Tu jesteś
costam
na marginesie:

Ruch Chorzów. Kiedy ja chodziłem na Cichą…

Kilka lat wcześniej

 

– Pierwsze spotkanie Ruchu Chorzów po wojnie było zarazem pierwszym widzianym przeze mnie meczem – wspomina były piłkarz drużyny, Eugeniusz Lerch. – Udało mi się wejść na nie za darmo, przemycił mnie starszy kibic drużyny. Był rok 1948. Ruch grał z Garbarnią Kraków. Przecherka zdobył bramkę w ostatniej minucie gry i wygraliśmy 1:0. W tym czasie na nowo tworzył się na Cichej silny zespół, piłkarze wracali z wojska, z Wehrmachtu. Było na co popatrzeć. Ulica Cicha, nawet gdy była jeszcze Królewskohucką, przedzielona była na dwie części: jedną spokojną, pełną domków jednorodzinnych i drugą, która była miejscem spotkań całego miasta. Stadion wybudowany w 1935 roku był jednym z największych w Europie. Wokół niego organizowało się życie. Pojawiali się tam sportowcy, którzy byli idolami Polski: Wilimowski i Włodarz. Dla niezainteresowanych piłką odbywały się na stadionie zawody lekkoatletyczne i motocyklowe. Ale co ja mówię… piłką interesowali się wtedy wszyscy. To, co działo się na stadionach, jest nie do opisania. Przed pierwszoligowym meczem na stadionie gromadziło się 30 tysięcy osób. Siadałem zawsze na wale obrośniętym trawą. My, dzieci, na dole, a dorośli u góry... Jak ktoś z nas z radości wstał, to od razu wołali: „Siadoj, siadoj, bo trawniki polecą!”. Kibice byli bardziej wymagający, preferowana była perfekcja. Teraz jak ktoś kopnie nawet 3 metry ponad poprzeczką, już dostaje oklaski. Kiedyś by go wygwizdali. Gdy ktoś trafił w słupek czy w bramkarza – to samo. Teraz ludzie bardziej doceniają silne uderzenie czy decyzję o strzale. Sama trybuna główna była ewenementem jak na warunki polskie. Była budowana z metalu i stali, nie miała słupów ograniczających widoczność. Pod nią odbywało się całe nasze życie towarzyskie. Była tam duża sala, szatnie i świetlica. W budynku organizowano zabawy karnawałowe, mecze ligowe ping-ponga i piłkę nożną rowerową. Gdy miałem 10 lat, grałem już w Ruchu. Pamiętam jak dziś: selekcję robił Gerard Cieślik. Kazał mi postawić piłkę w polu karnym, trafiłem w okienko i mnie przyjął. W tamtym czasie bardzo dużo osób rwało się do sportu, szczególnie młodzieży. To była jedyna szansa zobaczenia wielkiego świata i dostania przydziałowych tenisówek, których brakowało wtedy w sklepach. W pierwszym zespole debiutowałem, gdy nie miałem jeszcze 18 lat. Pierwszą bramkę strzeliłem w meczu z Lechią Gdańsk, a grałem z samymi sławami. Grać wtedy z Cieślikiem to jak grać dziś z Messim. Ludziom wtedy zależało. Pamiętam pięćsetny mecz Ruchu w Ekstraklasie. Graliśmy z bytomską Polonią. To było ogromne wydarzenie, wszystkim bardzo zależało na zwycięstwie. W 5 minucie zaczęliśmy przegrywać 1:0. W 8 Gerard Cieślik złapał kontuzję, zerwało mu się więzadło. Wtedy w czasie meczów można było wymieniać jedynie bramkarza. Cieślik zdecydował się zostać na boisku pomimo ogromnego bólu. Dzięki jego dwóm świetnym asystom zdobyłem gole. Grałem w Ruchu 17 lat. W końcu trzeba było odejść. Zostawić swój klub, poszukać innego. Potem był Rybnik, a jeszcze później Australia. Ale to nie to samo. Bo może jest tak, że człowiek przez całe życie może mieć tylko jedną drużynę? – kończy swoją opowieść Eugeniusz Lerch.

