Tu jesteś
costam
na marginesie:

Bar pod 4-ka

Katowicki bar przy ulicy Kochanowskiego 4. W wakacje otwarty od poniedziałku do piątku w godzinach 9-19, w soboty 9-14.

Bar pod 4. Miłość z termostatem

Schodzimy po niewielkich stopniach. – Dzień dobry – wita niezmiennie od siedemnastu lat jowialna pani Krystyna, wnętrze zaś od trzydziestu jeden – jak w 81 roku: te same obłożone drewnem ściany, przykręcone do blatów serwetniki, ceramiczne dekoracje. Zamawiamy zapiekanki, jak wszyscy, którzy od lat przychodzą tu w jednym celu...

– Są  po prostu niesamowite – dwie klientki rozmawiają przy barze. Za każdym razem można tu spotkać kogoś rozprawiającego akurat o specjale kuchni – i nie są to osoby wynajęte.

Zamawiamy firmową z pieczarkami i jajkiem. Już po chwili dwie parujące bułki lądują na blacie.

– Przychodziłam tu, kiedy byłam dzieckiem – mówi Grażyna, która postawiła sobie za cel sprawdzić, czy to miejsce nadal istnieje. – Istnieje – mówi z zachwytem, biorąc do ręki zapiekankę jak Tomasz niedowiarek. – O, zobacz! To ja! Unosi się z entuzjazmem, pokazując wyryte w drewnie inicjały. – Podaj mi serwetnik – prosi.

Uprzejmie próbuję go podnieść ze stołu, ale ani drgnie. Wytrzeszczam oczy ze zdziwienia i dziękuję w duchu, że to nie ukryta kamera, bo wyraz mojej twarzy nadawałaby się na dorodnego sieciowego mema. Grażyna się śmieje: – Chciałam tylko sprawdzić, czy nadal są przykręcone.

Legendarny bar „Pod 4-ką” znajduje się na ulicy Kochanowskiego. Nie rzuca się w oczy, nie wyróżnia niczym szczególnym. Ot taki sobie lokal, jakich wiele w każdej miejskiej przestrzeni. W środku trąca PRL-em, ale nie natrętnie. Oprócz tych kilku detali, jak przykręcony serwetnik czy okienko na zwrot naczyń, można raczej ulec wrażeniu, że znalazło się w górskim skansenie. Panuje przyjemny chłód i półmrok. W pierwszej sali tłoczą się ludzie. Jedni czekają na zamówienie, drudzy w pośpiechu pałaszują zapiekanki. W sali stolikowej, która została otwarta dopiero po dziesięciu latach od oficjalnego otwarcia baru, kilku stałych klientów patrzy leniwie w telewizor. Zwykłe czerwcowe popołudnie.

Miejsce nie robi na mnie wrażenia, bo nie mam pojęcia o jego historii, ale Grażynie zbiera się na łzy. Pytam, czy do jej zapiekanki dodali tabasco, ale natychmiast mierzy mnie wrogim spojrzeniem.

W 1981 roku była to pierwsza zapiekankarnia na Śląsku. W czasach PRL-u nikt nie miał pojęcia o istnieniu fast foodów. Pojawiały się wprawdzie pierwsze hot dogi, ale daleko im było do amerykańskiego kulinarnego snu, a bliżej do szkolnej kanapki i niedzielnego obiadu. Ładowano do nich ogórki, a nawet czerwoną kapustę, ale niewielki był z tego pożytek. Po ugryzieniu całe bogate wnętrze lądowało na spodniach, butach albo na chodniku, w zależności od tego, czy ktoś siedział, czy stał. Czasem też była to zwykła bułka z dziurką, a w niej parówka i mazidło sporządzone z rozgniecionej cebuli i śladowej ilości pieczarek. O zapiekankach nie było mowy. Nic dziwnego, że drzwi baru „Pod 4-ką” się nie zamykały. Można było pozazdrościć takiego biznesu, w czasach korzystnej koniunktury miejsca takie jak te cieszyły się niesłabnącym zainteresowaniem i zarabiały na siebie.

Grażyna ten lokal odkryła w wieku piętnastu lat. Mieszkała na Gliwickiej, gdzie sława baru „Pod 4-ką” nie docierała. Może z dumą przyznać, że w swoich rewirach rozsławiła zapiekanki, wzbudzając ciekawość tajemniczo zapakowanym nabytkiem. Potrafiła maszerować przez całe centrum, by przynieść do domu jedną zapiekankę. Musiała się przy tym bardzo pilnować, żeby nie wrócić z pustymi rękami – takie były pyszne, że człowieka kusiło, by zjeść je po drodze.

– Jaki jest przepis na te zapiekanki? – pytam panią Krystynę.
– Tajemnica – odpowiada zdecydowanie.

Nie poddaję się.

– A w domu da się takie zrobić?
– Nie.
– Dlaczego?
– Próbowałam raz, ale nic z tego, a przecież robię je tutaj od siedemnastu lat.

Podejrzewa, że to kwestia piecyka. Tak, na pewno piecyka, zakupiła jakąś podróbkę, nie za drogą, na targu. W barze używają profesjonalnych pieców z termostatem sprowadzanych z Anglii. Taki piec to wielki skarb, ale też i ogromny problem, kiedy się w nim coś popsuje. Coraz mniej można znaleźć takich w sklepach. Porządny i firmowy, dlatego często jest naprawiany albo wymienia się jego poszczególne elementy. Piec, w którym zapiekanki nabierają smaku, włącza się rano, a wyłącza dopiero wieczorem, przy zamknięciu.

