Tu jesteś
costam
na marginesie:

Kamienica przy ulicy Dworcowej 13

znajduje się na rogu ulic Dworcowej i św. Jana w Katowicach. Dawny dom mieszkalny inżyniera J. Squedera. W 1937 roku była już gotowa w stanie surowym. Pierwsze dwie kondygnacje zajmowała „Cafe Scala”. W latach 1949-1972 stanowiła siedzibę katowickiego BWA. W 1995 roku powstała tam kawiarnia artystyczna „Szmyrowata”. Katowicka kamienica z artystyczną duszą.

Dworcowa 13. Pieśń kamienicy

Wspierałam walczących do końca. To była dobra walka. Przegrali akcję ratunkową pubu, który w piątkowe wieczory zamieniał się w przystań dla fanów dobrej karmy. Miejsca, w którym nie gasły ani lampki choinkowe, ani uśmiechy. Goście nie siądą już na wysokich stołkach barowych przy oknach, przez które zimą, w żółtym świetle latarni, oglądali padający śnieg, otulający miasto i ludzi zmierzających w sobie tylko znanym celu. Przechodząc obok starego dworca, w dzielnicy, w której nie patrzysz mijanym ludziom w oczy, przyspieszali kroku. Pośród bibelotów wyglądających jak pozyskane z Armii Zbawienia słuchałam gwaru rozmów, wybuchów śmiechu, przesiąkałam dymem papierosowym i atmosferą dogasającej dekadencji.

Teraz jest listopad. Za oknami nie ma śniegu, nie ma deszczu.

 

ilustracja Rafał Polak

 

Spłyną przeze mnie dni na przestrzał

 

Za oknami podróżni w pośpiechu zmierzają ku dworcowi. Kroki brzmią jak krople deszczu, wystukują rytm na szerokim trakcie. Kasztany i lipy rzucają cień na lśniący bruk. W tle słychać turkot. Narasta zgrzyt kół tramwaju wolno zjeżdżającego z ulicy Kościuszki w stronę Rynku. Rosnące miasto wymagało rozbudowy dworca. Teraz to wielopiętrowy budynek gmachów towarzyszących i brył hal dworcowych, tętniących życiem. Podjeżdżają rowerami, dorożkami, które zatrzymują się przy wysepkach znajdujących się na całej ulicy. W łukowo sklepionym wejściu wymijają się z nowo przybyłymi. Wychodzą podróżni w mundurach, o kulach. Bez nóg, wojenne kaleki. Powracają do domów zdemobilizowani żołnierze, wysiedleńcy, jeńcy. Długoletni emigranci. Powracają witani przez najbliższych. Mundurowi koczują pod budynkiem. Snują się po ulicy, czekając na rozkazy i wytyczne. Zegar nad wejściem odmierza kolejne upływające dni i lata. Odmierza łzy pożegnania i pojednania.

Nieczytelny podpis architekta pod odciskiem pieczęci z napisem „Spółka Inżynieryjsko-Budowlana z o.o.” na projekcie zapoczątkował moje narodziny, zapoczątkował historię kamienicy przy ulicy Dworcowej 13, vis-à-vis zachodniej hali dworca. W marcu 1932 Policja Budowlana zezwoliła na postawienie domu inżyniera Jana Squedera. Narodziny były trudne. Zapowiadało się na początek długiej i żmudnej budowy. Najprawdopodobniej kryzys sprawił, że dopiero w 1937 byłam gotowa w stanie surowym. Pierwsze dwie kondygnacje zajmowała kawiarnia, pozostałe były przeznaczone na mieszkania.

W „Cafe Skala” poustawiane w liczne rzędy okrągłe stoliki wypełniają pomieszczenie na półpiętrze. Wszystkie takie same, wszystkie nowe. Połyskują drewniane blaty bez obrusów. Drewniane krzesła z ratanowymi oparciami czekają na klientów. Jasne firanki wiszą w wysokich oknach. Półmrok pomieszczenia rozpraszają dwuramienne kinkiety. Wchodzi się w głąb półpiętra. Dywan na drewnianej podłodze tłumi kroki. Panie w długich sukniach zerkają w stronę wiszących na ścianach luster. Na sali słychać porcelanowe filiżanki uderzające o zdobione spodeczki.

