Tu jesteś
costam
na marginesie:

Zbiegniew Kot, Franek Mysza

Pseudonimy artystyczne tworzących (m.in.) na Śląsku grafficiarzy. Metryka w ich przypadku nie gra roli bo wychodzą z założenia, że mają tyle lat, na ile się czują. Malują od 1998 roku. W 2004 roku założyli firmę "nietak", profesjonalnie zajmującą się graffiti. Śląsk uważają za swój dom.

Zbigniew Kot i Franek Mysza. Łowcy ścian

– Mógłbym malować w rękawiczkach, ale to tak, jakby uprawiać seks z gumką. A malowanie jest jak seks, lepiej bez gumy

Dlatego po akcji na rękach i ubraniach Zbyszka zobaczysz co najmniej cztery kolory. Bowiem cztery puszki: żółta, czarna, biała, czerwona, plus 10 minut to wszystko, co jest potrzebne do zmalowania Kota. Zbyszek nie chce dobudowywać do swojej historii żadnej głębszej filozofii. Jak sam mówi, pewnego dnia naszkicował Kota, spodobał mu się i zaczął go trzaskać, gdzie się da. Mysz była naturalną odpowiedzią, dopełnieniem. Do dnia dzisiejszego powstało już paręset tysięcy podobizn. Nic dziwnego, Kot obchodzi w tym roku swoje dziewiąte urodziny, a Mysz – siódme. Tysiące Myszy i Kotów zamieniają się w miliony i wkrótce nastąpi prawdziwa inwazja. Strzeż się!

Przenieśmy się na ulicę Sokolską, do Katowic. Przed nami ruchliwa droga z setkami przejeżdżających samochodów, ciężarówek, a przede wszystkim autobusów. Sokolska to jeden z najdłuższych przystanków w Katowicach. Wzdłuż chodnika przechodzą dziesiątki przechodniów i pasażerów, chcących dostać się jak najszybciej do pożądanego środka komunikacji miejskiej. W tym właśnie miejscu, o stosunkowo nijakim klimacie, lecz wyjątkowo wyraźnie zaznaczonej funkcji publicznej, z jednego z nieczynnych kiosków ktoś na nas spogląda. Oto jak przebiegał sam making of. Wersji mogło być kilka:

Wrzesień 2009. Kot z Myszą malują graffiti zupełnie oficjalnie. W ciągu dnia, pod bacznym ostrzałem spojrzeń przechodzących tamtędy przechodniów. Nie muszą się spieszyć. Jaskrawożółty Kot wprost z chmurki pyta prowokująco: – A bilet mosz? – Zdziwiona, a może wystraszona, niebieska Mysz nie odpowiada nic. Pewnie jest uosobieniem pasażera gapowicza. Czyżby była to akcja sponsorowana przez KZK GOP?

Publiczne zainteresowanie jest spore, ale nie wzbudza tak żywych emocji, jak... wersja numer dwa:

Wrzesień 2009. Polska jesień zaczyna swoje kapryśne panowanie, jest chłodno, zbiera się na deszcz. Opustoszała Sokolska, głęboka noc. Dostrzegamy tylko dwóch mężczyzn nerwowo rozglądających się dookoła. Pod nieczynnym kioskiem rozstawili już rząd sprayów. Srebrne puszki z kolorowymi wieczkami z wygrawerowaną liczbą 94 to główne narzędzie ich pracy. Ostatni raz upewniają się, że nikt ich nie obserwuje, że ulicą przejeżdżają nieliczne samochody, a ruch nocnych autobusów też został praktycznie wstrzymany. Sięgają po puszki i z wprawą doświadczonych artystów zaczynają swoje przedstawienie. Spray musi być wstrząśnięty, nie zmieszany. W ruch idą kolejne puszki: żółta, niebieska, czarna, czerwona, biała, znowu czarna. Oto Kot: najpierw pojawia się sam kształt, zarysy wypełniają się kolorem, pozostają puste miejsca na oczy. Potem wyrastają uszy. Oczy wypełnia biały kolor, czarnym sprayem maluje się kontur, oczy zyskują swój dobrze znany błysk. Kot powoli, minuta po minucie, zaczyna ożywać. Pojawiają się detale: nos i usta. Finalnym elementem staje się pusta biała chmura. Chmura, którą należy wypełnić błyskawicznie jakimś spontanicznie wymyślonym hasłem. Nie ma czasu na analizy, liczy się chwila. Jest: „A bilet mosz?”. Cała akcja trwała 15 minut.

