Tu jesteś
costam
na marginesie:

Ośrodek Medytacyjny Diamentowej Drogi w Katowicach

mieści się w Katowicach w dzielnicy Stara Ligota, przy ulicy Kredytowej 8. Został stworzony przez grupę przyjaciół zafascynowanych buddyzmem i chęcią jego praktykowania. O wyjątkowości ośrodka decyduje fakt, że pełni on także funkcję mieszkalną. Obecnie sukcesywnie zwiększa się liczba jego lokatorów. Strona ośrodka: www.katowice.buddyzm.pl

Na medytację w kapciach

„Nie jesteśmy komuną, klasztorem. To nie jest tybetański dom kultury”, „Jeśli ktoś szuka egzotyki, to nie tu”.

Okolica niezachęcająca do szukania szczęścia, wolności czy spokoju. Wysokie bloki, stare, ciemne kamienice, dziwne parkingi. Ciemno, wieczór jest akurat deszczowy. Przez bramę przemyka starsza para z psem. Oboje mają na twarzy wpisaną historię liczoną w butelkach. Ale chętnie pomogą, wskazując drogę. – Do tych buddystów? – pyta pani i prowadzi przed niski płotek z białą tablicą – pustą. Nieśmiałe spojrzenie na ogrodowe zabudowania i chodniczek. Drewniane drzwi – i dopiero wtedy można się zorientować, że to właśnie tu znajduje się Buddyjski Ośrodek Medytacyjny Diamentowej Drogi (jest to jedna ze ścieżek buddyjskich). Klatka schodowa w stanie remontu, lepiej się nie opierać o pobielone ściany, nie przechylać przez chwiejącą się poręcz. Wiele drzwi, niektóre jeszcze owinięte w folię. Jedne z nich, na drugim piętrze, prowadzą do ośrodka. Tuż za nimi wieszak wypełniony do ostatniego miejsca kurtkami, pod nim wiele par butów. Są takie odpowiednie na deszczowy wieczór, ale są też lekkie, domowe.

Ośrodek

Leszek: Umówiliśmy się z grupą przyjaciół, że złożymy się na dwie kamienice i że ośrodek też włoży swoją część. Ośrodek wykupił więc te pomieszczenia, a każdy, kto chciał, mógł sobie obok wykupić swoje prywatne mieszkanie. Zalet tego jest mnóstwo, bo możemy mieszkać razem, a jednocześnie jesteśmy niezależni. Obecnie mieszkają tu 22 osoby.

Maciek: Postanowiliśmy wykonać „tygrysi skok” i kupić te dwie kamienice. Od dwóch lat trwa nieustanny remont. Mamy już dobre oświetlenie, salę medytacyjną, ogrzewanie. Jest już naprawdę bardzo fajnie. Staramy się większość prac wykonywać sami. Chcieliśmy na przykład sami robić chodnik, ale zdecydowaliśmy, że powinien być jednak trochę bardziej wytrzymały, więc załatwiliśmy fachowców.

Leszek: Są ośrodki, w których w ogóle nikt nie mieszka. Są różne modele funkcjonowania tych ośrodków. To, czy ktoś w nim mieszka, czy nie, nie jest najważniejsze. Ośrodek buddyjski nie jest jakąś komuną, nie ma nic wspólnego z modelem wyjętym z lat 60., kiedy hippisi uskuteczniali swoje modele społeczne. W naszym ośrodku w ogóle nie ma takiego ornamentu czy klimatu wschodniego. Chodzi po prostu o to, że mamy miejsce, do którego każdy stara się coś włożyć.

W dużym salonie, na kanapach przy wspólnym stole, zebrała się spora grupa znajomych – zarówno ci, którzy tu mieszkają, jak i ci, którzy w deszczu przyszli czy przyjechali na medytację. Nawet nieznajomego witają bardzo czule, z otwartymi ramionami, uśmiechem, całusem w policzek. To właśnie jest sanga.

Sanga

Maciek: Sanga to grupa ludzi praktykujących. Jest takim dodatkowym okiem. Ludzie w sandze szczerze powiedzą ci, kiedy popełnisz błąd. To są ludzie, którzy mają ten sam cel, którzy mogą pomóc, czasem doradzić i masz do nich szacunek. Po to właśnie powstają ośrodki.

