Tu jesteś
costam
na marginesie:

Forsztatowcy

mieszkańcy słynnego śląskiego osiedla Załęskie Przedmieście (zwanego Forsztatem). Bezpośredni, uczciwi, bardzo przywiązani do swojej małej ojczyzny. Spotykają się nad Rawą (rzeka Katowic), na ławkach, do późna gadają pod oknami. Stanowią jedną, wielką rodzinę, z której są dumni.

Forsztat. Rawa Blues

Beton lać! Na Lipnechta zebrali się inżynier Mrozowski [nazwisko zmienione – red.] i robotnicy. Przykryć hektolitry łez, krwi i potu asfaltem. Zagruntować! Danka patrzy ze zdumieniem, jak warszawiak w modnym garniturze wydaje werdykt na katowickie przedmieście – powieka mu nie drgnie. W tym sporze nie ma sędziego, w tym spektaklu nie ma widowni, są tylko świadkowie.

Tak właśnie jest: siarczysty poranek, w kuchni na byfyju stygną żur i kartofle. Danka trzyma kopertę.

– Nie otworzy pani? – pyta kurier.

Od miesięcy rozdaje mieszkańcom okolicy te same przesyłki, ta jest ostatnia. Ale Danka wygląda, jakby ugryzła cukierka z robakiem.

– To przydział na mieszkanie – odpowiada cicho. Głos jak gwóźdź staje w gardle.

Listonosz przypatruje się z niepokojem: może jest w szoku z tego szczęścia albo szalona.

Fot. Marek Grajcar

Inny świat

Wyrok: skrzyżowanie Dąbrówki i Opolskiej – ROZBIÓRKA! Bezapelacyjnie.

Postępujący rozwój infrastruktury miasta rozpościerał pesymistyczne prognozy od dawien dawna, ale nikt nie spodziewał się, że pruskie bloki znikną z Forsztatu naprawdę, tak jak nie dopuszcza się czarnych myśli futurologów i proroków zapewniających o rychłym zmierzchu świata. Bo to „koniec świata” mógłby być jedynie równoległym określeniem, jakie nasuwało się autochtonom dzielnicy „Przedmieście”. Przez lata w samym centrum metropolii wytworzyło się coś na miarę odrębnego miasteczka, śląskiego Twin Peaks. Forsztat na zawsze wpisał się w dzielnicę, w indywiduum zamieszkane przez hanysów, cyganerię i emigrantów. Miks kulturowy ściśnięty w barakach. Nikt nie myślał o tym, żeby stąd uciec, bo i dokąd, bo i po co? Od zadawania pytań można co najwyżej zostać Sokratesem albo może rozboleć głowa.

Danka patrzy na mieszkanie, mieszkanie patrzy na Gliwicką. Em dwa z figurką Buddy potłuczoną od ciągłych tąpnięć. Przyzwyczaiła się. Korozje na ścianie zakryła tapetą, powiesiła obrazek. Urządziła według własnej koncepcji, w sypialni postawiła ściankę działową odgradzającą  łazienkę, domontowała bojler. Jest jeszcze toaleta na półpiętrze z amarantowymi dywanikami i wodociek z brzuchatym żeliwnym zlewem. Jakiemu czortowi przeszkadzało, że latem jej czarny jak smoła pukiel włosów sterczał w oknie na półpiętrze? Jej łeb. – Mój łeb – powtarza. – Gdzie ja teraz go wystawię?

– Cześć Danka.
– Dzień dobry, pani Danuto – kłaniają się przechodnie. Niektórzy czekają na dole, aż Danka zejdzie z parzoną kawą i słonecznikiem.
– Zdróweczko?
– Zdróweczko! – i wyciąga małpkę.

Pójdzie jeszcze na pobliski bazarek tuż za supersamem, tuż za wielkim lumpeksem z dwoma piętrami. Kupi dziś więcej. Zna tu każde stanowisko, wie, gdzie sprzedają ruskie Marlboro, a gdzie leki z kończącą się ważnością. Zna każdą Kazię, Basię i Bożenkę, ale też Ryśka, pana Tadka i Marcina, co to jej przywozi węgiel.

Fot. Marek Grajcar

Życie w rytmie bluesa

Idzie z Punią nad Rawę. To tu – wskazuje palcem na odlewnię ścieków – spędziła swoje życie. Kiedyś odlewnia ścieków nie była odlewnią ścieków, pływały tu ryby i ludzie kąpali się latem. Tyle się działo. Gdzie „to” podziewa się teraz? Istnieje chyba jakaś czasoprzestrzeń, gdzie odkształcają się wspomnienia jak odlewy w gipsie. Ona jest gipsem. Ma kształt siedzenia na trawie w upalne popołudnie i smaku oranżady, ale – jak to się mówi – jest po fakcie, czyli trudno, będzie trzeba iść dalej. Tylko dokąd, kiedy najlepsze już się wydarzyło?

Rok 1976

Danka stoi przy drzwiach. Ma na sobie groszkową sukienkę z kołnierzykiem i lakierki. – Co tu takie larmo? – pyta mama. – Uważej na kiecka, drugiej nie bydzie – peroruje.

