Tu jesteś
costam
na marginesie:

Tomasz Wenklar

rzeźbiarz i nauczyciel.

Ryszard Riedel

frontman grupy Dżem, urodzony w połowie lat 60. w Chorzowie i pochowany na tyskim Wartogłowcu w 1994 roku. Postać znana prawie wszystkim. Dla jednych niedościgniony mistrz bluesa, dla innych nieszkodliwy grajek czy po prostu „ćpun”. Człowiek, którego przypomina co roku festiwal jego imienia, „Ku przestrodze”, na początku organizowany w Tychach, potem na chorzowskich Polach Marsowych.

Tychy

w założeniu miasto-sypialnia dla osób, które pracowały w Katowicach. Oaza spokoju ze sztucznym jeziorem, lasami i niezliczoną ilością dróżek rowerowych. Miejsce, gdzie każdy marzy o karierze rockmana.

Riedel w Tychach. A pan wyrzeźbił narkomana

Wychudzona figura mężczyzny w długich włosach wisi nad mikrofonem. Patykowate ręce nie są w stanie objąć statywu. Twarz z każdym wydobytym przez niego dźwiękiem oblewa się strugami potu. Z jego oczu zieje śmierć.

 

 

Przedostatni dzień lipca 1994 roku, Chorzów. Bezpośrednia przyczyna zgonu: niewydolność serca. Przyczyna przyczyny: wieloletnie i ciągłe ćpanie. Wyniszczony do granic Ryszard Riedel, który kilka miesięcy wcześniej pożegnał się z karierą muzyczną (został usunięty z Dżemu, żeby móc na poważnie zająć się odwykiem), tym razem pożegnał się z życiem.

3 sierpnia. Pogrzeb „ostatniego hippisa naszych czasów” na Wartogłowcu, w Tychach. Mało brakowało, a nie doszłoby do niego. – Bo Ryszard, proszę panią, nie wierzył w Boga. Nawet śpiewał o tym. Ja się znam, ponieważ pracuję z młodzieżą – słyszy od księdza z parafii św. Krzysztofa żona Riedla, Gola. Połowiczna ceremonia, nawet bez mszy, która odbędzie się kilka dni później, odprawiona przez kogoś mniej pobożnego. – Aha, i niech nie będzie zbyt dużo ludzi. – Dwa, trzy tysiące – fakt, przecież to nie dziesięć.

Papierosy, butelki po tanim winie, wódce, piwie. Nogi w dżinsach i kowbojskich butach wyciągnięte na pobliskich mogiłach albo na ziemi. Któregoś razu płyta grobu okazuje się za ciasna na pomieszczenie wszystkich trunków – trzeba było przytargać stół z pobliskiego baru. Melina wielbicieli zespołu w zastraszającym tempie wymyka się spod kontroli. Na wzór fanów Jima Morrisona pseudofani Dżemu urządzają w strefie sacrum niekończącą się imprezę pod przykrywką hołdu dla artysty.

Ostatni festiwal w Jarocinie, rok 1994. Minuta ciszy dla Ryszarda Riedla.

Nowojorski Brooklyn, 3 lutego 1995 roku, 966 Club – pierwszy koncert pamiątkowy organizuje Marek Piekarczyk. Fani sami wykonują numery Dżemu, nie tylko Polacy. „Szkoda, Rysiek, że Cię tu nie ma…”

„List do R na 12 głosów” – ten najbardziej znany koncert ku czci Riedla odbywa się w katowickim Spodku 29 lipca 1995 roku. Gromadzi się tam czołówka polskiej sceny muzycznej: Czesław Niemen, Wojciech Waglewski, Kasia Kowalska, Wojciech Klich. Ten gest uznania dla zmarłego artysty zostaje udokumentowany trzypłytowym albumem o tym samym tytule. Jan Skaradziński, autor książki „Rysiek”, pisze, że takiego honoru nie doczekał się żaden inny polski rockman. To właśnie w związku z tą imprezą pojawia się po raz pierwszy połączenie słów „pomnik – Rysiek”. Pomnik muzyczny został już wzniesiony, a co z materialnym?

