Tu jesteś
costam
na marginesie:

Witold Żdanowicz

kombatant i emerytowany profesor fizyki. Sybirak, który z Armią Andersa przemaszerował przez Azję, Afrykę i Europę. Wziął także udział w bitwie o średniowieczny klasztor na włoskim wzgórzu Monte Cassino. Po wojnie zamieszkał na Górnym Śląsku i stał się dla zabrzan wymagającym nauczycielem historii i patriotyzmu. Skłonił lokalną społeczność do poszukiwania regionalnych wątków w „wielkiej historii”. W walce tej wzięła udział niemal połowa miasta – uczniowie szkół, nauczyciele, samorządowcy...

Witold Żdanowicz. Sztuka pamiętania

Oni (nie) zginą wraz z nami

Nie do końca wiadomo, dlaczego niektóre rzeczy zostają zapamiętane, a inne idą w zapomnienie. Prawdopodobnie najczęściej decyduje przypadek. Tylko kwestie wyjątkowo ważne zasługują na to, by zadbać o ich zapamiętanie bądź zapomnienie. Świadkami takiej walki – o to, by zachować pamięć o tym, co wartościowe – stało się Zabrze. Bo w mieście tym zadomowił się człowiek, który zapominać nie cierpiał.

Witold Żdanowicz – bo o nim mowa – urodził się w 1923 roku w Szczuczynie Nowogródzkim, skąd w 1941 roku wraz z matką, siostrą Katarzyną i bratem Tadeuszem został deportowany przez NKWD na Syberię. Ojca osadzono w więzieniu. W czerwcu 1942 roku, po tzw. amnestii Stalina, udał się do Uzbekistanu, gdzie został przyjęty do Wojska Polskiego gen. Władysława Andersa. Wraz z ogromną armią opuścił Związek Radziecki, by rozpocząć wyprawę przez trzy kontynenty. Irak, Persja, Egipt, Włochy i wreszcie bitwa o Monte Cassino wyznaczyły szlak wędrówki, która na zawsze wryła się w serce młodego Sybiraka.

Po powrocie do powojennej Polski wybrał karierę naukową, został profesorem fizyki, a także mężem i ojcem. Mimo to ani żona i dzieci, ani też polikrystaliczne ogniwa krzemowe nie sprawiły, że wspomnienie wojennej tułaczki spłowiało. Gdy profesor Żdanowicz przeszedł na emeryturę, postanowił ocalić od zapomnienia wojenne pamiątki i wspomnienia. Energia, z jaką się do tego zabrał, ogarnęła jego rodzinę, innych montekasyńczyków, a także wielu zabrzan, bo do tego śląskiego miasta poprowadziła Profesora ścieżka kariery naukowej. Przez piętnaście lat profesor Żdanowicz wciągał w wir pracy coraz to nowych „przyjaciół” – jak zwykł mawiać o swoich pomocnikach. Lekcja z zakresu: „Jak walczyć o pamięć dla tego, co wartościowe”, została odrobiona na piątkę plus.

Niech miejsca świadczą o miejscu

Pierwszy pomysł Profesora okazuje się monumentalny (i to podwójnie). Z jego inicjatywy w 1988 roku rozpoczyna się trwająca cztery lata akcja pod kryptonimem „Pomnik Bohaterstwa Poległych w Bitwie o Monte Cassino”. Przy jednej z głównych ulic Zabrza staje obelisk, który upamiętnia poległych w walce na włoskim froncie Synów Śląska i Zagłębia. Nazwiska pięćdziesięciu dziewięciu z nich widnieją na tablicy pamiątkowej. Zabrze staje się drugim miastem w Polsce, które może poszczycić się posiadaniem takiego monumentu. W tym też czasie ulica przecinająca centrum miasta zyskuje nową nazwę – Alei Bohaterów Monte Cassino. Od tej chwili tam będą odbywały się uroczystości z okazji każdej kolejnej rocznicy bitwy. Uroczystości, nad programem i przebiegiem których czuwał będzie oczywiście Witold Żdanowicz. A to dopiero początek…

