaklowym spotkaniu z widzami)


Inni założyciele teatru wskazują czasem na jego egoizm i chęć panowania nad wszystkim, co teatru dotyczyło. Czasem Krzysztofa chwalą, w szczególności jego inteligencję, poczucie humoru, wyobraźnię i wrażliwość. On sam lubi być w centrum wydarzeń. Przykłada wagę do każdego zdania. Wydaje mi się, że dużo myśli nad sobą. Wie, czego chce. – Dla mnie od samego początku wszystko działo się na poważnie – opowiada. Widać to na pierwszy rzut oka, gdy ze skupieniem wspomina każdy szczegół spektaklu, który zrealizował przed dwudziestoma laty, oraz gdy pokazuje zgromadzoną dokumentację.– Kiedy koledzy będą mi coś zarzucać, możemy wszystko zobaczyć w tych papierach. Wszystko tak, jak było naprawdę dodaje. Czasem będziemy musieli tam zajrzeć. Świat po GuGalandrze nie jest taki prosty.

Po trzecim wystawieniu „Kalejdoskopu...” teatr musiał się przenieść. Kierownictwo biblioteki domagało się od grupy dowodów wdzięczności w postaci przygotowania akademii z okazji rocznicy rewolucji październikowej. Przeprowadzili się do Dzielnicowego Domu Kultury „Franciszkańska”. Pracowali w byłej sali zebrań Komitetu Dzielnicowego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Nowa siedziba przyniosła ze sobą rozpoczęcie prac do nowego spektaklu („Biesiady u Hrabiny Kotłubaj”), który na afiszach pojawił się w 1988. Dosłownie, gdyż od tego momentu grupa zaczęła robić plakaty, które jednak utonęły w morzu innych druków. Skuteczniejsze okazały się chodzenie po liceach i sprzedaż bezpośrednia, zapoczątkowane przed premierą „Ubu Króla”. Szczególnie gdy Basiński udawał Węgra albo Norwega. Wchodził do sali lekcyjnej razem z kolegą, który przedstawiał go jako stażystę z zagranicy. Recytował wiersz w tylko sobie znanym języku, powodując żywe zainteresowanie (o wiele żywsze niż w przypadku codziennej poprawnej polszczyzny Basińskiego). Grupa żywiła do tych Węgrów jakieś szczególnie silne przywiązanie. Lubili udawać zagubione węgierskie wycieczki, proszące polskich bratanków o pomoc. A na widowni robiło się coraz tłoczniej.

Zaczęły się pierwsze konflikty. – To było tak – opowiada Krzysztof. – Sergiusz zaoferował mi pomoc, miał pozałatwiać kilka spraw, zająć się teatrem organizacyjnie. W pewnym momencie jednak bardzo się zdziwiłem, gdyż w programie Sergiusz sam wpisał siebie jako kierownika teatru. Atmosfera robiła się coraz gęstsza, szczególnie że nie był to tylko zwykły napis. Sergiusza było coraz więcej w moich pomysłach i koncepcjach. Chciał poprawiać, a nie było czego. Postanowiłem obejść to żartem i rozluźnić atmosferę. W programie do „Wieczoru teatralnego” Sergiusz Brożek został wpisany jako „Pan Kierownik Teatru”, chwilę później w poprawionej wersji pojawił się również „Pan Reżyser”.

 

 (na fotografii spektakl "Ubu Król")



– Źle się wtedy zrozumieliśmy – komentuje Sergiusz. – Było jasne, że musimy rozdzielić między siebie funkcje, którym jedna osoba by nie podołała. Krzysztof był w Krakowie, a ja na miejscu. Dla mnie podział obowiązków był jasny. Nie przypominam sobie, by ktoś się przeciw temu burzył.