Tego wieczora przyjechał akurat gość z Pragi, będzie prowadził wykład o sześciu wyzwalających aktywnościach. Wykład skierowany przede wszystkim do tych, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z buddyzmem.

Jakimi rzeczy są?

Kuba: Prawnie jesteśmy związkiem wyznaniowym. Ale buddyzm można nazwać religią doświadczenia, bo samo słowo „religia” tutaj nie pasuje. Słowo „religia” pochodzi od „religare”, czyli 'powracać do raju'. A przecież w buddyzmie nie ma czegoś takiego. To jest coś z pogranicza filozofii, psychologii, ale wykracza poza nie, bo dotyczy doświadczenia... Sposób życia, chyba tak najprościej można to określić. Sama nazwa „buddyzm” została stworzona na potrzeby zachodnie. W Tybecie nie było czegoś takiego, funkcjonowała „Dharma”, co oznacza 'jakimi rzeczy są'.

Wykład jednak nie ma nic wspólnego ze sztywnym siedzeniem w uczelnianych ławach. Gompa, czyli pomieszczenie, w którym odbywają się medytacje, wypełnia się ludźmi. Każdy bierze prostokątną matę oraz poduszki wypełnione łuskami gryki. Wykład to bardziej zbiór zabawnych historii, które tak naprawdę uświadamiają, że niepotrzebnie dążymy do szczęścia, bo nie zdajemy sobie sprawy, że mamy je tu i teraz. Recepta na dobre życie.

Więcej luzu

Maciek: Fakt, że tu mieszkam, pozwala mi częściej medytować. Swoje plany urlopowe często dostosowuję tak, aby móc się spotkać z Lamą i z nim podróżować, ale też spotkać się z buddystami, których znam z innych miast. Wiem też, że jeśli znajdę się w innym mieście, to mogę odwiedzić ośrodek, pomedytować, ale też, jeśli nie znajdę noclegu, mam się gdzie zatrzymać. To są wymierne korzyści, ale przede wszystkim mam w sobie więcej luzu.

Wydawać by się mogło, że to po prostu grupa przyjaciół, która zechciała trochę po studencku, trochę już po dorosłemu ułożyć sobie życie. Wspólne mieszkanie może przypominać trochę akademik. Jednak to najważniejsze miejsce w kamienicy, czyli gompa, wiąże się z nieodłącznym już elementem ich życia – buddyzmem. Po pierwszej rozmowie na ten temat trudno jeszcze zrozumieć tak dokładnie, o co w tym chodzi. Ale oni i tak bardzo chętnie i cierpliwie starają się naprowadzić na właściwe tory.

Mała i Wielka Droga

Leszek: Buddyzm czasem porównuje się do apteki – tak jak różne leki można zastosować na różne choroby, tak tu każdy człowiek ma swój zestaw przeszkadzających emocji, nad którymi pracuje. Jedni są bardziej gniewni, inni pożądliwi, a jeszcze inni zazdrośni. Nauki buddyjskie mają swoją systematykę, gradację. Pierwszy poziom to nauki Małej Drogi – tam najważniejsze są nauki o przyczynie i skutku, o tym, że jeśli kierujemy do świata jakieś pozytywne działania, to w naturalny sposób te działania do nas wracają. To jest właśnie dość powszechnie znane na Zachodzie prawo karmy; niestety rzadko jest dobrze rozumiane, bo to nie jest „los”, tylko „działanie”. Nauki Małej Szkoły Budda kierował do tych, którzy przychodzili do niego i chcieli dowiedzieć się, jak uniknąć własnych problemów.

Na drugim szczeblu mamy nauki skierowane do altruistów, którzy nie tylko chcą własnego szczęścia, ale także szczęścia innych istot. I to są nauki tzw. Wielkiej Drogi, w których Budda uczy o współczuciu, które pojawia się, kiedy zrozumiemy, że nie jesteśmy oddzieleni od innych istot. Ludzie są naszymi przyjaciółmi, więc staramy się działać dla ich pożytku.