W trakcie analizowania wspomnień, a także studiowania literatury wojennej Profesor odkrywa zabrzanina ważnego, a zapomnianego. To plutonowy Ryszard Szkubacz, urodzony w Zabrzu syn górnika, który w toku II wojny światowej wraz z Samodzielną Brygadą Strzelców Karpackich walczy na froncie włoskim. Profesor, śledząc losy żołnierza, trafia na opis jego śmierci sporządzony przez dowódcę Antoniego Adamusa: Na 593 [jedno ze wzgórz, o które toczyły się walki] walczyliśmy razem. To był wspaniały żołnierz i kolega. Ogromnie odważny. Zginął na moich oczach. Gdy biegliśmy na bunkier niemiecki, przed nami rozerwał się pocisk artyleryjski. Odłamek ranił śmiertelnie Szkubacza w lewą stronę piersi – w okolicę serca, zniszczył przy tym odznakę tobrucką, którą Ryszard miał przypiętą do kieszeni battle-dressu z lewej strony, odcinając jedno skrzydło orłowi odznaki. Chwyciłem Szkubacza na ręce, chcąc go wynieść z pola ostrzału. Niestety, Szkubacz zmarł na moich rękach. Położyłem ciało Ryszarda na ziemi i uderzyliśmy na gniazdo niemieckiego cekaemu. Zabiliśmy czterech żołnierzy jego obsługi. Profesor wydaje jednoznaczną diagnozę: poległ na polu chwały. Trzeba go więc koniecznie zabrzanom pokazać, przypomnieć, że nie muszą zadowalać się „przyjezdnym” kombatantem, mają własnego!

Dzięki miejscowym gazetom i radiu udaje się odnaleźć krewnych plutonowego Ryszarda. To zamieszkały w Chorzowie Andrzej Szromek, syn siostry Ryszarda Szkubacza. Pan Szromek informuje Profesora, że zaraz po wojnie matka Ryszarda – Gertruda Szkubacz, otrzymała z Anglii wiadomość od kolegów syna o jego śmierci w bitwie. Dziś pan Andrzej Szromek jest jedyną osobą w rodzinie przechowującą otrzymaną z Anglii dokumentację po śp. Ryszardzie. Są więc także dowody.

Po porozumieniu się z władzami miasta zapada decyzja o uhonorowaniu plutonowego. Uroczystość nadania jednej z nowych ulic imienia Ryszarda Szkubacza odbywa się w maju 2000 roku. Przybywają na nią zaproszeni przez Profesora Tobrukczycy, koledzy-kombatanci Ryszarda, którzy wprawdzie siedzibę swej organizacji mają w Londynie, ale właśnie zjechali się do Krakowa na wspólne obchody rocznicy bitwy o Monte Cassino, więc cóż szkodzi zaprosić ich także do Zabrza. Okazuje się, że powiedzenie „chcieć to móc” nie oddaje całego zaangażowania Profesora. W tej uroczystej atmosferze Zabrze zyskuje kolejne miejsce pamięci – ulicę plutonowego Ryszarda Szkubacza.

Własnymi słowami opowiem tę historię

Profesor, jak już wiemy, nie znosi bezczynności. W latach 90. zaczyna kusić go słowo pisane. Bogata przeszłość sprawia, że ma o czym opowiadać. Pierwszy rozdział tej opowieści to książka „Śląsk pamięci Monte Cassino”, którą w 1999 roku wydaje Muzeum Śląskie. Zawiera opracowania i wspomnienia prezentujące przebieg bitwy. Zasadniczą część stanowią – rzucając więcej światła na sens tytułu – wspomnienia mieszkańców Śląska, ukazujące ich przeżycia wojenne na froncie włoskim. Treść podyktowana jest zasadniczą troską, spędzającą sen z powiek nie tylko Profesorowi. Wiersz, który Witoldowi Żdanowiczowi dedykuje przyjaciel z frontu, Bolesław Roman Duch, zawiera fragment: wielka cisza nastanie i sprzed pół wieku żołnierze wyjdą nam na spotkanie i teraz wraz z nami zginą. Książka wyrasta z serca tego niepokoju, wywołując po imieniu tych, którzy mogą zginąć w ludzkiej niepamięci – żołnierzy poległych w bitwie o Monte Cassino. To owoc galerniczej pracy, a jednocześnie świetna lektura dla historyków i pasjonatów.

Twarda okładka i szata graficzna kuszą nie tylko nabywców. Także Profesor nabiera ochoty na jeszcze jedną przygodę literacką. Rok 2004 przynosi kolejną książkę – opis wspomnień z frontu. Tak powstaje „Monte Cassino – Ankona – Bolonia” – na wpół osobista opowieść o żołnierzach 2 Korpusu Wojska Polskiego. Ostatnia opublikowana praca Profesora ma już inny charakter. To zebrana osobistymi staraniami antologia pieśni i wierszy o losach Żołnierzy 2 Korpusu „Czy widzisz te gruzy na szczycie”. Nie wyczerpuje to zapału pisarskiego Profesora. „Saga rodu Sybiraków” – ostanie dzieło, ukończone na miesiąc przed śmiercią autora, do dziś nie ujrzało światła dziennego.

