Tu jesteś
costam
na marginesie:

Dąbrowa Miejska:

Jedna z dzielnic Bytomia powstała w wyniku rozwoju przemysłu. Lata swojej świetności przeżywała w drugiej połowie XIX wieku, aż do lat osiemdziesiątych wieku kolejnego. Mieszkało tutaj około czterech tysięcy ludzi, działały sklepy, szkoła, poczta, kościół. Lata osiemdziesiąte XX wieku i nasilające się szkody górnicze na zawsze zmieniły oblicze tego miejsca.

Dąbrowa Miejska w Bytomiu. Miejsce, którego nie ma

Koniec lat siedemdziesiątych XX wieku. Młody chłopak jechał na rowerze do domu ciotki w sąsiedniej dzielnicy. Jak zawsze, trochę pokręcił się po okolicy, przeca tu takie gryfne dziołchy mieszkają. Z oddali na przejeździe tramwajowym przy ulicy Węglowej widział odgrodzony teren, tłum ludzi. Ktoś nie pozwolił mu się tam zbliżyć. Stanik Kowol założył się, że podłoży nogę pod tramwaj. Na szczęście była to holcbajn[1], ale jego przeciwnik o tym nie wiedział. Przejazd tramwajowy i tory wspinające się ku górze są tak charakterystyczne, że kilka miesięcy później młody chłopak natychmiast rozpoznał to miejsce na filmowym ekranie. Od tego momentu przez wiele lat będzie opowiadać, jak o mały włos nie znalazł się na planie filmu Janusza Kidawy „Grzeszny żywot Franciszka Buły”.

 

fot. Agnieszka Młynarczyk

 

Dzisiaj przejazd tramwajowy nadal istnieje, tylko górka stała się jakby wyższa. Jeszcze trzydzieści lat temu to miejsce tętniło życiem. Nie tak dawno mieszkały tu cztery tysiące ludzi, dziś zaledwie pięć rodzin.

Dąbrowa Miejska od zawsze była miejskim lasem Bytomia. Już w średniowieczu bytomscy mieszczanie budowali swoje domy z dąbrowskich drzew. Kiedy w XIX wieku na Górnym Śląsku rozwijał się przemysł, rewolucja przemysłowa nie ominęła i tej ziemi. Wzdłuż szosy łączącej Bytom z Tarnowskimi Górami, wśród licznych małych kopalń galmanu, żelaza, ołowiu i cynku, osiedlali się ludzie. Budowali skromne domy, uprawiali ziemię, pracowali w okolicznych kopalniach. Z czasem stawali się coraz bogatsi, a i świat był coraz bogatszy. W końcu XIX wieku poza domami jednorodzinnymi z ogródkami i zagrodą, budowali także kamienice czynszowe, w których mogło mieszkać więcej rodzin. Tak Dąbrowa Miejska rosła w siłę. Powstawały kolejne sklepy, restauracje, zakłady rzemieślnicze. Wybudowano kościół, szkołę, bibliotekę, pocztę. Przed pierwszą wojną światową na północ od Dąbrowy, koło karczmy Wiktor powstał szyb wentylacyjny Kopalni Węgla Kamiennego Radzionków, który później wykorzystano do budowy nowej kopalni węgla, zwanej kolejno Beuthengrube, Bytom aż w końcu Powstańców Śląskich.

Główną ulicą Dąbrowy Miejskiej jest Strzelców Bytomskich, dawniej zwana Poznańską, a za Niemca Tarnowitz Strasse. Przez starszych nazywana „Szosą”. Jeszcze nie tak dawno była prościutka jak blat stołu, teraz przypomina górski krajobraz: podjazd-zjazd-góra-dół. Na wschód od „Szosy” Donnersmarckowie, właściciele tych ziem, założyli w pierwszej połowie XIX wieku kopalnię cynku i ołowiu Neuhof (Nowy Dwór). Na zachodzie powstała w tym czasie podobna kopalnia o nazwie „Victoria”, przez miejscowych zwana „Kociną”. Z „Szosą” łączyła ją ulica Węglowa, przy której znajdowała się długa, ale wąska hałda zwana „Abusem”. To z niej pan Manfred jako młody chłopak zjeżdżał ze swoimi kolegami na nartach. W północnej części Dąbrowy, w miejscu dawnej kopalni galmanu Magdalena, mieściła się kolonia o tej samej nazwie, zwana także „Dołkami”. Przy ulicy Leśnej (Strasse am Walde), prowadzącej z centrum Dąbrowy do Parku Leśnego, znajdowały się domy z gospodarstwami rolnymi. Ludzie mówią na to miejsce „Klachowiec”[2]. Na południu Dąbrowa sięga aż do górki i Śródmieścia.