Na kolejnym, trzecim poziomie mamy nauki Buddy, które kierował do ludzi obdarzonych psychologicznym nadmiarem i którzy naturalnie czuli, że umysł jest doskonały i przypomina przestrzeń. Szczęście jest naturalnym stanem umysłu i nie trzeba się nigdzie udawać, aby je zdobyć. Trzeba „jedynie” poradzić sobie z błędnie przeżywanymi emocjami oraz zbytnią pewnością, że wiemy, jak działa świat.

Podczas kolejnego spotkania w salonie panuje gwar rozmów, o wszystkim: o remoncie, przeprowadzkach, porządkach, pracy, podróżach. Ale jedna podróż elektryzuje ich najbardziej. W najbliższy weekend wybierają się do Sopotu na spotkanie z Lamą Ole Nydahlem. Lama przyjeżdża do Polski mniej więcej trzy razy w roku. Tym razem na Wybrzeże do Hali Stulecia wybierają się wszyscy praktykujący, nie tylko z Polski. To wielkie wydarzenie.

Lama Ole

Leszek: Do tego, aby to wszystko wpleść w życie, potrzebny jest przykład, z którym można się zidentyfikować. Lama pokazuje nam, gdzie będziemy się znajdowali po latach praktyki. Chodzi oczywiście o rozwój cech oświeconego umysłu: nieustraszoności, radości i współczucia. Lama Ole jest Europejczykiem, Duńczykiem, rozumie naszą kulturę i mówi zrozumiałym językiem.

W 1969 roku, podczas podróży poślubnej do Nepalu, Ole Nydahl i jego żona Hannah spotkali Karmapę, który jest jakby dzierżawcą żywego doświadczenia oświecenia od czasów Buddy aż do dzisiaj. Na prośbę Karmapy, po latach buddyjskiego treningu, rozpoczęli upowszechnianie buddyzmu na Zachodzie.

Maciek: Spotykamy się z ludźmi z innych ośrodków. Spędzamy razem na przykład Sylwestra. W tym roku jedziemy do Hamburga, gdzie będzie Lama. Zbierze się nas pewnie parę tysięcy. Trzy lata temu był taki Sylwester w Warszawie. Nie jest to bardzo odmienna impreza – najpierw jest kurs, medytacja, a później po prostu świetna zabawa.

Trochę historii

Leszek: Ośrodek w Katowicach istnieje już prawie 30 lat. Pierwsza grupa spotykała się od 1982 roku, początkowo w prywatnych mieszkaniach. Potem przez jakiś czas grupa spotykała się w mieszkaniu u Andrzeja Urbanowicza (zmarłego niedawno artysty: malarza i grafika) przy ulicy Piastowskiej. Przez jakiś czas dzielili miejsce z grupą zen (inna ścieżka buddyjska). W 1987 roku po raz pierwszy przyjechał do Katowic Lama Ole Nydahl. W 1996 powstał samodzielny ośrodek Diamentowej Drogi szkoły Karma Kagyu. Ośrodek, w którym jesteśmy, jest jednym z około 620 takich miejsc rozsianych po całym demokratycznym świecie.

Decyzję o tym, aby zbudować nowy ośrodek, podjęliśmy w 2008 roku. Poprzedni znajdował się na Wełnowcu, przy ulicy Rysia, ale niestety otoczenie było tam bardzo nieprzyjemne. To był feralny narożnik, w którym gromadził się cały „element społeczny” z miasta. I nie byli to ludzie nieprzyjemni tylko dla nas, skoro chodzili po ulicy bez koszul i z nożami… Zdecydowaliśmy więc, że trzeba szukać nowego miejsca, a był to moment, w którym wielu z nas planowało zmiany życiowe. Było akurat wielu ludzi, którzy szukali nowego mieszkania. Naraz komuś zaświeciła się lampka: kupmy coś razem!

W 2008 roku, w grudniu, Lama Ole gościł w Katowicach z wykładem i właśnie wtedy przyjechaliśmy tutaj nocą, żeby tylko zobaczyć ten budynek. – Jasne, wygląda super, kupujcie! – powiedział Ole i żartobliwie dodał: – śląska architektura ma niepowtarzalny styl. – Przede wszystkim jednak powiedział: – nie ma większego szczęścia, niż to, które powstaje, kiedy ludzie chcą być razem i sobie pomagać.

