Tu jesteś
costam

Obóz koncentracyjny Hindenburg. Ziemia niczyja

Cierpienie niewinnych mogłoby wyjaławiać ziemię, na której rozgrywa się tragedia. Nie da się z czystym sumieniem żyć i tworzyć tam, gdzie mordowano, tak jak nie można głośno śmiać się na pogrzebie. I wcale nie chodzi o szacunek dla zmarłych – raczej o ból, który nie pozwala nam się roześmiać. A jednak życie nieubłaganie toczy się naprzód. Zbombardowane miasta podnoszą się z gruzów, a – jak nie od dziś wiadomo – na Monte Cassino wyrastają czerwone maki. Każda ziemia niczyja zostaje w końcu zagospodarowana. A echo tragedii pobrzmiewa coraz ciszej i ciszej.

Jeśli spytać zabrzan, gdzie w trakcie II wojny światowej znajdował się najbliższy obóz koncentracyjny, mało kto odpowiada inaczej niż: w Oświęcimiu. Dziś już mało kto wie, że w Zabrzu w ostatnim roku II wojny światowej działał regularny podobóz Auschwitz, a w sąsiednich Gliwicach było takich cztery. Niemcy tworzyli podobozy pracy na terenie całego Śląska, aby wykorzystać darmową siłę roboczą, jaką stanowili więźniowie. Produkowali oni materiały wojenne bądź wznosili naprędce zakłady przemysłowe, mające wzmocnić potencjał wojenny III Rzeszy. Dlatego obozy te znajdowały się najczęściej na terenie fabryk, hut, kopalń lub w ich bliskim sąsiedztwie. Górny Śląsk był więc idealnym miejscem dla stworzenia rozbudowanej sieci obozowej. Taki obóz zarząd zabrzańskiej Huty Donnersmarck przygotował przy ulicy Mikulczyckiej w miejscu istniejącego dzisiaj Mostostalu.

Droga do podobozu Hindenburg wiodła przez Auschwitz-Birkenau. Tam przywożono ludzi zdolnych do pracy, których na razie naziści planowali oszczędzić. Stacja kolejowa w Brzezince odwlekała na jakiś czas przeznaczenie wszystkich żydów w wizji Hitlera – komory gazowe i krematoria. Tam decydowano, którzy ludzie i dokąd zostaną przewiezieni. Helena Adler, żydowska krawcowa urodzona w Radomiu, do Oświęcimia trafiła z obozu pracy w Pionkach. Wcześniej wraz z rodziną przebywała w radomskim getcie. Po likwidacji getta w 1943 roku Hela Adler została przewieziona wraz z siostrami do Pionek. Zatrudniono ją tam jako tragarza, dźwigała więc worki i skrzynie z prochem. 22 lipca 1944 roku Helę Adler przewieziono do Oświęcimia. Jej współwięźniarka Eugenia Łepkowska trafiła do Auschwitz-Birkenau z początkiem sierpnia 1944 roku, prawdopodobnie z rodzinnej Łęczycy, lecz identycznie jak w przypadku ostatniej ze znanych nam mieszkanek obozu, Berty Szachowskiej, o jej wcześniejszych losach nic więcej nie wiadomo.

Te trzy kobiety w latach 60. XX wieku zdecydowały się opisać pracownikom Muzeum w Oświęcimiu swoje losy. Tak powstała bardzo osobista opowieść o miejscu, które szczerze znienawidziły, choć samo w sobie niczemu nie było winne.

 

***

 

