Tu jesteś
costam
na marginesie:

Private Club Milk

tolerancyjny klub, który do połowy lipca 2012 roku mieścił się przy ul. Damrota 6. Na klubowej mapie Śląska od stycznia 2011 roku. Dwupoziomowy, z ascetyczną piwnicą i luksusową górą. To tutaj koncertowała Doda, lansował się Janusz Palikot w czasie kampanii wyborczej, czy pikietowali „narodowcy”, którzy przed lokalem urządzili prowokację antygejowską. Nazwa zaczerpnięta od nazwiska Harveya Milka, pierwszego amerykańskiego polityka otwarcie przyznającego się do bycia gejem.

Klub Milk. Niepokorni

Na klubowej mapie Śląska jest to miejsce szczególne. To tutaj koncertowała Doda, lansował się Janusz Palikot w czasie kampanii wyborczej czy pikietowali narodowcy, którzy przed lokalem urządzili prowokację antygejowską. Klub Milk – miejsce spotkań homoseksualistów czy może też odskocznia od codzienności dla heteryków?

Dwa tysiące w miesiąc

Tyle właśnie odsłon doczekał się spot promujący lokal w internecie. Klip nosi tytuł „Galerianki” i jest stylizowany na zapowiedź swojego kinowego odpowiednika. Tłem muzycznym jest oczywiście motyw przewodni z filmu. W rolę młodocianych dziewczyn do towarzystwa wcielili się m.in. pracownicy Milka, Marcin i Artur. Chłopaki przechadzają się po modnym centrum handlowym, lansują w butikach, alejkach, wszędzie tam, gdzie natrafią na łakome spojrzenia przyszłych sponsorów. Marcin, wysoki, koszula w kratę, ogolony na łyso, trochę zagubiony. Za to Artur – to jego totalne przeciwieństwo. Długie włosy spięte w kucyk, błękitna koszula z długimi rękawami, bardzo ekspresyjny, kroczy niczym modelka na wybiegu bądź na kolanach pokonuje stopnie ruchomych schodów. Oczywiście wszystko przerysowane, trochę nawet kiczowate. Zdecydowana większość komentarzy pod filmikiem negatywna, kontrowersyjna, wręcz złośliwa. Ale tak właśnie miało być, to przyciąga ludzi do lokalu. Bo w tej branży cały czas trzeba wyprzedzać konkurencję, być o krok naprzód, czymś zaskakiwać i to już na wejściu.

Stefan i Ola rządzą

Przekraczając progi Milka, możemy być lekko zdezorientowani. Część główna to przerobiona piwnica, obdrapane cegły, gdzieniegdzie woda kapiąca z sufitu, pod którym zwisają dyskotekowe kule. Panuje przyjemny chłód. Na środku filar, podest, a na nim metalowe pręty. Całość wygląda jak niedomknięta klatka. Dookoła parkiet, który „potrafi” pomieścić blisko setkę osób. Niepozorna didżejka. Bar mały, doskonale zaopatrzony, przeważają luksusowe alkohole, wiecznie oblegany. Całości dogląda Stefan, rybka z maleńkiego akwarium, które ma swoje miejsce między butelkami. Gdyby miał głos, powiedziałby niejedno, ale jak zapewniają przezorni barmani, nie zrobi tego, bo co jakiś czas skapnie mu parę kropel Johnniego Walkera bądź Ballantine'sa.

Jest też góra, a tam inny świat. Pięknie wymalowane ściany, na jednych komiksowa fototapeta, na innej fantazyjne graffiti wzorowane na japońskiej mandze. Kameralny bar. Skórzane sofy, podwyższenie, które w czasie koncertów przeobrażane jest w scenę. Jest trochę spokojniej niż na dole, bardziej intymnie. Ale gdy zaczyna się szturm klientów, ta część nie śpi. Sofy idą w kąt, rozkłada się drugi didżej i rozkręca imprezę. W innym klimacie, by nie było nudno. A gdy zdarzy się wizyta gwiazdy, jak np. Dody, która tu koncertowała, to jest i VIP room. Gdy nie jest wynajmowany, służy za gabinet – gabinet szefa, którym jest Ola. Energiczna trzydziestolatka, blond włosy spięte z tyłu. Tatuaż na lewej ręce – Lila, imię córki. Na prawej kolejny „Tylko Bóg mnie osądzi”. Z nieodłącznymi camelem i energy drinkiem niczym insygniami władzy w swoim królestwie. Ale nie jest to monarchia absolutna, panuje tu demokracja – tolerancja.