Mieszkanie z wielkim tarasem zajmuje bogata Żydówka, Stella Futerwait, z mężem i córką. Urządziła tam jeszcze jedno mieszkanie i służbówkę. Ma telefon. Dzwoni czasami do sklepu kolonialnego, zamawia gęś pieczoną. Prowadzi na parterze sklep ze złotem Juwelia. Zatrudnia dozorcę. Dzisiaj już napalił w kotłowni, teraz zamiata chodnik przed kamienicą. Raz na tydzień myje klatkę. Wieczorem, o dziesiątej, przyjdzie i opuści żaluzje w oknach wystawowych, zgasi światło i zamknie bramę.

 

Zgasną podłogi i powietrza

 

Pod koniec lat czterdziestych w mojej reprezentacyjnej „Cafe Skala”, którą prowadził pan Grzęda, odbyła się impreza pożegnalna. Pani Futerwait wyjeżdżała do Paryża, a następnie do USA. Bankiet był huczny. Dzieci zajadały się ciastkami, a nonszalanckie ekscesy gospodyni zostały na długo zapamiętane. Po jej wyjeździe budynkiem do lat siedemdziesiątych administrowała jej siostra z Krakowa. Kiedy siostra zmarła, kamienicę zagarnęły koleje, ponieważ stała ona na ich gruncie. Później przekazały ją miastu.

Nadszedł dla mnie czas zmian. Pod „13”, w dwóch pokojach na drugim piętrze, rodziło się muzeum Katowic. Zanim powstała galeria „Art Nova”, na parterze i pierwszym piętrze mieściło się nowo powstające Katowickie Biuro Wystaw Artystycznych. Lokal kawiarni „Skala”, który niejako w spadku dostał się w ręce okręgowego Związku Polskich Artystów Plastyków, został pomieszczeniem oddziału Centralnego Biura Wystaw Artystycznych. Uroczysta prezentacja rysunków i grafik amerykańskiego „postępowego” artysty, Williama Groppera, była pierwszą przygotowaną przez Delegaturę w Katowicach. Otwarcie odbyło się 2 października 1949 roku. Wydarzeniem życia kulturalnego Stalinogordu była wystawa prac włoskiego realisty, Renato Guttuso. Gdy z pracami przyjechał tu Jerzy Duda-Gracz, zeszły się tłumy. Liczono na szampana, a on częstował gości skrzynkami jabłek. Bolączką BWA była ograniczona powierzchnia ekspozycyjna. Katowicką galerię omijały świetne i niepowtarzalne okazje, jak ekspozycja rzeźb Moore’a, dzieła sztuki francuskiej, meksykańskiej i innych. Wystawy były przypadkowe i okazjonalne, monotonne. Jednak już na zawsze zostałam naznaczona piętnem artystów.

Ludzie się schodzą. Później w gazetach piszą, że ciasno, że miejsca nie ma. W kawiarni wystawiają i się dziwią? Artyści nie chcą pokazywać fragmentów swoich ekspozycji. Więc takie resztki tu wiszą. Dziennikarka z „Trybuny Robotniczej” spogląda na wszystko krytycznym okiem. Chodzi, stukając obcasami po parkiecie, i coś tam sobie zapisuje: „w ciasnym lokalu oglądamy zwykle wystawy ubogie w liczbę eksponatów, niekompletne lub cząstkowe”. W innym kącie facet z „Przeglądu Kulturalnego” kręci się i notuje: „w Stalinogrodzie lokal CBWA goszczący okręgową wystawę ZPAP ukazywał eksponaty wstydliwe, tłumiąc barwy w złym oświetleniu. Cierpliwi i wyrozumiali są stalinogrodzcy artyści, wystawiając w lokalu, który się zupełnie do tego nadaje”. Za kilka lat odejdą, BWA się wyniesie, nowy lokal dostaną, na wielkich białych ścianach będą wieszać grafiki i obrazy.

Na ulicy Dworcowej, w moim sąsiedztwie, nastał niespokojny czas. Dla Katowic był to okres przemian urbanistycznych. Wokół wyburzane były kolejne budynki. W powietrze poszła willa obok poczty, poszło kilka kamienic z kawiarnią i drogerią aż do tej narożnej z delikatesami, przy moście. Poszedł sklep kolonialny, w którym pani Futerwait zamawiała pieczoną gęś. Budynki wylatywały w powietrze, a mnie leciały szyby w oknach. Obok znajdowała się praktycznie nieużywana biblioteka PKP, z karnie poustawianymi pomarańczowymi woluminami. Gdy ją burzono, w mojej ścianie powstała wyrwa.