Pomiędzy 31 lipca a 3 sierpnia 1944 roku 375 więźniarek przetransportowano do KL- Hindenburg. Żydówki zastały podobóz jeszcze niewykończony. Wybudowano go tuż za odlewniami III i IV Donnersmarckhütte, gdzie więźniarki pracowały. Być może autorzy relacji po dwudziestu latach nie pamiętali już pewnych faktów albo starali się wymazać ze swojej pamięci tragedię, która naznaczyła piętnem całe ich życie. Pewnie dlatego i tym razem, podobnie jak w wielu innych sytuacjach, spotkałam się ze stwierdzeniem: „Ile było baraków, już nie pamiętam. Czy na bramie obozowej znajdował się jakiś napis, nie wiem. Gdy wracałyśmy z pracy, liczyli nas, owczarki szczekały, kąsali, czynili wrzask i tak codziennie. Nie patrzyłam na napis” (Berta). Na zewnątrz, poza ogrodzeniem, znajdowały się baraki (najprawdopodobniej dwa) zamieszkiwane przez SS-manów i żołnierzy Wehrmachtu: „Dom kierownika obozu i kwatery Niemców” (Berta). W październiku za nimi pojawiły się kolejne, do których sprowadzono mężczyzn – jednak o tej części podobozu wiemy bardzo niewiele. Teren ten był w całości ogrodzony drutem podłączonym do prądu, w rogach znajdowały się cztery budki strażnicze. Jedna z byłych więźniarek napisała: „Obóz był mały, ogrodzenie z elektrycznością jak w Oświęcimie”.

W październiku sprowadzono do baraków mężczyzn, byli to głównie żydzi z Czech. „Znajdowali się tam, gdzie był dom komendanta, byli ubrani w pasiaki, rozmawiali po niemiecku.” Jak podaje Helena: „nie miałyśmy z nimi żadnego kontaktu. Tylko przy posypywaniu naszego placu żwirem”.

W pierwszych dniach sierpnia więźniarki zajmowały się głównie pracami związanymi z przystosowaniem obozu do użytku, np. czyściły baraki z wiórów, napełniały sienniki słomą, brukowały drogę prowadzącą do bramy. Zaraz potem przybył do nich przedstawiciel Donnersmarckhütte. Wyznaczył on kobiety do poszczególnych działów huty i dokonał podziału na komanda. Większość przybyłych otrzymała pracę w DMH przy produkcji zapalników do granatów, a ok. 50 kobiet przy spawaniu. 10 zajęło się malowaniem wózków transportujących pod bomby lotnicze V1 i V2. Reszta pozostała wewnątrz obozu – żydówki czeskie i słowackie otrzymały funkcje, 6 kobiet zajmowało się pracą w kuchni, 2 sprzątały baraki. Po uruchomieniu szwalni znalazło tam pracę kolejnych 10. Cyganki w ogóle nie pracowały. Jak podaje była więźniarka, stanowiły tzw. „okrasę obozu” (Eugenia) – być może zajmowały się gotowaniem.

Jako żydzi oraz Cyganie więźniowie nie mogli otrzymywać żadnych paczek. Wszystko, co udało im się uzyskać spoza obozu, było wynikiem działań przekraczających granice prawne. Jedzenie wydawano trzy razy dziennie. Śniadanie spożywano w hucie w okolicach 8.30. Składały się na nie pajda chleba, kawałek margaryny i czarna kawa. Na obiad o 12 dowożono w kotle z obozu zupę – każdy otrzymywał po chochli – porcje wynosiły zapewne od pół do całego litra. W jej skład wchodziły przede wszystkim brukiew, kapusta, ziemniaki oraz buraki. Zupę spożywano w blaszanych miskach, własną łyżką. Latem więźniowie jedli na dworze, w zimie wewnątrz hali – koło pieca. Zdaniem więźniów jedzenie w Zabrzu było smaczniejsze niż w Brzezince. Wieczorem w obozie na kolację otrzymywano czarną kawę oraz, choć nie jest to wiadomość pewna, 300 g wojskowego chleba, łyżkę marmolady, kawałeczek margaryny, czasem konserwy. Według innej więźniarki, wieczorna pajda chleba miała zostać podzielona na części i wystarczyć również na śniadanie. Oprócz tego co niedzielę więźniowie w ramach tzw. „zulagi” dostawali kawałek chleba z margaryną, a później dodatkowo łyżkę cukru.

Więźniowie nosili na sobie pasiaki z przyszytą na rękawie gwiazdą Dawida. Kobiety nosiły chustki na głowach – włosom ostrzyżonym w Oświęcimiu pozwolono tutaj powoli odrastać. Niektórzy nosili własne buty, w Brzezince odbierano tylko te z wysokimi cholewami. Jeśli jednak uległy one zniszczeniu, otrzymywali obozowe drewniaki. Jesienią rozdawano dodatkowo ciepłą bieliznę, swetry, a kobietom również pończochy. Do pracy kobiety i mężczyźni zakładali granatowe kombinezony robocze oznaczone z tyłu czerwonymi pasami.