Z Artura w Aleksa

O ile szefem lokalu jest Ola, o tyle szefem baru, didżejem i marketingowcem jest Artur. Dla niego Milk to w tej chwili całe życie. Bo i od Milka dostał drugie. Wcześniej był skromnym, trochę zakompleksionym chłopakiem z Jastrzębia. Wychował się w typowej śląskiej rodzinie. Ojciec górnik, matka zajmowała się domem. Oboje mieli nadzieję, że syn pójdzie w ślady ojca. On jednak nie chciał, nie wyobrażał sobie pracy w kopalni. Nie pasował do takiego szablonu, domu, miasta. Był inny, wrażliwy, od dziecka kochał muzykę i filmy. Był też stuprocentowym gejem, gejem dla którego nie było miejsca w rodzinnym miasteczku. Dwa lata temu, gdy przekroczył 25 lat, podjął decyzję o wyjeździe w inny, lepszy świat. Ze starego, z którego chciał tak bardzo uciec, zabrał tylko swoje ukochane płyty. Obładowany kilkoma wielkimi torbami wyglądał jak bazarowy sprzedawca. W portfelu marne dwieście złotych. Tak ruszył na poszukiwanie swojej ziemi obiecanej. Zatrzymał się w Katowicach, przez tydzień spał w kuchni u znajomej. W mieszkaniu sześć dziewczyn i on sam. Szybko znalazł pracę. Był barmanem, później didżejem w pewnej kawiarni dla seniorów. Oni zdezorientowani. Przyzwyczajeni do Skaldów czy Krawczyka, a z głośników „Like a Virgin” Madonny. Szybko zaakceptowali i bawili się przy muzyce Artura. Satysfakcja była, ale do pełni szczęścia jeszcze sporo brakowało. Zmienił pracę, ponownie stanął za barem, ale już w miejscu „branżowym”, czyli dla homoseksualistów. To tam poznał Olę, która właśnie planowała otwarcie własnego lokalu. Po kilku miesiącach, gdy Milk był już gotowy, zaprosiła go do współpracy. Wreszcie mógł zacząć w pełni się realizować, nie musiał niczego udawać, kryć się czy maskować. Tam wszyscy znają go po ksywie. W Milku Artur jest Aleksem.

Didżejów dwóch

Oprócz Aleksa imprezy w Milku rozkręca Sowa. Heteryk, trzydzieści parę lat, krótko ścięty, siwe już włosy, bardzo spokojny, wręcz dystyngowany jak angielski dżentelmen. W środy prowadzi karaoke. Projektor, tekst na ścianie. Sowa z mikrofonem w ręku zaprasza kolejnych uczestników. Gdy nie ma chętnych, to sam się udziela, czasem pomaga, gdy inni nie mają odwagi na występ solo. Gdy jest dobra atmosfera i sporo klientów, impreza napędza się sama. Jeden śpiewa, inni tańczą, klaszczą, rytmicznie skaczą. Gdy jest kameralnie, panuje atmosfera zgoła odmienna, intymna, wszyscy stoją. A repertuar? Króluje Madonna, Britney i Doda. Próżno szukać rockowych, mocniejszych numerów. Czasem pojawi się jakaś ballada. Zdecydowanie inaczej niż w knajpach „niebranżowych”, w których Sowa też się udziela. Ale dla niego nie ma to znaczenia, bo zwyczajnie lubi swoją robotę.

Aleks to całkowite przeciwieństwo Sowy. Za konsoletą jest wulkanem energii. Energii, którą czerpie od ludzi. To oni go nakręcają, a on razem z nimi się bawi. Podskakuje, macha rękami, czasem wydziera się do mikrofonu. Sam wskakuje na parkiet i robi zamieszanie. Rozpuszcza włosy i macha nimi bez opamiętania. Jest wszędzie. Nigdy nie przygotowuje się specjalnie do grania. Wie, jak utrzymać ludzi na parkiecie. Czasem eksperymentuje, ale „standardy” muszą polecieć, bo inaczej ludzie wychodzą. Tutaj, jak na karaoke: Madonna, Doda, ale i wszystkie ładne dziewczyny z girlsbandów i przystojni chłopcy z ich męskich odpowiedników. I oczywiście Justin Bieber. Jak tego nie będzie na imprezie, to znaczy, że nie jest to impreza gejowska – zapewniają didżeje.