Zainfekowani

Czas nie ma litości nawet dla tych najodporniejszych na jego działanie. Choć zapał i pracowitość Profesora wciąż są „nie do zdarcia”, ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa. On sam coraz częściej powtarza, że „jednego na starość Pan Bóg stuknie w głowę, a drugiego w nogi” i cieszy się, że o tę pierwszą może być spokojny. Jego wola działania jest tak silna, że temu magnetyzmowi ulega całe otoczenie. Gimnazjum nr 16 przybiera w 2003 roku imię Bohaterów Monte Cassino i z roku na rok coraz silniej przejmuje rolę organizatora obchodów kolejnych rocznic bitwy. W szkole powstaje Izba Pamięci, której lwia część to upominki przekazane przez Profesora. Odbywają się konkursy pieśni patriotycznych i wiedzy o Monte Cassino. Niektórym uczniom udaje się nawet wziąć udział w obchodach rocznicowych we Włoszech. Dla dzieciaków to przygoda i tym samym przyjemna lekcja historii. A „zarażonych” miłością do tego szczególnego jej urywka jest coraz więcej.

Wraz z postępującą chorobą Profesora sytuacja zmienia się o 180 stopni. Teraz to nie on załatwia, dogląda, organizuje. Coraz częściej do domu przy ulicy Wallek-Walewskiego zaglądają goście. Wśród nich są radni miejscy, rodziny kombatantów, nauczycielka historii, a nawet aktor Teatru Nowego. Każde z nich przekracza próg gościnnego domu z niepewnością, jaki tym razem rozkaz wyda żołnierz, który żadnej bitwy by już nie wygrał, ale ciągle ma na Ziemi wiele do zrobienia. I następnego dnia, za tydzień lub miesiąc, ci sami ludzie wracają znowu, zaangażowani i pełni energii, choć telefon Profesora przed chwilą oderwał ich od kolacji z rodziną, spaceru z psem, spotkania z koleżanką. Nie można tego człowieka zlekceważyć, bo mimo osiemdziesięciu kilku lat ma mnóstwo uroku, ogromne poczucie humoru oraz jasno określony cel. I niech cię Pan Bóg broni od prób namówienia go do rezygnacji z realizacji zamierzeń!

Pani Marysia, historyczka z zabrzańskiego liceum, pomaga porządkować ostatnie dzieło Profesora. „Saga rodu Sybiraków” to właściwie opowieść o losach całej rodziny Żdanowiczów – prawdziwa epopeja. Wzbogaca ją materiał zdjęciowy, tak obfity, że właściwie można by z niego stworzyć drugą książkę. Wszystkie te zdjęcia Profesor samodzielnie umieszcza na osobnych kartach, opatrując numerem porządkowym i podpisem wystukanym na maszynie. Tkwiąca wewnątrz tego szaleństwa pani Marysia ze spokojem po raz setny poprawia numery zdjęć, prostuje nieścisłości i bez trudu odnajduje potrzebny natychmiast dokument lub cytat w jednej z miliona znajdujących się w tym domu książek. Każda wypełniona prośba Profesora jest rzetelnie weryfikowana i – choć pani Marysia cieszy się w tym domu dużym autorytetem – bezlitośnie poprawiana, jeśli Kombatant uważa, że tak trzeba. Mimo tego nie wyrzekłaby się nigdy tych wizyt, podobnie jak jej dziesięcioletni syn, którego Profesor sadza zwykle nad talerzem ciastek i tłumaczy: – Chłopcze, jedzenie to twój wróg, musisz go zniszczyć. – Wyniosą z tego domu jeszcze niejeden słoiczek konfitur przygotowany osobiście przez Profesora (– Przecież do kuchni potrafię dojść!), a także wiele radosnych wspomnień. I choć pani Marysia jest zainfekowania zawodowo pragnieniem przypominania o tym, co ważne, tego etapu swojej „choroby” nie zapomni nigdy w życiu.

„Wirus” nie omija także najbliższych Profesora. Córka, syn, wnuczki zaglądają co jakiś czas, sprawdzając, jak można pomóc nestorowi rodu w pracy nad sagą. Oni trudniej znoszą tyranię ojca i dziadka, bardziej przyzwyczajeni do jego charakteru. Urok Profesora obezwładnia ich jednak z taką siłą, że często można ich spotkać w zabrzańskim domu, przesiąkniętym atmosferą minionych czasów i postępującej choroby. Z córką Elżbietą nieustanie drą koty, powołując na świadków tych awantur gości, zaglądających w progi domu. Nikt nie potrafi zrozumieć, jakim cudem ci ścisłowcy – fizyk i informatyczka – potrafią ze sobą współpracować, ale dla każdego oczywiste jest, jak głęboka więź łączy tych dwoje. Tak drzeć koty mogą tylko ludzie, którym do siebie blisko.