Ole jest naszym lamą i kiedy robimy jakieś większe zmiany w funkcjonowaniu ośrodka, chcemy, żeby on o tym wiedział.

Jeśli ktoś jednak spodziewa się najazdu na Trójmiasto tłumu w długich pomarańczowo-czerwonych szatach, w sandałach i z ogolonymi głowami, albo jeśli wydaje mu się, że głównymi ulicami miasta przejdzie kolorowy pochód z kadzidełkami, bardzo się rozczaruje.

Egzotyka

Maciek: Teraz w Europie jest coraz mniej buddystów noszących mnisie szaty. Inaczej niż jeszcze kilkanaście lat temu. Nasz Lama uczy buddyzmu świeckiego, który bardziej pasuje do naszego życia. To nie jest tak, że palimy kadzidełka i powtarzamy tylko „Ommmm”. Żyjemy normalnym trybem. Czasem, gdy są dni otwarte,  zdarza się, że ktoś z rozczarowaniem mówi: „a ja myślałem, że tu będą kadzidełka itd.”. Ale nas nie interesuje ta otoczka, która być może jest związana ze wschodnim światem. Nawet medytacje są w większości w naszym narodowym języku.

Leszek: My importowaliśmy buddyzm do świata zachodniego, ale nie interesuje nas kulturowa otoczka, nie nosimy specjalnych ciuchów, w związku z czym efekt tego jest taki, że normalnie funkcjonujemy w społeczeństwie – chodzimy do pracy, płacimy swoje rachunki itd. Używamy metod buddyjskich, ale nie staramy się zmienić stylu życia tak, żeby był jakiś tybetański, orientalny – to nas nie interesuje.

Kuba: Jeśli kogoś interesuje egzotyka, to jej tu nie znajdzie. Można zresztą samemu przyjść i sprawdzić, czy unosimy się nad poduszką, czy na przykład w piątek przyjeżdża mnóstwo przyjaciół i jest impreza.

Leszek: Nasze ośrodki to miejsca, do których każdy może przyjść praktykować buddyzm Diamentowej Drogi, która jest jedną ze ścieżek buddyjskich. Chcemy zachować ginące nauki o umyśle, ale nie tworzyć „tybetańskiego domu kultury”, nie o to chodzi.

Moja przygoda

Maciek: Moja przygoda z buddyzmem zaczęła się przez znajomych. W miejscu, w którym pracowałem, miałem trzech znajomych, którzy byli buddystami. I tak przez dwa lata słuchałem o tym, przyglądałem się, jak się zachowują – odpowiadał mi ten sposób bycia. Wydawali mi się pod wieloma względami inni: myślący bardziej racjonalnie, mniej nerwowi, niezafiksowani na pędzenie za zdobywaniem pieniędzy. Zabrali mnie kiedyś na wykład. Po dłuższym czasie sam zdecydowałem, że pojadę do Kuchar, ośrodka pod Płockiem, żeby spotkać się z Lamą. Od moich pierwszych kontaktów z buddyzmem minęło siedem lat, aż w końcu zacząłem przychodzić coraz częściej i częściej. A teraz tu mieszkam.

Kuba: Grałem kiedyś w hardcorowych kapelach. Moi koledzy z zespołu ze Stanów byli buddystami. Przyszedłem kiedyś sprawdzić, jak to wygląda, czym to jest. Bo wiedza, którą miałem o buddyzmie, była bardzo okrojona i – jak się okazało – niezbyt zgodna z prawdą. Przyszedłem i dostałem chyba najlepszą rzecz w życiu – nauki o umyśle, które dają wiele wolności.

Maciek: Wychowałem się w religii katolickiej, ale nie byłem do końca przekonany do tego, co się tam odbywa. W związku z tym mogę powiedzieć, że przez długi czas byłem ateistą. I nagle poznałem te nauki i okazało się, że część z tych rzeczy już we mnie była.