Wątpliwości budziła także przyszłość teatru. – Przyszedł moment, w którym musieliśmy się wreszcie zdefiniować – opowiada Prus. – Teatr odpowiadał nam na nasze najważniejsze pytania, ale zadawał kolejne. Byliśmy teatrem repertuarowym? Alternatywnym? Studenckim? Przed każdą z tych nazw trochę się broniliśmy. Teatr repertuarowy nas nie pociągał, a studencki… z nim to dopiero był problem. Wszyscy związani z tym typem teatru byli tacy sami, reprezentowali identyczną estetykę przekazu, która miała być pokłosiem twórczości Grotowskiego. Nazywaliśmy ich „brudne pięty”, bo zapieprzali ubrani na czarno z bosymi stopami po scenie. Ich głębia była dla nas płytka, powtarzalna. Nie chcieliśmy, by nas z nimi identyfikowano.

Pomimo problemów wiadomym było, że musi powstać kolejny spektakl. W końcu grupa chciała dalej tworzyć teatr, czego dowodem był „Wieczór teatralny”, wyraźnie podkreślający ich niezależność. Wszystko zaczęło się wtedy, gdy Krzysztof dostał na urodziny książkę „Teatr amatorski w mieście i na wsi. Fachowy poradnik dla reżyserów scen amatorskich z licznemi ilustracjami”. Wybrał dwie sztuki: „Ofiary demona” i „Urodziny wodza”. Pierwsza z nich opowiadała o zgubnych skutkach pijaństwa, druga o przygotowaniach lokalnej społeczności do akademii ku czci Rydza-Śmigłego. Reżyser dodał do tego kilka wierszy wychwalających abstynencję. – W tym był taki patos i taka sztampa, że można było umrzeć ze śmiechu. A my wszystko robiliśmy dokładnie. Jak w tekście był tętent konia, to ktoś za kulisami stukał o ziemię. O niczym nie zapomnieliśmy – mówi Tomasz Skorupa.

Pierwszą ze sztuk składowych dramatu kończy scena: „Jadwiga pada zemdlona. Wojciech się chwieje, jakby w niego grom uderzył. Zimny pot wstępuje na czoło jego; oczy przerażone, w których zamigotał obłęd, wychodzą prawie z oczodołów. Dwaj tragarze wnoszą na noszach martwego Stasia. Jadwiga, której w międzyczasie wróciła przytomność, rzuca się z przerażającym krzykiem na zwłoki syna. Chwyta się za serce i pada martwa na ziemię. Bronia, padając z krzykiem na zwłoki brata, płacze i całuje go po twarzy. Kazimierz, padając na kolana obok swojej matki, płacze i całuje matkę po rękach i twarzy. Policjant, patrząc na tę straszliwą scenę, nie może powstrzymać łez płynących z oczu. Wojciech z obłędem w oczach i drżący na całym ciele mówi pełen rozpaczy: Ja… ja…nie…nie…nie chciałem… nie chciałem… tego uczynić! To nie... to nie ja, nie ja, to… to… wódka go zabiła! (Po chwili głosem przerażającym:) Demonie alkoholu, bądź przeklęty na wieki! (Pada z krzykiem przeraźliwym na ziemię). Zasłona spada. KONIEC!” [K. Prus, Teatr GuGalander, Katowice 2008, s. 19].

Łącznikiem między obydwoma przedstawionymi spektaklami był portret. Po rozebraniu święty Wojciech stawał się Rydzem-Śmigłym. To dopiero nobilitacja marszałka. Albo świętego.

 

 (na fotografii Krzysztof Prus)


Spektakl pokazano szerokiej publiczności pod koniec lutego 1989 roku na XVI Festiwalu Młodego Teatru START w Poznaniu. Grupa wystąpiła wtedy jako Zespół Amatorów GuGalander. Od jury usłyszała, że naśmiewa się z wartości reprezentowanych przez ruch studencki, niepodległościowy i patriotyczny. Przedstawienie na przeglądzie teatrów amatorskich w Tychach przebiegało w zupełnej ciszy – Amatorzy myśleli, że z nich kpimy – wyjaśnia Prus. – Nikt się nie roześmiał, grupa jednak grała dalej. Tak się chyba zaczął nasz profesjonalizm. Spektakl odniósł za to duży sukces wśród katowickiej widowni. Wystawiany był 25 razy.