Spośród więźniarek były wyłaniane blokowe, zwykle zostawały nimi Czeszki i Słowaczki. Mówiło się o nich, że są „na funkcjach” (Helena). One też nadzorowały więźniarki bezpośrednio w obozie. Ich stosunki z polskimi żydówkami były zwykle napięte. We wspomnieniach Heleny pojawia się taki fragment: „Dokuczały nam, jak mogły. Pamiętam wypadek (…). Na podwórku siedziały kobiety i obierały kalarepki. Ponieważ były one bardzo wygłodzone, więc każda po drodze zabrała sobie kalarepkę. A w pewnej chwili zrobiły one (Czeszki) alarm i zawołały kucharza. Zaczęłyśmy uciekać do baraków. Ja należałam do tych ostrożnych. Bałam się i niczego nie wzięłam, więc nie uciekałam. A ponieważ nie uciekałam, to kucharz mnie złapał i uderzył w twarz – spuchła mi. Potem zawiadomił Lagerführera. Wtedy wywołano wszystkie kobiety z baraku i kazano nam robić karną gimnastykę. Trzeba było kucać prawie godzinę. Nogi nam szybko zdrętwiały, z oczu pociekły łzy”. Jednak w obozie panowała raczej duża swoboda. W wolnym czasie można było bez kłopotów przechodzić z baraku do baraku, kontrole zdarzały się bardzo rzadko. Właściwie od założenia podobozu tak naprawdę przeprowadzono tylko jedną kontrolę, podczas której u Heleny odkryto filc przyszyty do spodu swetra – dobrze chronił przed zimnem. Zameldowano o tym Lagerführerowi, który uderzył kobietę w twarz i kazał zgłosić się do niego w niedzielę dla odbycia kary. Ponieważ był wtedy pijany, co zdarzało mu się bardzo często, więźniarka postanowiła nie meldować się. Okazało się, że postąpiła słusznie – Lagerführer zapomniał o wydarzeniu, a kobieta uniknęła kary. Nie wykryto wtedy paczki z markami, którą miała ukrytą w bieliźnie.

Według dokumentów, na terenie obozu Hindenburg przebywało 10 SS-manek oraz 34 SS-manów i żołnierzy Wehrmachtu, do których zadań należało odprowadzanie kobiet do huty i pilnowanie, by podczas pracy nie kontaktowały się z robotnikami cywilnymi. Żołnierze Wehrmachtu zdecydowanie łagodniej traktowali więźniów niż SS-mani. Jak podaje jeden z rozmówców, gdy w hali nie było komendanta, żołnierze Wehrmachtu nie przeszkadzali żydówkom w kontaktach z innymi pracownikami huty. Jednak inspekcje komendanta zdarzały się dość często. Czasem wraz z komendantem pojawiała się tam także młoda lekarka, z którą robotnicy cywilni mogli się swobodnie porozumiewać. Jednak na niektórych stanowiskach kontakt z kimkolwiek spoza obozu był wykluczony – kobiety wspominają, że SS-mani otaczali je ze wszystkich stron i radykalnie przestrzegali zasady, zabraniającej więźniom porozumiewania się z kimkolwiek z zewnątrz.