Tak Sokolska zyskuje własną miniaturową galerię. Zupełnie darmową, bezpretensjonalną, egalitarną. Budzi mieszane emocje – od zachwytu, poprzez wyraźny sprzeciw, po posądzenie o jawny akt wandalizmu. Podzielone zdania jednak tylko podwyższają jej wartość. To, że nie przejdziesz obok obojętnie, świadczy o przemyślnym zabiegu już nie tylko grafficiarzy, ale świadomych własnej władzy miejskich artystów. Na jednej ze ścian w Katowicach widnieje napis: City without graffiti is like city without soul! Obok komentarz Myszy: Holy true.

Kota nie ma, Myszy harcują

W połowie lat 90. powstają pierwsze ekipy malujące. Siedemdziesiąt procent to „nielegale”. Pod koniec lat 90. powoli tworzy się jedna z pierwszych na Śląsku poważnych grup. W 2004 formuje się jako 0700team, w skład którego wchodzą Zbigniew Kot, Franek Mysza, Szwedzki i jedyna kobieta w tym gronie – Kuna. Szwedzki twierdzi, że wszyscy dobrze się uzupełniają i kiedy tylko uda im się spotkać razem, wspólne prace zawsze obfitują w mnogość kolorów i cieszą oko – wiele razy malowali w Polsce i za granicą. Zobaczysz ich w Chorwacji, Hiszpanii, Rumunii, Norwegii czy na Węgrzech. Długo by wymieniać. – Kot maluje postaci jako wlepki. Razem z Myszą dorzucają czasami treści komentujące otoczenie. Ja też tak robię, z tą różnicą, że mnie komiksowa chmurka nigdy nie opuszcza. Kuna, podobnie jak Kot, ładnie wygląda, ale sama rzadko komentuje świat – mówi Szwedzki. Przesłania w chmurkach zależą od humoru autorów. Pomysły na teksty przychodzą im do głowy spontanicznie. Są zaczerpnięte z jakiejś sytuacji, z życia, od znajomych. A bilet mosz?, Szczęścia nie kupisz, Miłego dnia, Żądam godności, Pokosz cycki, Aloha, World is not enough – to tylko niektóre z wielu haseł, dobrze znanych mieszkańcom górnośląskich i zagłębiowskich miast.

Sam początek nie jest dla nich trudny. Ogromna pasja do malowania sprawia, że rysunki w zeszycie muszą znaleźć swoje ujście w innych przestrzeniach. Udostępnianie ich w Internecie też przestaje wystarczać, dlatego Franek i Zbyszek, po części zafascynowani kulturą hip-hopu, zaczynają malować litery. Z tygodnia na tydzień ich warsztat staje się coraz lepszy, zaczynają na podmiejskich murach, potem szukają bardziej „prestiżowych” miejsc. Miejsc, które ktoś może, musi zauważyć! Chcą być popularni, muszą być odważniejsi, bo z czasem litery to za mało. Chcą spróbować czegoś innego. Tak pojawia się sympatyczny Kot Zbyszka.