W 1972 roku BWA przeprowadziło się pod nowy adres. U mnie na Dworcowej 13 pozostało biuro ZPAP, z czasem zyskując nowego sąsiada – miesięcznik „Śląsk”. Pod koniec lat sześćdziesiątych powstała galeria „Art Nova”, istniejąca po dziś dzień. Artyści wyrwali żeliwne schody znajdujące się w budynku. Pięknie zdobione – oddali na złom. Pewnie ograbili mnie dla kasy. ZPAP prowadził bufet. Szumna nazwa. Wynajęli babę, która wydawała jedzenie. Tym sposobem przywrócona została tradycja „Scali”. W mojej historii nastał okres knajp – tych legalnych i tych trochę mniej.

Siedzą w tej piwnicy. Naznosili klamotów, przytargali gramofon i wersalkę. Jest klubik – pierwsza próba samodzielności braci mieszkających nad galerią. Sąsiedzi w domach donosy piszą. Wpada Muzyk. Zespołu szuka. Z hotelu Monopol mu pouciekali, napić się przyszli. A oni rozlokowali się na pozbieranych kanapach przed kominkiem i się śmieją. Skoro już przyszedł, to zostanie. Inny Muzyk złapał gitarę, koncert pijacki dawać będzie. A w rogu znowu inny uczy dziewczynę grać na harmonijce. Nie będzie tego pamiętał. Bracia nie wiedzą jeszcze, że rodzice im knajpę zlikwidują. Przyszło pismo z milicji obywatelskiej, że lokal nielegalny, trzeba zamknąć!

 

Na wszystko jeszcze raz popatrzę

 

W 1995 roku Andrzej Chłapecki, autor i aktor „Teatru Yndywydualnego” (jak twierdzi: wszyscy jesteśmy aktorami własnych ideałów), założył kawiarnię artystyczną, która odcisnęła największe piętno na mojej kamienicznej historii. Dopełniło się przeznaczenie, byłam siedzibą teatru magicznego, gdzie można poczuć przyjemność zanurzeń w lepkiej atmosferze artystycznego szaleństwa. Taka Piwnica pod Baranami w symbiozie z ZPAP na miarę Katowic. Klimat miejsca tworzą ludzie, którzy nie wiedzą o jego istnieniu – tak właśnie było ze „Szmyrowatą”, która oznaczyła ten adres jako miejsce kultowe na mapie miasta. Otwarcie kawiarni połączono z wystawą aktów malowanych światłem, występem sławnego dziś zespołu „Carrantuohil” i darmową „papojką a la Witkac”. W galerii „Art Nova” Mariusz Mruczek zdobywał Grand Prix konkursu „Praca Roku”. Jego kaligrafie kilkunastu niepoprawnych wyskokowo wierszy O. Nascha stanowiły potem stały element wystroju i wykładnię etyki „Artysty Wchłaniającego Trunki i Nieznośną Lekkość Bytu”. Jednak głównym mottem „Szmyrowatej” była wyszyta nad barkiem sentencja Charles'a Baudelaire'a: „Trzeba być zawsze pijanym, żeby nie czuć straszliwego ciężaru czasu, który zgina nam ramiona i pochyla nas ku ziemi. Trzeba być zawsze pijanym: winem, poezją lub cnotą, WYBÓR NALEŻY DO NAS!”

W antykwarycznej radosnej graciarni panował zgiełk, jaki nie przystoi antykwariatowi. Każdy przedmiot miał swoją historię i znalazł się tam celowo, przyciągał artystów dyplomowanych i z bożej łaski. Przy stolikach „Szmyrowatej” rodziły się sceny do filmów Lecha Majewskiego, studenci katowickiej filmówki nakręcili tam wiele etiud. Śląski bluesman, Jan Skrzek, miał tu psychodeliczne pianino oraz swój stolik z karykaturą i napisem: „Granie i autografy za achtelka, oplerka i frelka”. Gościli tu Jerzy Trela, Cezary Pazura, Krystyna Janda, Krzysztof Zanussi, Katarzyna Figura, Bogusław Linda. Przez kilka lat działał tu spontaniczny klub Festiwalu Reżyserskiego „Interpretacje”. W serii „Teraz Poezja” odbyło się siedem spotkań autorskich, a przy ich okazji wydano tyleż okazjonalnych tomików wierszy. W cyklu „Ktoś tu kręci” – przedpremierowych lub wspomnieniowych projekcji – prezentowano między innymi filmy Adama Sikory czy Magdaleny Piekorz. Najsłynniejszym meblem była sofa, która demokratycznie mościła pupy najznakomitszych i każdego, kto zastał ją wolną. Była wypożyczana do filmów „Bluesmani” i „Wojaczek”. „Któż by się zgodził na sofie siadać, gdyby sofa potrafiła gadać!”.