W 1922 roku Górny Śląsk został podzielony pomiędzy Polskę i Niemcy. Dąbrowa Miejska została po niemieckiej stronie. Północną granicę Dąbrowy Miejskiej i Bojtnerki[3] stanowiła granica polsko-niemiecka. Przy dzisiejszej ulicy Celnej (Zollstrasse) wybudowano domy dla celników (stąd nazwa), pracujących na licznych w tej okolicy przejściach granicznych. Ludzie mieszkali po jednej stronie granicy, a pracowali często już po drugiej. Rozdzielone były rodziny, miejscowości, pola uprawne.

Wielu uprawiało kawałek ziemi na swoje potrzeby. Trzymało parę świń, krowę, kozy, konia. Bogatsi oddawali swoje konie w dzierżawę kopalniom. Do tego obowiązkowa hodowla gołębi. Czyje lepsze, ładniejsze, czyje szybciej przylecą z flugrów. Do największych gospodarzy na Dąbrowie należeli m.in. Lenart, Kempny, Honisz, Białas, Bulik, Pawlik, Woźniczka, Madejski, Spyra.

Zabudowę Dąbrowy stanowiły kamienice czynszowe z podwórkami i zabudowaniami gospodarskimi oraz domy jednorodzinne z gospodarstwami rolnymi. Pan Manfred wspomina dom Woźniczków jako jeden z bardziej reprezentatywnych: wysoki budynek, obłożony białą klinkierową cegłą, na szczycie elewacji frontowej dekoracyjny napis z datą. Reszta nie wyróżniała się jakoś specjalnie. Pani Mariola, zapytana o Woźniczków, mówi, że byli bardzo dobrymi ludźmi, którzy wielu pomogli.

Z opowieści dawnych mieszkańców wyłania się ich ogromne przywiązanie do ziemi, z której żyli, a także szacunek dla skromności i pracowitości. – Każdy każdego znał i starano się utrzymywać dobre kontakty sąsiedzkie. Jeden drugiemu pomagał, żyło się spokojnie – wspominają siostry, panie Aniela i Felicja, które mieszkają na Dąbrowie do dzisiaj. Pani Mariola przypomina sobie, jak po żur i słoneczniki chodziło się do pani Madejskiej. U Respondków było pierwsze video i cała dzielnica chodziła do nich na seanse. Ludzie żyli w zgodzie i starali się sobie wzajemnie pomagać.

fot. Agnieszka Młynarczyk

***

Starsza kobieta w chustce i z koszykiem sprzedaje bosym dzieciom swoje kołoczki. Taki widok był przed drugą wojną światową codziennością. Ponadto działały tutaj dwie piekarnie – u Kutza i Kaczorka. Kaczorek piekł chleb na podwórku domu Szmatlocha, gdzie znajdował się jeszcze sklep Markefki. – Nie było gorszego albo lepszego chleba, ważne że był – opowiada pani Aniela. Pani Mariola wspomina, jak jeszcze do lat osiemdziesiątych samemu się robiło chleb lub ciasto, a na wypiek nosiło się do piekarza. Niektórzy mieli piekarnioki na swoim podwórku. Pod piekarnią u Kutza wieczorami umawiała się młodzież. – Umawianie się w takim miejscu było dobrą wymówką na wieczorne wyjście. W domu się mówiło, że idzie się po świeży, nocny chleb, a tak naprawdę umawiało się ze znajomymi – opowiada pani Elżbieta o swojej młodości na Dąbrowie w latach siedemdziesiątych.

Szewc Józef Śmiech miał wypadek na kolei, przez co chodził z drewnianą nogą. Mieszkał w dwupiętrowym domu z czerwonej cegły powyżej skrzyżowania z ulicą Węglową w stronę Bytomia – relacjonuje pani Mariola. Rozwój osady wymagał rozwoju usług. Przed wojną na Dąbrowie było dwóch rzeźników – Koj i jeden z braci Lenartów. Później zajmowały się tym spółdzielnie. Ludzie bili jeszcze w swoich gospodarstwach. – Każde świniobicie było wydarzeniem – wspomina pani Aniela, która wydawała pozwolenia na domowy ubój zwierząt.

Przed wojną istniał m.in. sklep u Szmatlocha. Później to już czasy spółdzielni i GSU. Do Hajduka chodziło się do maglowni, a do poprawczaka u sióstr zakonnych, kawałek za południową granicą Dąbrowy, chodziło się z praniem ze spółdzielni i zakładów. Na Dąbrowie działało kilku furmanów, którzy zajmowali się wożeniem węgla, drewna i ziemniaków. Wielu wspomina Wernera Ogrodnika, który miał konia jeszcze przez wiele lat od swojej przeprowadzki do sąsiedniej Suchej Góry.