Sukces GuGalandra w jakimkolwiek aspekcie stawał się jeszcze bardziej zagadkowy dla kogoś, kto zajrzał do dziennika prób z tamtego czasu. Na dwa tygodnie przed premierą „Wieczoru teatralnego”:

„5 lutego – Czarek i Dunia są nieobecni. Sergiusz obiecał przygotować wszystko jak na premierę. Nie było dokładnie nic. Obrażony, bo skrytykowałem jego system pracy.

12 lutego –  Próba praktycznie się nie odbyła. Czarek i Dunia nieobecni, Sergiusz i Zuza obrazili się i wyszli. Inteligent nie przyszedł.

15 lutego –  (trzy dni do premiery) Skorupka i Czarek – słaba znajomość tekstu. Inteligent pracuje od poprzedniego dnia, ale mało wydajnie. Sergiusz wyszedł przepisywać egzemplarz dla cenzora.

16 lutego – (dwa dni do premiery) Czarek poszedł szukać sterowania do świateł, Sergiusz przepisuje.

17 lutego – (dzień przed premierą) Inteligent pojawił się wczoraj późnym wieczorem, nie dokończył malowania dekoracji. Sergiusz wyruszył na poszukiwanie sterowania reflektorów, lecz wrócił z niczym.” [K. Prus, Teatr GuGalander, w dodatku: Fachowy poradnik jak założyć grupę teatralną, Katowice 2008, s. 11]

No właśnie, jak im się udało? To pytanie zadaję każdemu z moich rozmówców. Mamy pewne wspólne podejrzenia. Mogło mieć to coś wspólnego z dziewczynami ręcznie zszywającymi grube liny i z wyprawą po nie nad Kanał Gliwicki (i tak ich nie znaleźli, za to bez problemu kupili w katowickim sklepie). Z Krzysztofem, który „Elektrę” stworzył z czterech tłumaczeń (tak, by dopasować sposób wypowiedzi do charakteru postaci), i z Sergiuszem, który szukał, kiedy trzeba było, nowego miejsca dla zespołu. Z wysiłkiem całej grupy, by czas dzielić między życie a teatr.

Rok 1990. Natalia przebrana w zielony prześwitujący peniuar i czarną bieliznę, zamieniła się w Ubicę. Zeszła ze sceny po pożegnaniu z małżonkiem, który wraz z Całą Armią Polską (w tej roli Zuza Brożek) wyprawił się w głąb Rosji. Na poddaszu Domu Kultury mieszkała pewna bardzo rozrywkowa rodzina. Sąsiad zobaczył Ubicę, do której zaczął wzdychać: aktoreczko moja piękna.Czekał na nią cierpliwie pod garderobą. Natalia przebrała się w łachmany, wyszła i spokojnie minęła sąsiada, który nadal domagał się wyjścia aktoreczki. Chwilę wcześniej Mała wyskoczyła przez okno. Dobrze wiedziała, gdzie trafić, bo koledzy narysowali na ziemi tarczę, wokół której napisali „Śmierć”. Przez to samo okno swoją mowę wygłaszał Ubu:– Od jak dawna nie myłeś się, bydlę plugawe! – wrzeszczał do przechodnia z psem. Teatr wychodził drzwiami i oknami. Coś też zostawało w środku – po każdym spektaklu gugalandrowcy zaczęli się spotykać z publicznością na tradycyjnej herbacie. Na zdjęciu Maria Katarzyna Klęczar nalewa ją z garnka do kubków. Obok Krzysztof pali papierosa. – Ludzie przychodzili tam po coś, czego nie mogliśmy im ofiarować: po ciepło i zainteresowanie. A my tymczasem sprzedawaliśmy jedynie teatr, czyli nasze rozumienie świata – tłumaczy.