Obsesja kreatywna właściciela sprawiła, że każdy z aspektów prowadzenia knajpy był okraszony zawijasem językowym. Karta drinków, znak, pod którym można było zostawić czworonoga, czy instrukcja obsługi toalety pełne były rymów, aluzji i metafor. Na ścianach wisiały, oprócz dwunastu wizji plastyczno-kaligraficznych Mariusza Mruczka, „plotkarskie” grafiki Tomasza Wygrzywalskiego, witraże koronkowe Magdaleny Kuźniak, plakat pierwszego filmu Lecha Majewskiego „Rycerz”, a także portret „Witkacego” i Chrystusa – świadectwo moralności i kucia konia. Ludzka czaszka, maszyny Singer i Łucznik, rzeźby Remigiusza Dulko, kolekcja ślubnych wianków, retro fotografie i bibeloty uzupełniały ten artystyczny rozgardiasz. Kawiarnia miała swoich stałych bywalców, honorowanych klubowymi kartami pięknoducha. Klienci „Szmyrowatej” byli także gośćmi galerii ZPAP, do której pewnie nie trafiliby w innym przypadku.

Dzisiaj są urodziny Artysty. Będzie bal radosnych dekadentów. Wszyscy czekają w podnieceniu. Wcześniej poszli striptizerki załatwić. Z sercem w gardle alfonsów za rogiem zagadywali. W końcu udało się dwie ściągnąć. – Żadnych zdjęć – obiecali. Takie gangsterskie czasy teraz są. Na razie odczepili się od „Szmyrowatej”. Chyba oprychów atmosfera w środku trochę zbiła z tropu. No przyszli wreszcie. Na krześle z Mariackiej przynieśli Artystę przy wtórze bębnów i gitar. Tłum kolorowych szaleńców. W kącie siedzi były esbek z naładowanym pistoletem. U jego stóp leży Bambus. Przeklęty pies, wszystkich gryzie. Są też panienki – ale to nie te, z którymi się umówili. – O co chodzi? – pytają. – Nie chciałam zawieść, więc siostrę przyprowadziłam. Siedemnaście lat ma – odpowiada starsza. – Rany-Jezu-Maria-Damy-Radę.

Przy barze klient macha swoją kartą pięknoducha z Dostojewskim w Levisach. Inny zmierza, przebierając nogami, w ustronne miejsce. Pewnie przedawkował „Dyskretny urok dziewcząt sprzedających wiosnę” – tak właśnie działa gin z Martini. Stara się zachować godność kroku, bo za zachowania obszczymurskie, ochlejskie albo inksze zborsuczałe grozi banicja. Pamiętaj: czyste klopy przepustką do Europy!

Barmanki – poetessy, najpiękniejsze na świecie, z tych, co to „pozują nago do wiersza” – podają drinki o łamiących język nazwach. Striptizerki już rozebrały jubilata. Bohema uwodzi perwersyjnego ducha, balansując na granicy przyzwoitości. Na kanapie pod saksofonem przyniesionym przez wdowę po muzyku para oddaje się chwili namiętności. Moment nieuwagi i wylali piwo na laminowaną podkładkę na stoliku. Ta jest z hymnem ZSRR. Dobrze, że się bardziej nie unieśli i ze ściany lalki z wieszakiem nie zrzucili. Przy stoliku obok drewnianych drzwi wiszących na ścianie wróżka Beata przepowiada przyszłość z kart tarota. Na wszystko spogląda siedzący na swoim stałym miejscu maître de café.

Kiedy mocodawcy legendarnego Levi’s Strauss zaproponowali właścicielom „Szmyrowatej” lokal w Krakowie, na samej Floriańskiej, nadszedł koniec salonu pod „13”, który powstał, by uwodzić ludzi. Odeszły czasy pięknych dam w ręcznie szytych sukniach. Skończyły się pokazy mody i spontaniczne inscenizacje chorego na schizofrenię dziennikarza. Kraków kusił mądrym mecenatem. Oficjalne pisma „Komitetu Centralnego ZPAP”, ośmioosobowego ciała niezdolnego do twórczych, spontanicznych decyzji, dotyczące najbardziej błahych problemów, jak prawo własności odkurzacza i miotły czy opalcowane tafle eksponatów, dopełniały kielicha goryczy. Byłam nieukojona.