Żydówki traktowano równie okrutnie jak w innych obozach, często były bite, nawet jeśli nie popełniły żadnego przewinienia. Najczęściej zdarzało się to w czasie drogi do pracy lub powrotu do obozu. Byłe więźniarki opisują różne sceny, np. w łaźni: „Kąpałyśmy się w duszach po zmianie na fabryce. SS-manki poganiały nas, gołych wyganiali na ulicę, biły pejczami i tak codziennie” (Berta). W czasie przechodzenia przez bramę obozową żydówki przeliczano. Podczas tej codziennej procedury były bite, kopane, gryzione przez psy. Helena opisuje historię swojej siostry, która nie pracowała w hucie i pozostawała przez cały dzień w podobozie: „(…) pełniła różne funkcje. Czasem była stubową, czasem pracowała na dworze w ogródku, kopała grządki. To była Frania. Kiedyś SS-man, który pilnował jej przy pracy, uznał, że źle trzyma łopatę, więc zbił ją tak strasznie tą łopatą, że ona leżała trzy dni i nie mogła się ruszać. Nie pamiętam nazwiska tego SS-mana”. W obozie i miejscach pracy żydówek pilnowali żołnierze SS i Wehrmachtu. Ci ostatni traktowali kobiety znacznie lepiej niż SS-mani. Przymykali oczy na podejmowane próby kontaktu z ludnością cywilną, nie znęcali się – co zostało poświadczone we wszystkich relacjach. W odróżnieniu od stosunkowo młodych, 20- i 30-letnich SS-manów, ludzie ci mieli za sobą walkę na frontach I wojny światowej, głównie jako kaprale. Jak podaje jedna z byłych więźniarek, byli to „przeważnie starsi ludzie. Gdy prowadzili nas do pracy, podsuwali komuś jabłko lub coś innego do jedzenia. To byli ludzie zupełnie inni, starszej daty i widać było, że nie mogą znieść hitlerowców”. Dobrze kobiety traktowali również majstrowie, z którymi pracowały. Tym „wybijającym się” w szczególny sposób przynosili czasem śniadanie z domu, co dla wygłodzonych więźniarek znaczyło bardzo wiele. „Gdy mogłam coś z tego zanieść (…) siostrom, to byłam jeszcze szczęśliwsza” (Berta).

W Hindenburgu nigdy nie odbywały się egzekucje. Oficjalnych kar, wymierzanych w oparciu o meldunki karne, nie stosowano. Za różne, zwykle drobne przewinienia kobiety zmuszano do gimnastyki bądź wielogodzinnego klęczenia. Więźniarkom przyłapanym na kontaktach z robotnikami obcinano włosy. Berta wspomina następującą sytuację: „Stałyśmy cały dzień w niedzielę na apelu, a biedną więźniarkę bili, ogolili, stała goła na środku”.

 

***

 

Likwidacja podobozu Hindenburg, tak męskiego, jak i żeńskiego, nastąpiła 19 stycznia 1945 roku. Po powrocie z pracy SS-Aufseherin Joanna Bormann nakazała więźniarkom przygotować się do drogi. Każda z nich mogła zabrać z sobą koc i prowiant, który składał się głównie z chleba. Pod wieczór żydówki wyprowadzono w stronę Gliwic. Pięć dni później – 24 stycznia – do Zabrza wkroczyła Armia Czerwona.

„Ewakuowano nas piechotą, dzień był mały i przez miasto przechodziłyśmy,kiedy było ciemno. Ochrona była ogromna, całe stada owczarków. SS-manki poganiały, biły pejczami” (Helena). Podróż ta skończyła się, gdy więźniarki doprowadzono do podobozu oświęcimskiego Gleiwitz II. Z gliwickich podobozów więźniów ewakuowano już dobę wcześniej, dlatego opuszczone przez nich baraki służyły za miejsca koncentracji ludności z wielu pobliskich obozów pracy podległych KL-Auschwitz. W Gliwicach żydówki z Hindenburga załadowano na węglarki i przewieziono do KL-Gross-Rosen. Z powodu wielkiego przepełnienia panującego w tym obozie nie zostały tam przyjęte, lecz skierowano je do KL-Bergen-Belsen. Dalsza podróż trwała ok. 2 tygodni. Wagony były wypełnione kobietami. Panował taki ścisk, że musiały one spać na zmianę – część odpoczywała przez pierwszą połowę nocy, a reszta przez drugą. Temperatury były bardzo niskie, padał śnieg. To właśnie on ratował więźniarkom życie – gasiły nim pragnienie, gdy zsuwał się z dachu do wnętrza wagonów. Co jakiś czas kobiety otrzymywały też po kilka chlebów. Gdy po tej straszliwej podróży przybyły do Bergen-Belsen, musiały przez cały dzień stać na polu w przemoczonej odzieży i podartych butach. Niektóre żydówki z wyczerpania siadały w kałużach. Pogoda nie sprzyjała im, wiał zimny wiatr, padał deszcz ze śniegiem. W tym obozie również nie było dla nich miejsca. Dopiero późnym wieczorem wprowadzono je do opróżnionego w międzyczasie baraku. Przez trzy dni nie wydano im żadnego pożywienia. Po kilku dniach do więźniarek przywiezionych z Hindenburga dołączyły żydówki węgierskie chore na tyfus. Choroba zaczęła się błyskawicznie rozprzestrzeniać. Codziennie z baraku wynoszono ok. 40 ciał. Warunki zakwaterowania były przerażające: „Spałyśmy na podłodze, za poduszkę służyło nam biodro koleżanki. Dokuczał nam głód. Raz dziennie dostawałyśmy pół szklanki skisłej zupy z brukwi i maleńką pajdkę chleba. Woda była niezdrowa. Codziennie umierała bardzo duża ilość kobiet. Przed barakami leżały sterty trupów. W Bergen-Belsen nie pracowałyśmy. Przebywałyśmy przez 10 tygodni w barakach, a naszym stałym zajęciem było zabijanie wszy, których było tysiące. Nasze paznokcie były czerwone od krwi” (Eugenia). 15 kwietnia 1945 roku do KL-Bergen-Belsen wkroczyli żołnierze VIII angielskiego korpusu pancernego. Zastali tam tylko trupy i zakaźne choroby, zdrowych więźniów było niewielu. Z podobozu Hindenburg z życiem uszło stamtąd 100, może 150 kobiet.