 

Kilka lat później

 

– Wcześniej byłem kibicem GKS-u Katowice – mówi Marek Wolny, były piłkarz rezerw Ruchu, kibic. – Mieszkałem wtedy na Tysiącleciu, między Chorzowem a Katowicami. Przynależność do klubu nie była więc dla mnie oczywista. Na pierwszy mecz zabrał mnie kolega i tak już zostałem, może z powodu niezwykłej atmosfery – spontanicznego, żywiołowego dopingu, a może to było przeznaczenie, w końcu jupitery ze stadionu Ruchu świeciły mi całe życie w okna. Pamiętam pewien mecz z Górnikiem Wałbrzych. Było już wiadomo, że Ruch zdobył tytuł Mistrza Polski. Byłem wtedy dzieckiem i starałem się wspiąć przez barierki, żeby po gwizdku sędziowskim wskoczyć na murawę i rzucić się w ramiona któregoś z piłkarzy. Nie udało mi się. Na stadionie tego dnia wywiązała się jedna wielka bijatyka. Policja użyła nawet gazu łzawiącego. Mimo wszystko mogłem być bardzo dumny. W końcu to ja kibicowałem klubowi, który jest Mistrzem Polski. GKS nigdy nim nie został. Kiedyś na stadionie nie było takiej agresji jak teraz, kibice jednej drużyny nie atakowali kibiców drugiej. W innych krajach widzi się całe rodziny siedzące na meczach, u nas dominują faceci. Wyjście na stadion powinno być świętem rodzinnym, a nie pokazywaniem, kto ma więcej siły. Ale i tak jest lepiej. Kilka lat temu, kiedy cała piłka była mocno skorumpowana, odczuwało się, że doping na stadionie nie przynosi efektów, bo wyniki zależały od tego, ile jaki klub ma kasy, a nie od umiejętności piłkarzy. Wtedy kibice całą energię wykorzystywali na wojny przed stadionem. Przez wiele lat nie chodziłem na mecze. Sam byłem piłkarzem i widziałem, jak wygląda sprawa z ustawianiem wyników. Wszystko zaczynało się już w okręgówce, a im dalej, tym było bardziej gorąco. Nie można było na to patrzeć spokojnie, człowieka krew zalewała. Nie dziwię się niektórym kibicom odczuwającym wtedy złość i agresję. Teraz sytuacja jest już lepsza. Kiedyś już przed rozpoczęciem sezonu było wiadomo, że Ruch spadnie, bo ma za mało pieniędzy. A teraz część pozasportowa przestała być ważna. Po czasie niechodzenia na stadion kibice Ruchu, a wśród nich ja, zobaczyli coraz lepsze wyniki. Widać było, że piłkarze na nowo tworzą drużynę. Aż chce się iść na stadion i kibicować. Zawsze jest osoba, która prowadzi kibiców, niezależnie od wyników. Na przegranym meczu z Austrią Wiedeń nasi dali pokaz tak dobrego dopingu, że aż kibice drużyny przeciwnej wstali i zaczęli klaskać. To nie zdarza się często. Pamiętam, że pewnego razu, gdy jako chłopak próbowałem palić papierosy, pojechaliśmy na mecz z Górnikiem. Stali tam mężczyźni wpuszczający na stadion. Rolowało się dla nich pieniądze w takie paczki i dawało, żeby cię wpuścili. Nagle jeden z tych facetów zapytał, czy mam ogień. Bez namysłu odpaliłem mu papierosa i wpuścił mnie na mecz. Do dzisiaj wspominam, że udało mi się wejść na stadion za zapałkę. Wprawdzie mecz wtedy przegrali, ale czy przy takiej cenie mogłem jeszcze na coś narzekać? – mówi Wolny i dodaje: – A w tym sezonie będę czekał na kolejny tytuł Mistrza Polski.

 

 

Tekst: Katarzyna Niedurny
ilustracja: chcesz zilustrować ten tekst? Napisz na wspolpraca@mmc.org.pl
Licencja: http://creativecommons.org/licenses/by-nc-nd/3.0/pl/legalcode opisany "Tekst autorstwa Katarzyny Niedurny stworzony dla projektu Mapa Miejsc Ciekawych www.mmc.org.pl".

comments powered by Disqus