Chwilę wcześniej Sergiusz zarejestrował Stowarzyszenie GuGalander. Jedno było pewne – prezesem nie mógł zostać ani on, ani Prus. Zresztą członkowie grupy byli zbyt zajęci, by brać na siebie nowe obowiązki. Wybrano więc kogoś z zewnątrz i dwóch wiceprezesów z zespołu. W przyszłości stowarzyszenie miało zaowocować powstaniem ośrodka kulturalnego. Na razie był tylko teatr. Po raz pierwszy w jednym sezonie gugalandrowcy przygotowali dwa spektakle. Po bogatym wizualnie „Ubu królu” przyszedł czas na ascetyczną „Elektrę”. Układ sali przypominał teatr grecki. Publiczność siedziała wokół sceny, na której jedynym rekwizytem było wiadro. Obok znajdowało się symboliczne wejście do chaty, na scenie symboliczny chór. Elektra planowała zbrodnię na Klytajmestrze.

W następnym roku Woyzeck zabił Marię.

Prowadząca powiedziała: – Panie i panowie. Tu można oglądać stworzenie, jakim go Pan Bóg zrobił. – Publiczność wchodziła na salę wzdłuż czarnej płachty, po obu stronach pomieszczenia stały rzędy ławek, na scenie stół.

Woyzeck zaczął ostrzyć brzytwę, Kapitan usiadł na krześle. Krzysztof Prus dostał się na krakowską reżyserię.

Kapitan, kiedy myślał o wieczności, bał się o świat. Teatr stał się już bardzo popularny. Na spektakle przychodziło coraz więcej osób. – Wystawialiśmy zawsze w weekendy. Pewnego dnia z powodu choroby któregoś z aktorów musieliśmy odwołać spektakl, więc po prostu nie ogłaszaliśmy się z nim – opowiada Prus. – Kiedy przyszliśmy na próbę i tak cała widownia była zapełniona.

Woyzeck był dobrym człowiekiem, ale za dużo myślał, a to zżera człowieka. Trzeba było po raz kolejny zadać sobie pytanie o przyszłość GuGalandra. Wielu członków grupy miało po 25 lat, właśnie skończyli studia, zaczynali szukać pracy. Trzeba było z czegoś żyć. Nie było wiadomo, czy miał to być teatr. Mieli dwie drogi: albo postawić wszystko na działalność sceniczną, albo otworzyć ośrodek kultury. Wybór padł na drugie rozwiązanie.

Maria ruszyła do tańca i zraniła się lusterkiem. Nie mogli już tam zostać. Dom Kultury „Franciszkańska” był przeznaczony do remontu, Sergiusz rozpoczął poszukiwania nowego lokum. Miasto przyznało im budynek w centrum przy ulicy Jadwigi (krzyżującej się z Jagiellońską).

Woyzeck mówił, że człowiek jest otchłanią, w głowie się kręci, gdy się spojrzy. W teatrze zaczęło się  komplikować. Ktoś był chory, ktoś od kogoś odszedł. Pojawiły się nowe problemy i konflikty. Wtedy każdemu z nas wydawało się, że rządzi i kieruje teatrem: i Krzysztofowi, i mnie, i innym. Ale chyba tak nie było –mówi Sergiusz.

 

 (na fotografii Zuzanna Brożek i Dariusz Basiński podczas spektaklu "Ubu Król")

 

Atoli, kiedy pielgrzym staje, pochylony nad rzeką czasu, albo też do mądrości bożej zwraca się i pyta – po co jest człowiek? Tuż po przeprowadzce powstał „Falstaff i inni”.

Przed premierą odbyło się 30 prób analitycznych i ponad 100 sytuacyjnych. Środki użyte do realizacji utworu były nieporównywalne do wcześniejszych inscenizacji. Poszukiwano sponsorów, wybudowano także wysoką na kilka metrów metalową konstrukcję, będącą szkieletem scenografii. Wyjątkowy spektakl na wyjątkową okazję. Nawet straż pożarna udzieliła specjalnej zgody na użytkowanie budynku, który okazał się przeznaczony do gruntownego remontu.