 

 

Studniówka. Chłopcy w garniturach i nierozchodzonych butach, dziewczyny (w tamtych czasach) ubrane jeszcze na galowo, z normalnymi włosami i bez tipsów. Trochę sztywno, gra jakaś zachowawcza orkiestra. Nagle pojawia się on – kolorowy, w wytartych dżinsach, z chustkami, koralikami. Oczywiście na rauszu. W pięć minut udaje mu się zelektryzować całą publiczność. „Spadł jak anioł hippisowski, zagrał na harmonijce, zaśpiewał jakiegoś bluesa”. Szanowne grono szybko wyprowadza go z sali – przecież nie był zaproszony.

Takiego Ryśka zapamiętał Mirosław Kańtor. To on był jednym z chłopaków pod krawatem. Nigdy więcej nie spotkał Riedla. Nawet nie był jego fanem. Ale to od niego wypłynęła w 1996 roku inicjatywa wystawienia pomnika najbardziej znanemu mieszkańcowi miasta. Obelisk mężczyzny w charakterystycznym kapeluszu miał stanąć w miejskim parku. No właśnie, miał. Na siedemnastu głosujących czterech było na tak. Kontrargumenty: miasto usankcjonuje spotkania narkomanów, no i – poza tym – pomnik ćpuna? Litości… Ktoś dorzuca: – Moja mama go uczyła, więc wiem, co to za człowiek.

1999 rok, ostatni weekend lipca. Nad Jeziorem Paprocańskim w Tychach dawno nie było takiego tłumu. Porozstawiane namioty, przepełnione kosze na śmieci, wszędzie puszki, butelki. Młodzi ludzie, ale też ci starsi, bawią przez dwa dni się na jednym wielkim koncercie. Numery na scenie wykonują członkowie mało znanych zespołów, długowłosi chłopcy marzący o karierze prawdziwych muzyków. Dzisiaj wyszli na światło dzienne z piwnic, garażów i innych „próbowni”. Na koniec drugiego dnia gra Dżem. Już bez Ryśka. Tym do dziś kończy się każdy kolejny Festiwal imienia Ryśka Riedla. Od 2009 roku muzycy grają jednak na chorzowskich Polach Marsowych.

Wydawać by się mogło, że temat Riedla w Tychach naturalnie ucichnie...

 

 

Listopad 2011. Pukam w białe drzwi, otwierają się i już po chwili patrzę na Ryszarda Riedla. Włosy spięte w kucyk, broda, wystrzępione dżinsy upaprane gliną. Tak samo jak ręce, które mi podaje. – Gdzie by tu panią usadzić… Przepraszam za ten bałagan. O, tu jest jakieś krzesło, proszę bardzo. A ja może tutaj sobie usiądę na skrzynce i zaraz porozmawiamy.

Pracownia Tomasza Wenklara, tyskiego rzeźbiarza, to duże, jasne pomieszczenie. Faktycznie, niezły tu bałagan – na podłodze poniewierają się papiery, gazety, projekty. Ściany są gołe, na parapetach stoją rzeźby głów. To nowa pracownia, więc jesteśmy na dziewiczej jeszcze ziemi.

Tomasz Wenklar to typ gawędziarza, a i do opowiadania ma sporo. Ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie na wydziale rzeźby. Był stypendystą, jego prace wygrywają konkursy, wyrzeźbił m.in. Witkacego i Korfantego, ale najbliższy jest mu temat muzyki – to, jak pokazać ją w glinie (i nie tylko). Jako pracę dyplomową wykonał rzeźbę Jimiego Hendriksa – „Totem muzyczny”. Dziś jest nauczycielem rzeźby w ZSP i Pałacu Młodzieży w Katowicach, no i – oczywiście – czynnym rzeźbiarzem.

Do tego jest zapalonym fanem Dżemu i wcale tego nie ukrywa. Szczególną sympatią darzy zresztą samego Ryśka, którego w głowie i glinie rzeźbi od jakichś siedmiu lat. Na pytanie, dlaczego właśnie Riedel, odpowiada: – Bo próbował być dobry. W świecie, w którym wszyscy już stawiają tylko na pieniądze, w którym jesteśmy otoczeni kredytami, opłatami, bankomatami, autentyczność wychodzi z mody. A taki, mimo całego chlania i ćpania, próbował być Riedel. Przez całe życie pukał do bram piekła, szukał granicy, za którą nie będzie już nic. Był jak dziecko z tym swoim uwielbieniem westernów (potrafił na wymarzony film jechać do całkiem innego miasta), bał się jednak koni. Rzeźba artysty właśnie na koniu to największy projekt rzeźbiarza. W taki sposób najbardziej chciałby go przedstawić.