Przez dwa lata Kot prowadzi samotne życie dziennego lub nocnego łowcy przygód. Właściciel wyprowadza go często na spacery, pokazuje mu ściany, uczy, jak Kot ma się zachowywać, z kim się bawić. I tutaj pojawia się pewna pustka, którą ktoś musi wypełnić, by Kotkowi nie było nudno. Podróże, przegadywanie się, dobra zabawa – nic z tego nie ma sensu w pojedynkę. Za to nowy kompan – Mysz – z Kotem dogaduje się świetnie. Zaczynają od pojedynczych ścian, garaży. Najpierw w Rudzie Śląskiej, później w innych miastach na Śląsku. Zwierzaki powoli stają się rozpoznawalne. Co ważne, zdobywają przyzwolenie społeczne i uznanie wśród mieszkańców. Grzechem jest tego nie wykorzystać.

12 kwietnia to ważny dzień w kalendarzu Zbyszka. Wtedy to świętuje swoje urodziny w bardzo licznym gronie. Impreza nosi nazwę Kluski śląskie. Od kilku lat przyjeżdża na nią śmietanka polskich grafficiarzy. Kilkudziesięciu artystów ozdabia ściany garaży przy ulicy Kopalnianej w Rudzie Śląskiej Bykowinie. Wszystko to wspomaga Rudzki Urząd Miasta. Właściciele też się nie skarżą, bo sami wydali zgodę na malowanie. Obskurne ściany garaży z minuty na minutę pokrywają się kolejnymi warstwami farby. Powstaje coś z niczego.

Ważnych dni w roku jest jednak więcej. W jednym ze spotów reklamujących ubiegłoroczną edycję Street Art Festiwal chłopaki siedzą na Spodku. Opowiadają o festiwalu, zachęcają do udziału. Mówią, że dwa, trzy dni festiwalu street artu to dla nich wspaniała przygoda i jazda na najwyższych obrotach. Wszystko kręci się wokół znajomych, spotkań, robienia podkładów. Poza tym są w ciągłym ruchu, przekładają farby, spraye, rusztowania z samochodu na samochód, rozwożą je po różnych miejscówkach. Po malowaniu artyści, którzy przyjechali na festiwal z innych miast Polski czy z zagranicy, nie mogą być sami. Chłopaki opiekują się nimi jak na dobrego gospodarza przystało. Główną bazą całej imprezy są Katowice, tam też odbywają się najlepsze „aftery”.

My, arsenał puszek i ściana

Duet nie skupia się na sobie, ale na postaciach. Nawet imiona, których używam w tekście, a oni w pracy – Franek i Zbigniew – nie są prawdziwe. Kot i Mysz są jak logo, mają zapadać w pamięć. Ale nie znaczy to, że muszą być cały czas tacy sami. Zmieniają tła, kolory, przebrania, kombinacje. Kot zjada Mysz, Kot i Mysz jako piraci, jako kosmici, Kot jako dziecko. Zwierzaki stroją miny, pokazują emocje: śmiech, płacz, zdziwienie, zaskoczenie, strach. A już np. Myszy z ludzkimi kończynami to prawdziwy rarytas na ulicy. Franek ma nawet kuzyna Freddiego.

To, co kochają najbardziej, to polowanie na ściany! Obojętnie czy idą, biegną lub jadą samochodem… STOP! Muszą się zatrzymać, bo ich oczom ukazuje się ściana, która aż prosi się, żeby ją pomalować. A ścianom się nie odmawia! Do niektórych ścian podchodzą bardziej oficjalnie, zdobywają specjalne pozwolenia, zostawiają kartki z zapytaniem na drzwiach wybranego garażu (najczęściej dostają pozytywną odpowiedź). Ściana, mur – ale niekoniecznie, bo może to też być płótno, buty, koszulka, bunkier, samochód, a nawet tramwaj czy autobus, który malują w około 6 godzin. Możliwości jest wiele, jedyne ograniczenia mogłyby się pojawić, gdyby zabrakło wyobraźni artystów, a także ich spryt, odwaga i umiejętność przewidywania niekorzystnych okoliczności, tak aby w chwili, gdy tylko się pojawią, być na nie odpowiednio przygotowanymi.