Biją dzwony. Zaraz idą na mszę. Mają jeszcze chwilę, Danka pójdzie w kierunku trzepaka. Machnie na szybko fikołek, jeden, drugi trzeci. Zakręci jej się w głowie. Dół spódnicy przykryje jej głowę, ale nawet spod materiału dostrzeże Romka, siedmiolatka, przez którego nabawiła się palpitacji. Teraz mu pokaże, jak wykonuje fikołki, obrót i jeszcze jeden. Bum! Zgrzyt! Brzdęk! Przed oczami leży mleczne uzębienie.

Pogotowie, szwy i Romek z czekoladkami, które w końcu sam konsumuje. W zamian przynosi karalucha w pudełku po zapałkach. Szybko jednak ucieka, jak to karaluch, kiedy się go wystawi na światło dzienne. Karaluch, nie Romek. Romek zostaje. Najpierw jej mężem, a potem do dzisiaj.

Forsztat i cyganie to jak miasto i problemy z parkowaniem – nierozłączny tandem. Pieniądze, złoto, drogie samochody dopełnione enigmatycznym językiem. Dziołchy wzdychające do „scyganoconych” Latynosów i Greków rodem z zagranicznych pism. Wyobrażają sobie, że przybywają z ciepłych krajów i każdy z nich przyjechał porwać je do komnaty wykładanej złotem, gdzie przez cały dzień można leżeć i pachnieć, a porządki robią się same jak w „Vougue”. Ale marzenia o „Vougue” zastępuje wołga, czarna. Zapachniało niepewnością i lękiem, bano się wychodzić z domu.

Na szczęście ojciec kupuje telewizor i teraz ogląda „Cobrę”, a w niedzielę „Teleranek”, a jeżeli nic nie leci – a nie leci nic bardzo często – znowu czeka na „Cobrę”. Dostaje też kasetę Modern Talking. Odsłuchuje i spisuje angielskie teksty na kartce. „Brader lułi, lułi,lułi, oł szisolli luuking mi” – nie za bardzo wie, co to znaczy, ale zna na pamięć.  Podkrada bratu longplaya Beatelsów i sprzedaje w opłacalnej cenie. Kupuje rajstopy, idzie sobie ufarbować włosy à la Debbie Harry, w domu wybucha larmo, wieczorem notuje w pamiętniku: Rysiek wygląda zabawnie, kiedy się złości, penetrując mieszkanie w poszukiwaniu kawałka plastiku.

Fot. Marek Grajcar

Praca w hucie Baildon

Pracuje w Baildonie albo rozlewni mleka, jak wszyscy. Ma szesnaście lat, kiedy ojciec wysyła ją do roboty. W domu się nie przelewa, a ona jest najstarsza. W kaloszach i rajstopach malowanych na skórze kredką do brwi wykonuje robotę dla solidnego chłopa. Pali sobie nogi, ale nigdy nie narzeka, bo tego akurat nie lubi. Nosi się z optymizmem jak sztandar, jest nieświadomą prekursorką pozytywnego myślenia lat 80. 

Życie jako niekończąca się podróż prowadząca do domu

Danka wychodzi przed blok, siada w ogródku niewidocznym z ulicy. Ciepło, można grzać się na słońcu, rozprostować nogi. Rozgląda się po odpadających draperiach, zdewastowanych pustostanach. Wraz z przesiedlaniem mieszkańców zaczęło uchodzić stąd życie. Teraz balon napompowany ludzkimi westchnieniami leży bezwładnie jak flak. Czy opłaca jej się cierpieć? Wracać w nostalgicznym odruchu do miejsca wyłożonego marzeniami? Marzeniami o lepszym, którego doczekała się po jesieni życia. Los zawsze płata figle. Jest już bardzo dorosła, nie ma nawet przed kim buntować się i przed czym. Koleją rzeczy jest przemijanie. Bloki na Grunwaldzkiej narodziły się pod koniec XIX wieku, nie ona je zbudowała, nie należą do niej. Mogła patrzeć, jak rozkwitają w pewnym okresie i jak odchodzą do lamusa. A teraz znikną całkowicie. Będą przejeżdżać po nich tabuny samochodów, nikt nie pomyśli nawet, że tu nad rzeką Rawą było takie miejsce...

„Zalenzer Vorstadt otaczała legenda najstarszych familoków w mieście. Stały się skansenem i żywą pamiątką przeszłości”.

*Fragment  pochodzi z artykułu Henryka Szczepańskiego „Koniec Załęskiego Przedmieścia”.




Tekst: Ana Miler
Fotografie: Marek Grajcar
Licencja: Tekst - Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska (CC BY-NC-ND 3.0) / Opis: "Tekst autorstwa Any Miler, stworzony dla projektu Mapa Mijesc Ciekawych www.mmc.org.pl" / Fotografie - Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska (CC BY-NC-ND 3.0) / Opis: "Fotografia autorstwa Marka Grajcara, stworzona dla projektu Mapa Miejsc Ciekawych www.mmc.org.pl"

comments powered by Disqus