Co jakiś czas odzywali się do niego pracownicy z Urzędu Miasta, pytając: – jak tam ten twój Rysiek? – Odwiedzali pracownię, oglądali projekty. – Zgłosimy się – mówili.

– No tak, ale przecież nie można zapominać, że był narkomanem, że umarł od przedawkowania, że to na pewno nie jest zachowanie godne naśladowania, a raczej potępienia – mówię. Oczywiście, Wenklar nie zaprzecza. Ale zaznacza, że zawsze będzie bronił Ryśka. Że ze względu na swoją autentyczność ten bluesman jest wart rzeźby.

Ryszard Riedel, człowiek, który nigdy nie był w wojsku (kiedy uciekał przed milicjantami, w domu zostawała żona i starała się coś „ugrać” dla męża), a edukację zakończył na siódmej klasie szkoły podstawowej. Potem przestał chodzić na zajęcia, a w teczce nosił dla niepoznaki kapcie i jeden zeszyt. Kiedy był już po ślubie, miał zamiar (a raczej nie odmówił propozycjom przedstawionym przez rodzinę) jakoś zdać maturę, wieczorowo, ale nie udało się – tym razem do teczki zajrzała nie matka, a żona i znalazła tam dwa piwa. W żadnej pracy nie umiał wytrzymać zbyt długo, jego rekord to dwie godziny jako pomocnik murarza. Zarobił wtedy równe dwa dwadzieścia. Był typem, który na własny ślub spóźnił się dwie godziny, bo zapomniał dowodu, no i wolał iść pieszo do kościoła. Wszyscy goście, narzeczona i rodzice z nerwów chodzili po ścianach, a on pojawił się jak zawsze – idąc nonszalanckim krokiem, z rozwianym włosem i miną w stylu „ale o co wam chodzi?”.

Zewsząd otaczały go pytania, które gnębią każdego z nas: te o sens życia, o to, jak żyć, czym jest szczęście. Wszyscy je znamy, ale w pewnym momencie życia pozwalamy im uciec na tył głowy, po prostu żyjemy dalej, szukamy pracy, zakładamy rodziny. Dorastamy. A on, nawet kiedy granie zaczęło przynosić znaczący dochód, nigdy nie myślał o tym, że zarabia na rodzinę. Nie pisał tekstów, nie zjawiał się na próbach. Miał wiele projektów współpracy ze znanymi ludźmi świata muzyki tamtych czasów, ale praktycznie żaden nie został zrealizowany. Szybko pojawiły się plotki, że muzycy Dżemu znęcają się nad Riedlem, zamykają w pokoju, każą pisać. Owszem, zamykali, ale inaczej nie dało się go zmusić do pracy.

– To taki śląski Ikar – mówi Tomasz Wenklar. Dlatego na budynku, przed którym ma stanąć rzeźba (jest to biblioteka), będą namalowane ptaki. Niestety, Riedel nie potrafił wzbić się ponad szary świat, w którym przyszło mu żyć. Z początku uciekał tylko w muzykę. Potrafił porwać publiczność w jednym momencie, ludzie dosłownie szaleli, śpiewali razem z nim, wybaczali spóźnienia. Z biegiem czasu musieli wybaczać jeszcze więcej, bo Riedel nie raz, nie dwa nie był w stanie zagrać koncertu. Kompletnie zamroczony, na narkotycznym głodzie nie był w stanie samodzielnie się załatwić, a co dopiero zaśpiewać. Wyglądał jak śmieć, jak jeden z tych, których spotyka się na dworcach, w parkach. Narkoman. – Oni chyba po prostu nie wiedzieli, z czym grają – stwierdza rzeźbiarz i nie sposób odmówić mu racji.