– Nie wiem, dlaczego się nie udało.
– Nie było tak, jak chcieliśmy.
– Zabrakło nam wizji.
– A może mieliśmy zbyt wybujałą wyobraźnię?
– Byliśmy zbyt niedojrzali na ten nasz „mały sukces”.
– Dojrzeliśmy i każdy musiał iść w swoją stronę.

Budowa ośrodka kulturalnego była końcem teatrumówi Krzysztof, który w 1992 roku zakończył z nim stałą współpracę. – Wszystko, co stanowiło o wyjątkowości GuGalandra, powoli odchodziło. Musiałem zrezygnować, udusiłbym się tam. Denerwował mnie brak profesjonalizmu. O wszystko musiałem walczyć. Bo ile można być reżyserem zawsze gotowym do wejścia na scenę, na wypadek, gdyby ktoś się zapił i nie przyszedł na spektakl?

– Uwierzył, że więcej może zrobić z aktorami teatrów państwowych. Chciał zostać wielkim reżyserem i uważał, że GuGalander mu tego nie da – dodaje Natalia. – Zostawił nas.

– Nie było tak. Po odejściu miałem kryzys twórczy, długo niczego nie zrealizowałem – odpowiada Krzysztof. – Dla wszystkich było lepiej, że odszedłem.

– Nie było potem wśród nas stałego reżysera – mówi Sergiusz. – Mieliśmy alergię na guru.

Odejście Krzysztofa nie było jedynym problemem. Pomimo przekazania im przez miasto budynku, nie mieli gdzie wystawiać. Nowa siedziba GuGalandra nadawała się tylko do remontu, a na to był potrzebny i czas, i pieniądze. A przeprowadzka zapowiadała się tak optymistycznie. Dziennik Zachodni z 14 sierpnia 1991 roku donosił, że do roli mecenasa z prawdziwego zdarzenia przymierza się Zarząd Miasta Katowice, który chce oddać do dyspozycji Teatru GuGalander budynek przy Jagiellońskiej 17 A, a także sfinansować remont i adaptację jego wnętrz (…). Powstałaby więc scena o zmiennych parametrach i dowolnym usytuowaniu we wnętrzu, kino o wysokim standardzie (tzw. dolby stereo), a specjalne wyposażenie widowni pozwalałoby na zmienność jej kształtu i wymiarów. Wzorem podobnych ośrodków działających w świecie, na rzecz całości pracowałaby również galeria sztuki i kawiarenka (…). Stowarzyszenie Teatr GuGalander zobowiązało się do działalności merytorycznej (w projekcie porozumienia z zarządem Miasta – 10 punktów!), zaś miasto do adaptacji budynku i wzniesienia dobudówki oraz zakupu sprzętu. – Nie dotrzymano żadnego z tych zobowiązań – komentuje Sergiusz. – Musieliśmy zrobić wszystko sami i na własny koszt.

W 1992 roku jako połączenie scen z poprzednich sztuk powstał „Kalejdoskop”. Pomimo swojej tymczasowej bezdomności coś musieli pokazywać sponsorom. Krzysztof, wracając do teatru po resztę swoich rzeczy, czuł się jak we śnie, widząc na scenie kompilacje scenografii ze wszystkich swoich spektakli. Nie pakował się jednak na zawsze, już rok później jego cień był obecny w „Szkicu. Zaproszeniu na egzekucję”. Sztuka powstała w oparciu o etiudę wyreżyserowaną przez niego na jeden z egzaminów. Jasełkowe „Herody” wstawiane były w domach starców, w których spotykali się z bardzo ciepłym przyjęciem. Chociaż teksty w nich były takie z głowy jak i z dupy, jak twierdzi Tomasz Skorupa. Pokazała się w nich Jadwiga Ćwik, która miała to nieszczęście, że jej debiut na scenie zarejestrowała kamera. Zestresowany Anioł w białej sukni. Śpiewała „Gloria”. Przyjęto ją do składu tego samego dnia, w którym pożegnał się z nim Krzysztof Prus. Jedyną osobą głosującą przeciw nowej aktorce był Dariusz Basiński. Do dzisiaj grają razem w kabarecie Mumio, prywatnie są małżeństwem.