21 stycznia 1945 roku około godziny 22 z podobozu Gleiwitz II ewakuowano mężczyzn wraz z żydami przyprowadzonymi tam z Hindenburga, Bobrka i Monowic. Załadowano ich na odkryte wagony towarowe. Kierownikiem transportu był SS-Hauptscharführer Otto Moll – Lagerführer podobozu Gleiwitz I. Jego wyobraźnia rodziła niezwykle sadystyczne pomysły, które błyskawicznie wcielał w życie. Więźniowie prowadzonego przez niego podobozu sypiali 2 godziny na dobę, jedli nieosolone posiłki, po pracy przenosili ciężkie kamienie z jednego końca obozu w drugi. Czescy żydzi przez kilka miesięcy przebywający w Zabrzu zostali wywiezieni do KL-Buchenwald. Jednak o dalszych losach więźniów męskiej części podobozu Hindenburg nic więcej powiedzieć nie możemy.

***

Historia ta to opowieść o miejscu, które odcisnęło piętno na niejednym ludzkim życiu. Postanowiłam przedstawić ją, ingerując jak najmniej w relację Eugenii, Berty, Heleny… Jeśli one same o swoim życiu potrafiły pisać tylko jako o chronologicznym ciągu suchych faktów, tę decyzję należało uszanować. Jeśli chwilami styl opowieści razi lub nie pociąga tak, jak mogłaby to zrobić publicystyka – trudno. Spomiędzy słów niezinterpretowanych prawda wybłyskuje jaśniej.

Dziś chciałoby się przypomnieć zabrzanom te przykurzone historie. Pokazać miejsca, w których kiedyś dominowały strach i ból, a dziś prosperują firmy. Tuż obok znajduje się odnowiona siedziba Teatru Nowego, wybudowano centrum handlowe „Platan” i życie potoczyło się dalej wartkim strumieniem. Chciałoby się zapytać: dlaczego o tym nie pamiętacie? A potem nagle w głowie pojawia się wątpliwość, wsparta fragmentami tekstu Berty Szachowskiej: „Chciałabym o tym na zawsze zapomnieć”, i – niezbyt skrupulatnie wymazane przez cenzurę: „Nienawidzę tego miasta. Nigdy, nigdy nie chciałabym tam wrócić”.

Ziemia, którą koniecznie trzeba zagospodarować, żeby zapomnieć. Ziemia, której nie wolno bezcześcić, która ma stać się pomnikiem-nauczką dla przyszłych pokoleń. Ziemia, z którą nie wiadomo, co począć. Ziemia niczyja.

 

 

Tekst: Anna Leksy
Ilustracje: chcesz zilustrować ten tekst? Napisz na wspolpraca@mmc.org.pl
Licencja: http://creativecommons.org/licenses/by-nc-nd/3.0/pl/ opisany "Tekst autorstwa Anny Leksy stworzony dla projektu Mapa Miejsc Ciekawych www.mmc.org.pl".

comments powered by Disqus