W czasach, kiedy Ryszard Riedel (a na początku wraz z nim cały Dżem) zaczął brać narkotyki, nie było jeszcze wiadomo, jak wielkie spustoszenie powodują przyjmowane przez nich substancje. Zresztą, robili je sami, a Riedel bardzo szybko stał się ekspertem w domowej produkcji heroiny. Wielu jest zdania, że może łatwiej wyszedłby z nałogu, gdyby nie to, że kiedy wracał do domu, na stole nie było obiadu, a „kompot”. Żona, która nie umiała poradzić sobie z nałogiem męża, sama zaczęła brać. Jak przekonuje Edyta Kaszyca, autorka książki „Biała i czarna legenda Ryszarda Riedla”, dzieci pamiętają go jako ojca przywożącego z trasy mały drobiazg. Ale pamiętają też, jak tatę zabierano do szpitala kolejny raz, albo to, jak on sam wracał do domu po kolejnym nieudanym odwyku ze słowami: „po diabła mam tam siedzieć, kiedy i tak ćpię. Jak mam ćpać, to wolę tu”. Próbował z tym skończyć, ale robił to nieporadnie. Śpiewał: „Panie, pozwól mi spróbować jeszcze raz”, ale okazał się zbyt słaby.

 

 

Połowa września 2011, Kraków. Kolejna rzeźba w odlewni. Mierzy dwa i pół metra i spokojnie poddaje się wszelkim obróbkom, całkowicie obojętna na toczącą się wokół niej dyskusję. Tak samo jak na fakt, że na jej ufundowanie Urząd Miasta Tychy wydał 70 tysięcy.

Stawianie każdego pomnika budzi kontrowersje, rodzi pytania o sens takiego honorowania, o to, czy w ogóle warto. Tomasz Wenklar mówi, że w Polsce stawia się dwa rodzaje pomników: papieża i wojskowych. Albo osób wybitnie zasłużonych. Piłsudski, Korfanty, Mickiewicz. Właśnie – Mickiewicz, a przecież i on za kołnierz nie wylewał, z wojska czmychnął, a kobiety kochał mocno i tabunami… Witkacy? Narkoman, samobójca. Ale nie to nas interesuje, kiedy czytamy „Pożegnanie jesieni” czy jego sztuki, oglądamy genialne obrazy człowieka, który nieraz powtarzał, że „życie jest takie, że nie można żyć”.

– Tak, stawiajmy więcej pomników ćpunom i ludziom bez samokontroli, palmy crack i dawajmy po kablach. Czy naprawdę Riedel się tak zasłużył dla Tychów, żeby miał stać pod Urzędem Miasta? Jeśli nie dla Tychów, to czy dla muzyki? NOPE – mówi Arek, student Uniwersytetu Śląskiego, lat 21.

Nie jest jedyny. Aleksandra jest zdania, że pomnik w założeniu powinno się stawiać ludziom wybitnym (powtarza mi drukowanymi literami: WYBITNYM), a to, że ktoś nagrał parę kawałków i zaćpał się przy okazji na śmierć, nie czyni nikogo wybitnym. Tomek z uśmiechem dodaje, że widział projekt pomnika, że jest to wielkie brązowe bydlę, no i ok – był Riedel, fajnie, piosenki też fajne, ale zaraz pomnik? I jeszcze brzydki? Zaciąga się papierosem i gasi go w popielniczce.

Lipiec i sierpień. Pełnia lata. W nowej pracowni Tomasz Wenklar lepi Ryśka. Impresję muzyczną, jak go nazywa. Postać będzie w ruchu. Muzyka to ruch. – On żył muzyką, był nią. Inaczej nie mógłbym go przedstawić.

– A czemu nie postawią go na Paprocanach, tylko pod Urzędem? Absurd… I czemu w ogóle nie przywrócą Festiwalu w Tychach? Weź napisz, żeby go zorganizowali znowu tam, a nie w tym beznadziejnym Chorzowie… – słyszę.

No właśnie. Czemu?