Zabrzański Urząd Miejski także daje się zauroczyć Profesorowi. Wprawdzie widać już, że z publikacją „Sagi…” będą kłopoty – głównie natury finansowej – ale rzesze zaangażowane w batalię wydawniczą stale rosną. Miasto obiecuje partycypować w kosztach, pojawia się ktoś obiecujący złożenie tekstu. Nikt niczego nie obiecuje na 100%, ale niezłomność Profesora, wielokrotnie owocująca sukcesem, pozwala mieć nadzieję na pozytywny finał.

I właśnie w tych okolicznościach Profesor pierwszy raz zawodzi swoich podkomendnych.  2 września 2008 roku Witold Żdanowicz, przeżywszy 85 lat, umiera.

Zmagania z dziedzictwem

Pogrzeb, który odbywa się w kilka dni później na wrocławskim cmentarzu przy (nomen omen) ul. Smętnej, gromadzi tłumy. Wśród nich wiele znajomych twarzy. Są oczywiście dzieci, wnuki, ale także władze miejskie, przedstawiciele kół kombatanckich, żołnierze. Jest też pani Marysia, uczniowie 16. Gimnazjum razem z panią dyrektor. Niektórzy nie mogą darować sobie, że tego ostatniego wieczoru nie zajrzeli w gościnne progi, choć mogli i chcieli. Tymczasem gra orkiestra wojskowa, huk salw zdaje się rozrywać niebo.

Po ceremoniach przedstawiciel Urzędu Miejskiego obieca wypełnić wolę zmarłego – opublikować jego ostatnią książkę. Obieca również nie zapomnieć, a tym samym spełnić najważniejsze posłannictwo, które Profesor wpajał zabrzanom przez wszystkie lata wspólnego życia. Słowa te podchwycą zabrzańskie gazety i będziemy czytać o nich jeszcze przez dwa tygodnie.

***

15 czerwca 2009 roku Elżbieta, córka Profesora, napisała na stworzonej przez siebie stronie internetowej: „[Ojciec] Nam, dzieciom, zostawił w spadku swoją niewydaną książkę. W wydanie tej ostatniej książki zaangażowało się wielu przyjaciół z Zabrza. Niestety, sprawa przeciąga się i pomimo obietnicy pomocy ze strony UM Zabrze nie jesteśmy w stanie zrobić nawet małego kroku naprzód”. Dziś – 19 lutego 2012 roku – słowa te wciąż są aktualne. Wszyscy bohaterowie tej historii dawno przestali już szukać winnych. Ze strony miasta można się dowiedzieć, że duchowy testament Profesora jest dla nich ważny i niewypełnienie go ciąży im na sumieniu. Co więcej, słowa te brzmią zaskakująco prawdziwie. Wygląda na to, że grupa ludzi, która koncentrowała się wokół autora „Sagi…”, po jego śmierci straciła podstawową siłę napędową. Czy rzeczywiście Profesor nauczył zabrzan pamiętania o tym, co ważne, na piątkę z plusem? A może raczej sam tak dobrze opanował tę lekcję, że cała reszta już nie musiała?

Spotkania dotyczące publikacji „Sagi…” stale się odbywają. Powoli zapada decyzja o zmianie koncepcji Profesora, cięcia są konieczne, jeśli tekst ma kiedykolwiek zostać wydany. Szczególnie liczba zdjęć musi zostać zredukowana. Gimnazjum nr 16 wciąż prowadzi obchody rocznicy bitwy o Monte Cassino, równie uroczyste jak za życia pomysłodawcy. Pani Marysia ze swoimi uczniami nagrała film złożony z fragmentów książek Profesora. A na założonej przez panią Elżbietę stronie internetowej (która również służy promowaniu fragmentów nieopublikowanej książki) znajduje się także taka wypowiedź: (…) nagle poczułam nadzieję, że jednak przyjaciele na Śląsku dalej pamiętają o moim ojcu. Przypadkiem kupiłam komiks „Monte Cassino” wydany z okazji 65. rocznicy walk o Monte Cassino. A na pierwszej stronie dedykacja: „Pamięci profesora Witolda Żdanowicza i wszystkich, którzy Tam z nim byli…”.

Ani zmęczenie, ani przepracowanie, ani rozkojarzenie nie sprawią, że zawiedzie nas pamięć.




Tekst: Anna Leksy
Fotografie: Z archiwum prof. Witolda Żdanowicza
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone.

comments powered by Disqus