Kwestia pieca czy kwestia miejsca? Nie wiadomo. Jedno jest pewne: tak jak oscypki i grzaniec najlepiej smakują w górskiej chacie, tak samo jest z „firmówkami”. Można próbować, eksperymentować na własną rękę, a wyjdzie zwykła buła z pieczarkami.

Pani Krystyna kroi ogórki, pomidory, obiera jajka w kuchni zawsze z samego rana, żeby wszystko było już gotowe, kiedy przyjdą klienci. Dzięki temu w ciągu pięciu minut można sprzedać nawet ze trzy zapiekanki. To szybciej niż w McDonald’s. A przy tym zdrowe i bez konserwantów.

Pytamy, kim są ludzie, którzy tu przychodzą. Grażyna mówi, że to muszą być stali klienci, ale przecież to wcale nie takie oczywiste. Do baru właśnie podeszły dwie młode dziewczyny, jedna kobieta niewyglądająca na więcej niż trzydzieści lat. Wszyscy muszą znać to miejsce, skądś wiedzieć o nim. Inaczej nie zamawialiby od razu firmowych zapiekanek, które wcale nie są jedyną pozycją w menu.

– Głównie to stali klienci – stwierdza Alina Gamza, właścicielka.

Przychodzą tu od lat. Mieszkają nieopodal albo wpadają przy najbliższej okazji. Druga część klientów to potomkowie stałych bywalców. Rodzice albo pokazali im to miejsce, albo o nim opowiedzieli. Teraz sami przyprowadzają tu swoich znajomych.

– Mama pokazała mi to miejsce – wyjaśnia Agnieszka, licealistka z Katowic, rozwiązując tajemnicę swojego przyjścia.

Wiele par tutaj się poznało, w latach 90. przychodziło na randki. Świadczą o tym nie tylko liczne podpisy na ścianie, ale przede wszystkim opowieści, którymi chętnie się dzielą.

– Tutaj poznałem moją Bożenkę – opowiada pan Jerzy, popijając małe piwo.

Dokładnie w 84. Mieli po dwadzieścia lat i pracowali w pobliskiej firmie, na dodatek w tej samej, ale do spotkania musiało dojść dopiero na Kochanowskiego 4. Dzisiaj wysyła tu syna i córki i wszystkim znajomym poleca to miejsce. – Nie dlatego, że poznałem tu małżonkę, ale dlatego że mają świetne jedzenie – śmieje się pan Jerzy.

Grażyna też pamięta, że przychodziła tu ze swoim mężem – wówczas narzeczonym – na randki, ale dopiero po otwarciu drugiej sali. Wcześniej nie było warunków, możliwości, żeby posiedzieć. Zbyt mała przestrzeń, wszyscy brali zamówienie i znikali.

Są też i tacy, którzy przychodzą specjalnie do barmanki. Pani Krystyna od siedemnastu lat wzbudza niesłabnącą sympatię, nawet największego ponuraka rozbroi życzliwym uśmiechem albo powie mu, żeby się rozchmurzył, bo życie jest piękne i nie ma czasu na bolączki.

Wielu zastanawia, jak na przestrzeni czasu „uchowało” się miejsce z pozoru skazane na klęskę w starciu z modnymi sieciówkami. Jednak mając do dyspozycji tylko firmowe zapiekanki, broniło się zaciekle, co nie znaczy, że bez uszczerbku.

– Z dnia na dzień jest coraz mniej klientów – tłumaczy właścicielka.

Kiedyś lokal był czynny do późnych godzin nocnych, teraz już w sobotę o 14 jest zamknięty. Zwyczajny odzew na brak zapotrzebowania.

Co się stanie z „czwórką” za parę lat? – Przetrwała trzydzieści lat, przetrwa i kolejne tyle –  mówią klienci. I trudno się nie zgodzić, widząc tak wielką sympatię i upodobanie do niej. Nikt by się tu nie odważył wszczynać burd czy reagować agresywnie. Pod nazwą „bar” kryje się kultura i szeroko rozumiany szacunek dla właścicieli, pracowników i historii tego miejsca.

Jednego możemy być pewni. Receptura tych zapiekanek nigdy nie ulegnie zmianie. Tak jak teraz pozostaje wierna tradycji od długich lat, tak można być pewnym, że ten niezwykły specjał zostanie kiedyś wciągnięty na listę kulinarnych regionalizmów.

Po naszym zamówieniu zostały okruszki. Trzeba się zbierać. Nie zostaniemy już na kawie, czas nas goni. Dobry marketing opiera się na zasadzie bumerangu, zadowolony klient wraca, szczególnie nowy. Jestem neofitką i amatorką tego miejsca – przyglądam się z nostalgią pustej tacce – nic tu dziś po nas. Grażyna nadal rozgląda się po wnętrzu jak Alicja, która właśnie przeszła na drugą stronę lustra.

– Chodź, Grażynka, wkrótce tu wrócimy – mówię do mojej znajomej, a zarazem przewodniczki.

Kierujemy się w stronę wyjścia i nagle, w tym samym momencie zerkamy wymownie na siebie.

– Ach, co nam szkodzi... Dwie firmowe na wynos poproszę.

 

Tekst: Ana Miler
Fotografie: Chcesz zilustrować ten tekst? Napisz na wspolpraca@mmc.org.pl
Licencja: http://creativecommons.org/licenses/by-nc-nd/3.0/us/ opisany "Tekst autorstwa Any Miler stworzony dla projektu Mapa Miejsc Ciekawych www.mmc.org.pl".

comments powered by Disqus