Koniec maja 2011. Na sesji Rady przez radnych zostaje podjęta decyzja o postawieniu pomnika Ryszardowi Riedlowi. – Był wielkim muzykiem i mam nadzieję, że tak właśnie jest kojarzony – mówi Ewa Grudniok, rzecznik prasowy Urzędu Miasta. Dodaje też, że miasto już od dawna zastanawiało się, jak uhonorować artystę. Ma stać właśnie tam, bo z tego miejsca (czyli za przystankiem autobusowym) Rysiek często jeździł do Katowic. Tam też Wenklar widział go po raz pierwszy, jeszcze jako nastolatek. Dokładnie siedemnastolatek.

2004 rok. Otwarcie na Paprocanach Piramidy – hotelu, SPA, centrum zdrowia i czego tylko chcecie. Miejsce relaksu, gdzie w każdym pokoju jest sejf, telewizor LCD, dostęp do Internetu i wiele innych, a do śniadania każdy gość dostaje butelkę wody mineralnej – w cenie (sic!). Ważne, żeby goście mieli też ciszę i spokój, żeby mogli zasiąść przy biurkach do pracy, w które wyposażony jest też każdy pokój i żeby ich spokoju nie mącił najmniejszy hałas. Szkoda, że Paprocany, to nie morze, byłoby słuchać szum fal rozbijających się o brzeg…

Chorzów, Pola Marsowe. Tłumy ludzi – znowu. Kolejny raz wszyscy zgromadzeni chcą uczcić pamięć Riedla. „Ku przestrodze” – ideą festiwalu od początku jest „przekazanie młodzieży treści dotyczącej zgubnego wpływu narkotyków na zdrowie, skazywania się na wczesną śmierć; Rysiek mógłby dalej tworzyć i śpiewać, gdyby nie poszedł drogą, którą wybrał”. O ironio... – Festiwal był w porządku, ale nie ukrywam, że tam właśnie pierwszy raz widziałam w jednym miejscu tylu ludzi na haju… Te dziewczyny, które miały oczy jak spodki… Masakra – mówi Ola, lat 21. Zaraz potem dodaje, że sama nie wie, co myśleć o pomniku, bo z jednej strony fajnie byłoby przeznaczyć pieniądze na coś innego, bardziej pożytecznego, ale z drugiej – przecież to kasa na kulturę, a – na Boga – nie wszystko w budżecie musi się sprowadzać do usprawnienia komunikacji czy pomocy biednym. No i po co komu w Tychach plac Baczyńskiego, który nijak nie był związany z miastem? Na koniec jednak stwierdza (i nie jest w tym stwierdzeniu samotna), że najlepszym pomnikiem dla Ryśka był Festiwal. Ale w Tychach, mieście, w którym artysta mieszkał, z którym jest zawsze kojarzony i które kochał.

– Osobiście jestem za, pomnik przedstawia i upamiętnia jego twórczość i to, że był wspaniałym człowiekiem. Nie interesuje mnie jego życie osobiste. To był jego wybór – mówi Paweł, lat 21. Takich jak on entuzjastów idei pomnika też nie brakuje.

2 grudnia 2011, wieczór. Wietrznie, ludzie zakutani w kaptury i szale nie zwracają uwagi na nic, nie patrzą na boki. Wszędobylskie w Tychach lampki oświetlają ulice. Ich światło pada też na sylwetkę Ryszarda Riedla, który pojawił się na ulicy Niepodległości. Stoi sam, wbrew dawnym zapewnieniom, że pod jego pomnikiem tabunami będą siedzieli narkomani albo niespełnieni muzycy. Za nic ma toczące się dyskusje, emocje, cudze poglądy. Granice sztuki też niespecjalnie go interesują.

Owszem, jest w ruchu. I nawet ma kapelusz. Ale nie jest żywy. Rysiek nie wrócił do Tychów mentalnie, tylko materialnie. W zasadzie to wszyscy mieszkańcy i tak mają za nic to, czy tu jest, czy nie. Ważniejsze jest to, że autobus znowu się spóźnił, a w domu jeszcze tyle spraw. I poza domem też. A pomnik? Niech sobie stoi, niech sobie będzie, w końcu trzeba się trochę odchamić, to i niech coś postawią.




Tekst: Aleksandra Gepert
Fotografie: Agnieszka Bednarz
Licencja: wszystkie praca zastrzeżone.

comments powered by Disqus