Żeby się ostatecznie zadomowić przy ulicy Jadwigi, gugalandrowcy musieli stoczyć kilka walk z urzędem miejskim, komisją kościelną oraz kopalnią o odszkodowanie. Wiedzieli, że teatr sam się nie utrzyma. – Zakładaliśmy ośrodek interdyscyplinarny, który był miejscem spotkania artysty i odbiorcy, w którym sztukę mogliśmy nie tylko prezentować, lecz także o niej rozmawiać – mówi Sergiusz. – Działała tu kawiarnia, wyświetlaliśmy filmy, prezentowaliśmy wystawy. Jednak to wszystko tylko odtwarzaliśmy. Teatr miał być czymś, co powstaje na miejscu. Był najważniejszy.

4 czerwca 1994 roku Natalia Murzyn wzięła ślub z jednym z aktorów GuGalandra, Cezarym Kruszyną. Rano ceremonia, po południu uroczysty obiad. Śpieszyli się, bo musieli jeszcze zdążyć na uroczyste otwarcie Autorskiego Ośrodka Sztuki Teatru GuGalander. Cały poprzedni dzień spędzili na przygotowaniach do tej inauguracji, a wieczór – na zapinaniu na ostatni guzik ślubu. Trzeba było na nim jakoś wyglądać.

Pierwszy spektakl od czasu „Falstaffa...” na deskach ośrodka wystawiono dopiero w 1995 roku. Jacek Borusiński przyszedł do Sergiusza z pomysłem na „Eskurial”. Nie był to jednak powrót na miarę oczekiwań zespołu. – Podobał się tym, którzy go wystawiali, pozostali nie byli zadowoleni – komentuje Brożek. Z zespołu aktorskiego odeszli Jadwiga Ćwik, Dariusz Basiński i Jacek Borusiński, którzy założyli Teatr Epty-a – dziś znany jako Mumio. Pozostali aktorzy narzekali coraz częściej na nierówny podział obowiązków między nimi i pracownikami baru. – Nam najbardziej zależało i to my sprzątaliśmy kible po gościach – mówi Natalia. Rozpoczęła się kolejna fala migracyjna. Natalia i Cezary Kruszyna założyli Teatr Gry i Ludzie. Wcześniej we współpracy z Nikolajem Wiepriewem przygotowali spektakl uliczny „Bolero”. – Chcieliśmy zrobić coś innego i wtedy pojawił się Kola z własnym pomysłem. Zdecydowaliśmy się do niego dołączyć – opowiada Natalia. – Spektakl nie wyszedł nam zbyt dobrze, jednak pomimo to zarabialiśmy na nim pieniądze. Pojawiły się też różne akcje reklamowe. Był moment, w którym to Teatr łożył na kino i kawiarnię. Nie spodobało nam się to i zdecydowaliśmy, że odchodzimy.

Ze starego składu na scenie został jedynie Sergiusz Brożek. Ośrodek, podobnie jak kiedyś teatr, stawał się coraz bardziej popularny. Nic dziwnego, dużo się tam działo. W ulotce z kwietnia 1998 roku wyszczególniono spotkania DKF- u, imprezy zorganizowane wokół Dni Młodych Chrześcijan, spotkanie z Jamesem Simmonsem oraz trzy spektakle: „List nieznajomej”, „Pojedynek”, „Mechaniczną Pomarańczę”. Ten ostatni był reżyserowany przez Krzysztofa Prusa, pracującego jako kierownik baru. – Byłem świeżo po studiach, nie miałem jeszcze pracy, więc Sergiusz przyjął mnie do ośrodka – tłumaczy. W GuGalandrze ciągle trwał remont, goście siedzieli na workach z cementem, w ramach urozmaicenia popijając wino mszalne i drinki nazwane tytułami dawnych spektakli. Bar był otwarty 24 godziny na dobę. Krzysztof poznał tam Joannę, barmankę. Później zostali małżeństwem.