Spotykają się nie tylko w swoim ośrodku, odwiedzają się wzajemnie między ośrodkami. Organizują także rokrocznie festiwal. W tym roku szczególny, bowiem wiążący się z obchodami 35-lecia Buddyzmu Diamentowej Drogi w Polsce. Festiwal to wykłady, filmy, wystawy, medytacje, a także warsztaty plastyczne dla najmłodszych, czytanie bajek tybetańskich – wszystko po to, aby naprowadzić na odpowiednie tory myślenie o buddyzmie, wykrzywione w pewien sposób popkulturą. A także błędnym rozumieniem słów „karma”, „medytacja”, „Lama”.

Otwarci na nowych

Maciek: Nie misjonujemy. Staramy się swoim postępowaniem gdzieś tę Dharmę (naukę Buddy) pokazywać, ale nie staramy się, by ktoś na siłę do nas przyszedł. Jeśli ktoś faktycznie czuje jakiś związek z tymi praktykami, odpowiada mu kultura buddyjska, to przychodzi na jeden, drugi wykład, poznaje naszego Lamę. Organizujemy oczywiście różne wykłady, od pięciu lat odbywa się festiwal, dzięki któremu ludzie mogą poznać buddyzm na „neutralnym gruncie”. Jeśli urządzamy takie wykłady w ośrodku, to mamy zazwyczaj pełną gompę. Zapraszamy różnych podróżujących nauczycieli, którzy mają więcej doświadczenia w medytacji, więc można ich zapytać, dowiedzieć się czegoś.

Kuba: Bardziej zależy nam na jakości, a nie na ilości. Ale też nie można powiedzieć, że robimy to tylko dla siebie. Ośrodek przynosi dwojaką korzyść: służy nam oraz jest ofertą dla społeczności Katowic. Budowanie ośrodka na poziomie buddyjskim jest czymś, co przynosi pożytek na długi czas, bo ludzie tu mogą przyjść, poznać to wszystko i kontynuować buddyzm. Każdy może tu przyjść i dowiedzieć się, jak być wolnym i szczęśliwym.

Leszek: Nasza szkoła nigdy nie była ruchem masowym. Od początku funkcjonowała na zasadzie związku nauczyciela i ucznia, który następnie spotykał swojego ucznia, i tak dalej. Oni medytowali w lasach, jaskiniach. Dziś też nie jest to ruch masowy, choć nasza szkoła jest najliczniejsza ze wszystkich szkół buddyjskich w Polsce. Jest nas około 2 tysięcy. W całej Polsce mamy 74 ośrodki, w naszej okolicy można poza Katowicami wyliczyć: Bytom, Gliwice, Sosnowiec, Tychy, Rybnik, Racibórz. Praktycznie w każdym średniej wielkości mieście jest prowadzony nasz ośrodek.

– To co? Idziemy medytować? – powiedział ktoś w pewnym momencie. Brzmiało to jak zwykłe zaproszenie do pójścia do kina, spotkania przy kawie. Gompa znów się wypełniła. I nagle ten rozbawiony, rozgadany, roześmiany tłum wyciszył się w skupieniu. Każdy zamknął oczy i wsłuchiwał się w słowa medytacji. O świetle płynącym z ciała Karmapy, o rzeczach przeszkadzających w otwarciu umysłu, mądrości, współczuciu. Potem śpiewali mantrę. To był czas, w którym można zupełnie zapomnieć, że znajdujemy się na Śląsku, że za oknem jesienna plucha. Można się zatrzymać, zobaczyć coś więcej.

Białe

Kuba: Buddyzm nie jest jedynie uspokojeniem umysłu. Po to możesz jechać do sanatorium. To nie jest spokój w stylu: „Yes! Wszyscy się odczepili”. My chcemy właśnie wszystko przeżyć, wszystkiego doświadczyć. Spokój to nuda. Medytacja to spoczywanie w umyśle, a nie „wychillowanie” się.

Maciek: To nie jest tak, że ty siedzisz i myślisz, czy biały jest biały, a może nie do końca jest biały. Nie! Chodzi po prostu o to, by żyło się przyjemniej, łatwiej.



Tekst: Magda Deptała
Ilustriacje: Chcesz zilustrować ten tekst? Napisz na wspolpraca@mmc.org.pl
Licencja: wszelkie prawa zastrzezone.

comments powered by Disqus