Galeria na ścianie

Dla Mateusza z Rudy Franek Mysza zdaje się nieraz najbardziej optymistyczną postacią napotkaną na drodze z domu do szkoły czy pracy. – Jestem zwolennikiem dobrego graffiti. Nie jest mi obojętna estetyka wykonanych prac oraz miejsce ich usytuowania, a Franek Mysza jest naprawdę uniwersalną postacią.

Zuza mieszka i studiuje w Katowicach, ale jest spoza Śląska. I choć dziś czuje się tu jak w domu, początki życia w regionie wspomina niezbyt przyjemnie. Gdy odkryła Koty, Myszy i wyluzowane ludki (dziś już wie, że to Szwedzki), był to dla niej powiew świeżości. Wyskakiwały w najmniej spodziewanych, ale i najbardziej potrzebnych miejscach. Na kawałku muru, który było widać z okna zatłoczonego autobusu, na przystanku oblepionym przez ludzi z nieszczęściem wypisanym na twarzy, na sklepie, do którego szło się po bułki (Tu społem). To graffiti było pierwszą rzeczą, która dawała informację: dziewczyno, tu jest coś fajnego, są jacyś pozytywni ludzie.

– Ludzie żyjący w dużym, zatłoczonym mieście potrzebują czegoś, co na chwilę ich oderwie od rzeczywistości – twierdzi Marek. On właśnie za to przede wszystkim ceni 0700team. Nieraz słyszał publiczne komentarze, prawie zawsze sympatyczne, na ich temat. – Koty i Myszy odczarowały, nawet u starszych pokoleń, tego „złego ducha graffiti”, które wielu ludziom kojarzy się głównie w wandalizmem.

W jednym z komentarzy pod zdjęciem na flickerze Franka użytkownik glewitz pisze: widziałem wczoraj w Zajezierzu, koło Dęblina, to cudo. I od razu człowiek się poczuł jak u siebie ;-).

Zabawa w ...

Od pięciu lat snują się po różnych urzędach. Czasami to właściciele prywatnych kamienic są bardziej przychylni niż urzędnicy. – To nie wandalizm. Ludzie stają się otwarci na inne formy sztuki, świat staje się coraz bardziej kolorowy, coraz więcej kumatych ludzi jest na tym świecie. Marzy nam się duże dzieło, prawdziwy mural. Myślę, że niedługo dopniemy swego – mówi Franek. – Murale są czymś niezwykłym.

Graffiti idzie z prądem albo pod prąd, ale cały czas ewoluuje. Dlatego Franek i Zbyszek tworzą także komercyjne rzeczy. Malują Koty i Myszy w domach, na meblach, na samochodach, robią to dla prywatnych właścicieli i firm. W NIETAK stawiają na niebanalny design. Znajdą się tacy, którzy, ceniąc go, za to zapłacą. Prowadzą też warsztaty dla dzieciaków, by przekazać zdobytą wiedzę dalej. Dzieci często nie dostrzegają cienkiej granicy pomiędzy dobrem a złem, ważne, by uczyć je, że graffiti wcale złe nie jest, że może być czymś pozytywnym.

Dzięki pracy mogą prowadzić normalne życie, czasem jest ciężko, bo to pracochłonna, czasochłonna, pochłaniająca branża. Praktycznie cały czas „siedzą” w malowaniu. Jednak nie zamieniliby tej pracy na żadną inną.

Gdy skomercjalizowali część działalności, środowisko grafficiarzy było podzielone. Część zazdrościła chłopakom sukcesu, część uważała, że się sprzedali, ale przeważająca grupa cieszyła się razem z nimi. W końcu to marzenie większości z nich – zarabiać na tym, co się kocha. – Walczymy z systemem po swojemu – mówi Franek – od środka. Możemy być trybikami w wielkiej maszynie, pracując w znienawidzonej korporacji, ale możemy też „trybić” po swojemu.



Tekst: Zofia Sobala
Fotografie: www.flickr.com/photos/franekmysza
Licencja: wszelkie prawa zastrzeżone.

comments powered by Disqus