Atmosfera była coraz bardziej napięta. Coś zaczynało się dziać. W klubie pracowało kilku młodych ludzi będących członkami stowarzyszenia. Byli coraz bardziej niezadowoleni, wymyślili więc plan przejęcia władzy w ośrodku. Po jednym z zebrań okazało się, że Sergiusz przestał stać na jego czele. Prus także stracił pracę.

Nie ma już żadnego z założycieli. Nie ma też teatru, który nawet z nazwy zamienił się w „scenę gugalander”. Stowarzyszenie dostosowało się do zmieniającej się rzeczywistości, w której coraz trudniej żyć z samej sztuki. Zostali ludzie, w większości w innych teatrach i scenach. Krzysztof jest reżyserem, Sergiusz kierownikiem technicznym Korezu, prowadzi też Chorzowski Teatr Ogrodowy – letni festiwal teatralny. Natalia realizuje się w Muzeum Historii Katowic i w teatrze Apart. Część gugalandrowców zatrzymała się w Mumio. Dariusz Rzontkowski i Tomasz Skorupa przeszli z niego do agencji reklamowych.

Został też klub scena gugalander. Wchodzi się prosto na bar. Obok znajdują się drzwi do dużego czarnego pomieszczenia, w którym stoją różnego rodzaju sofy, stoły i krzesła. Na ścianach wiszą jakieś fotografie albo obrazy. – Kiedyś mieliśmy tu wystawę dość odważnego malarstwa, dużo męskich aktów – opowiada Edward Baron, stojący dziś na czele stowarzyszenia. – Naglę patrzę: do klubu wchodzi zakonnica. Spodziewałem się, że po chwili wyjdzie, a tu niespodzianka. Siada, wprawdzie tyłem do eksponatów, i zaczyna dyskusję o granicach perwersji w sztuce. Wcale nie odeszliśmy daleko od pierwotnych założeń ośrodka. Na scenę może przyjść każdy, przywitać się, przedstawić i umówić na występ. Za darmo dostanie chwilę na scenie. Czasem siedzisz i nie spodziewasz się niczego dobrego, bo przyszli jacyś ludzie z ulicy, a okazuje się że to jeden z najlepszych koncertów życia. Ci sami ludzie chwilę później stają się sławni. Jesteśmy warunkiem koniecznym do zaistnienia ich na scenie. Tworzymy przestrzeń, w której każdy ma te same szanse. Debiutuje tu wielu artystów.

Muszą też na siebie jakoś zarabiać. Takie czasy, sama kultura nie wystarczy. W GuGalandrze odbyło się kiedyś spotkanie Młodzieży Wszechpolskiej. W soboty można tam potańczyć. Radzą sobie, przychodzi tu wielu studentów kulturoznawstwa i filologii polskiej z pobliskiego wydziału filologicznego. Przychodzą też inni klienci, niektórzy pamiętają jeszcze o czasach, w których scena była teatrem. – Czasem przychodzą i mówią: kiedyś robiliście tu spektakle, a teraz… Zwykle są pijani. Zawsze odpowiadam im, żeby wytrzeźwieli i przyszli tu ze swoim możliwym do zrealizowania pomysłem. Nigdy nie wracają.

Czasem pojawi się tam spektakl. Po jednym ze spotkań z Krzysztofem trafiam do GuGalandra. Na scenie ubrana na czarno bosa grupa ludzi dziwnie wymachuje rękoma. Czasem recytują wiersze o żółwiach. Piwo jest dobre.

Trudno, takie czasy.

 

Tekst: Katarzyna Niedurny
Fotografie: z prywatnego archiwum Krzysztofa Prusa | grafika: Ewelina Czajka
Licencja: wszelkie prawa zastrzeżone.

comments powered by Disqus