Śmierć pokoju pięknych saren! Przechodzimy do historii. Schodzimy ze sceny ze sobie właściwym patosem. Siedem lat artystowskiego, szlachetnego i szaleńczego tuptania błędnych rycerzy i pięknych panien pszenicznych zakonu im. Lecha Majewskiego. Długi umarza się. Ustala się trwanie do końca świata, ostatniej wieczerzy w karczmie przeznaczonej do rozbiórki. Pożegnalne plakaty wywieszone. Wprawią w zakłopotanie odwiedzających galerię. Nie będzie już pielgrzymek do tolerancyjnej Tropicany. Delegacja „Szmyry” nie odwiedzi już kloszardów w Sylwestra z kroplą chleba i kromką wódki. Nikt nie napisze już uprzejmego listu do szczura, aby opuścił zajmowaną rezydencję pod barkiem. Nie pójdą już do sąsiadki, która na dworcu pociągi zapowiada, pokrzyczeć przez megafon. Ostatni raz pobiegną z winem piętro wyżej, kupić sobie przychylność mieszkańców podczas hałaśliwych nocy. Dziękujemy! Bądźcie pozdrowieni, nadwrażliwi.

Kolejna knajpa w moich murach powstała po kilku miesiącach. Nowe właścicielki, chcąc odciąć się całkowicie od atmosfery poprzedników, zdecydowały się na kompletną zmianę wystroju. „Euforial”, w myśl tego, że ewolucja wymaga ofiar, barbarzyńsko rozliczył się z salonem odrzuconych. Zostały rozprute misternie plecione girlandy na schodach, psychodeliczny fortepian został przemalowany. Panie zdecydowały się na minimalizm, tworząc klimat sterylnej lodówki. „Euforial” zamknięto po dwóch latach działalności.

W połowie pierwszej dekady XXI wieku powrócili bracia Skalmierscy, moi dawni lokatorzy, co to ich milicja obywatelska skasowała, kiedy w latach siedemdziesiątych prowadzili nielegalny klub w podziemiach kamienicy. Wrócili do estetyki piwnicy na strychu, kramiku z bibelotami. Początki były trudne. Czerwiec to niefortunnie wybrany czas rozpoczęcia działalności. Studenci pojawili się dopiero we wrześniu, a czynsz trzeba było płacić już od trzech miesięcy. Ale musieli wypić, co sobie nawarzyli. Było to najdroższe piwo w ich życiu.

Miejsce przeszło kapitalny remont. Nowi gospodarze wyburzyli ścianę wzdłuż fasady od strony ulicy Dworcowej, gdzie umieścili stoliki, przy których goście tak chętnie siadali z kuflem grzanego piwa w ręce. Przychodzili doktorzy, profesor, studenci polonistyki oraz katowickiej filmówki. Rozbici artyści. Większość bywalców stanowiły kobiety. Stracona przestrzeń galerii, często zamkniętej w ciągu dnia, ożywała w wieczory, gdy przynoszono stoliki dla gości pubu. Często jedyną publiką nielicznie tam wiszących prac byli klienci „Za Drzwiami”.

 

I pójdę, nie wiem gdzie, na zawsze

 

Nawarstwiające się zaległości finansowe, ciągłe konfrontacje z właścicielem powierzchni – ZPAP – sprawiły, że w listopadzie 2011 roku, po sześciu latach działalności, pub „Za Drzwiami” zamyka podwoje. Knajpa, która w pewien sposób wskrzeszała ducha „Szmyrowatej”, podobnie jak poprzednicy przechodzi do historii. ZPAP znalazł już nowego najemcę. Obecnie trwają intensywne „prace barowe”. Mój duch nie upada. Ja, Kamienica, przetrwam i marzę, że klienci poszukujący atmosfery i magii „Szmyrowatej” zobaczą wkrótce ich odbicie w moich oknach.

Dzisiaj ostatni wieczór. Stoi, krzyczy, porwał do tańca dziewczynę, giba się między ciasno postawionymi stolikami. Drewniane blaty bez obrusów, jak 70 lat wcześniej, połyskują w przydymionym świetle tych cudacznych lampek choinkowych zawieszonych na gałęzi. Podryguj, podryguj, bluesmanie z długimi włosami. Jak na Titanicu muzyka będzie grała do ostatniej chwili. Odejdziemy, tańcząc.

[Dziękuję za rozmowę Panom Andrzejowi i Janowi Skalmierskim, właścicielom pubu ''Za Drzwiami'' oraz Panu Andrzejowi Chłapeckiemu, właścicielowi kawiarni „Szmyrowata”.]

 

Tekst: Sawa Konfisz
Ilustracje: Rafał Polak
Licencja: wszelkie prawa zastrzeżone.

comments powered by Disqus