Być jak Britney

Klientela „branżowa” jest bardzo wymagająca. Szybko się nudzi i odchodzi w inne miejsce. Nie zadowolą się piwem, a jeżeli już, to z butelki. Trzeba dobrze wyglądać, nie można stać na imprezie z byle czym w ręku. Dominują wymyślne drinki. Kolorowe, fantazyjnie udekorowane, z owocami, wtedy można się pokazać. A barmani mają ręce pełne roboty, cały wieczór jak na linii montażowej. Bez mrugnięcia okiem spełniają zachcianki gości. A te są bardzo różne. Kaprys, jeden kupuje całą butelkę whiskey, by wylać ją na barmana i dać mu jeszcze 400 zł napiwku. Takie rzeczy się tam zdarzają, bo i zdarzają się niezwykli ludzie. Gwiazdy, celebryci, artyści. Osoby, które prowadzą podwójne życie, jak pewien psychiatra, który przebiera się w damskie ciuchy, kabaretki, pióra, robi ostry makijaż. Nie do poznania. Wszyscy świetnie się bawią, nikt na nikogo krzywo nie patrzy. Bo tutaj mogą sobie pozwolić na dużo więcej niż gdzie indziej. Dostają też więcej niż w innych tego typu miejscach. Największym sukcesem okazał się występ Dody z gościnnym udziałem Janusza Palikota, który lansował się w czasie kampanii wyborczej. Była też Ramona Rey, która zrobiła prawdziwą furorę. Są pokazy filmowe. Największym powodzeniem cieszą się oczywiście te kontrowersyjne, związane ze środowiskiem, ale i te drastyczne jak „Ludzka stonoga”. Hitem są wieczory tematyczne. Rocznica wydania pierwszego albumu Madonny. Na parkiecie blond peruki, czerwone usta, wszyscy jak ich idolka z pierwszych teledysków. Urodziny Britney, a w klubie słodkie lolitki podrygujące w rytm przeboju „Hit me baby one more time”.

Hetero też wpadają

Kasia, ładna dwudziestolatka, modnie ubrana, odpędzająca się wręcz od adoratorów, dopiero w Milku znajduje oazę spokoju. Tutaj nikt jej nie zaczepi, nie będzie stawiał drinka czy natrętnie prosił o numer telefonu. Gdy ma ochotę na babski wieczór, chce poplotkować i potańczyć w damskim gronie, zabiera koleżanki właśnie tu. Trochę się czują jak dziewczyny „branżowe”, bez facetów, ale i tak łowią ich spojrzenia. I komentują, a jest co komentować, bo jednak geje potrafią się ubrać. Panuje prawdziwa rewia mody, wszystkie fasony i kolory, jak w folderze reklamowym popularnej marki odzieżowej. Dziewczyny są zachwycone. A kiedy przesadzą z alkoholem, to nie muszą się martwić, że jakiś facet dobrodziej, podwiezie do domu. Standardowo rozmowa z takim delikwentem może zepsuć cały wieczór. Tutaj tego nie uświadczą.

Podobnie Dawid, student ekonomii, dwadzieścia pięć lat, prawdziwy znawca klubowej mapy Katowic. Tydzień bez imprezy jest tygodniem straconym. Wielokrotnie wpadał do Milka na tzw. after, gdy już miasto kładło się spać. O 5 nad ranem w Milku nikt o spaniu nie myśli, wręcz przeciwnie. To się Dawidowi właśnie podoba w tym miejscu, na nie można zawsze liczyć, nawet o tak wczesnej porze. Można też przyjść tutaj z dziewczyną na randkę, pokazać, że zna się takie alternatywne miejsca. Zwykle są zachwycone – mówi. – Miejscem i mną, że taki otwarty i tolerancyjny, trochę szalony. I się nie mylą, bo taki właśnie jestem, jak Milk.


>>>
Z dniem 16 lipca, jak podał oficjalny profil na Facebooku, Club Milk przestaje istnieć i zawiesza swoją działalność. Przyczyn nie podano. Jednak z racji napisania tekstu dokładnie trzy tygodnie przed tym zdarzeniem czujemy się zobligowani pokazać Wam historię tego miejsca. Historię napisaną przez pryzmat ludzi, którzy tam przychodzili, bądź pracowali. Oni ciągle są częścią ślaskiego życia, mimo że miejsce, któremu się poświęcili, umarło.

Link do spotu reklamującego Milk.



Tekst: Paweł Kamiński
Fotografie: Chcesz zilustrować ten tekst? Napisz na wspolpraca@mmc.org.pl
Licencja: Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska (CC BY-NC-ND 3.0) / Opis: "Tekst autorstwa Pawła Kamińskiego, stworzony dla projektu Mapa Miejsc Ciekawych www.mmc.org.pl".

comments powered by Disqus