Niektórzy rodzice straszyli niegrzeczne dzieci czarnymi diabłami z Magdaleny. Na ulicach Dąbrowy można było spotkać umorusanych pracowników tutejszej sadzowi. Mały zakład, produkował sadzę do smarów, past do butów i innych. Dzisiaj w tym miejscu widać maszyny i uwijających się robotników w odblaskowych kamizelkach. Buduje się zjazd z autostrady A1.

fot. Agnieszka Młynarczyk

 

***

Pocztówka z początku XX wieku przedstawia eleganckie kobiety i mężczyzn podjeżdżających bryczkami pod Waldschloss (Zameczek Leśny). Wśród korony drzew widać restaurację Arthura Limmerta z dwoma spiczastymi wieżami w konstrukcji szachulcowej oraz szerokim tarasem. Od ostatnich lat XIX wieku było to miejsce wypoczynku tych bogatszych mieszkańców Bytomia. Mogli tam dobrze zjeść, napić się, potańczyć i uczestniczyć w modnych rozrywkach. Od 1913 roku bytomianie mogli do Zameczku dostać się tramwajem kursującym z samego centrum miasta. Wtedy na terenie wokół restauracji powstał bytomski Park Leśny, z licznymi alejkami, ławkami i polanami, gdzie można było odpocząć lub zagrać w piłkę. Jednak w latach trzydziestych zameczek musiał zostać rozebrany, a w jego miejsce bytomianie wybudowali nową restaurację, nawiązującą do modernistycznych jednopiętrowych pawilonów. Przez kolejne czterdzieści lat było to nadal miejsce rekreacji mieszkańców, już nie tylko tych najbogatszych. W każdą niedzielę rzesze mieszkańców pielgrzymowały do tej ostoi zieleni, aby odpocząć i zaczerpnąć świeżego powietrza. Do momentu kolejnej rozbiórki, po której w tym miejscu nie powstało już nic nowego. Tramwaj został zlikwidowany, restauracja zamknięta i spacerowiczów już jakby mniej. Dzisiaj, szukając dawnej świetności tego miejsca, spotyka się już tylko pojedyncze cegły i ledwo widoczny nasyp torów tramwajowych zarośnięty krzakami. Waldschloss nie istnieje.

Do dzisiaj działa inna leśna restauracja – Pod Dębem, znana powszechnie jako U Wójcika. W 1922 roku Martin Foitzik założył przy nowo powstałej granicy polsko-niemieckiej restaurację Grenzbaude (Granicza Buda). Początkowo wyglądała faktycznie jak buda lub szopa. Głównymi gośćmi byli żołnierze ćwiczący na znajdującej się w sąsiedztwie strzelnicy wojskowej. Dzięki stałej klienteli lokal się rozbudowywał, cieszył oko białymi ramami okien i zielonymi okiennicami. Po wojnie było to kolejne miejsce rekreacji i odpoczynku na bytomskiej mapie. – Jeszcze dwadzieścia lat temu na okolicznych polanach były huśtawki, zjeżdżalnie, miejsce do gry w piłkę i pikników – opowiada pan Edmund. Dzisiaj rozbudowany Zajazd Pod Dębem jest popularnym wśród bytomian miejscem na organizację rodzinnych obiadów, wesel, komunii i innych uroczystości[4].

 

fot. Agnieszka Młynarczyk

 

***

Z uwagi na coraz większą liczbę mieszkańców w połowie XIX sytuacja wymusiła budowę szkoły. W 1873 roku mieszkańcy postawili budynek, który rozrósł się sześćdziesiąt lat później. W szkole znalazły się mieszkania dla nauczycieli, którzy zajęli poza tym Dom Nauczyciela (w którym prowadzono także przedszkole). W czasie wojny budynek został poważnie uszkodzony. Później był jednym z ostatnich, który zniknął z mapy dzielnicy. Przez ostatnie lata istnienia mieścił się w nim zakład produkujący makaron. Podobno w czasie rozbiórki pod podłogą znaleziono skład amunicji. Przy szkole w osobnym budynku znajdowała się sala gimnastyczna. Przez starszych nazywana „turnhalą”[5]. – Niejeden mecz się w tym miejscu wygrało – wspomina pan Edmund. Przez wiele lat obok szkoły, w drewnianym domku mieszkała woźna i szefowa podwórka, pani Miedza. Do szkoły chodziły miejscowe dzieci oraz dzieci z pobliskiej Bojtnerki, m.in. pan Manfred. – Mieliśmy tak daleko, że jak wychodziłem z domu, to moi koledzy z Dąbrowy dopiero wstawali z łóżek – wspomina. Dzisiaj w tym miejscu obwodnica północna Bytomia przecina wiaduktem ulicę Strzelców Bytomskich.

Przed wojną siostry boromeuszki prowadziły swoje przedszkole. Później opiekowały się kościołem i chorymi w okolicy. Trudno powiedzieć, gdzie w jakich latach mieszkały. Podobno w czasie wojny zajmowały poddasze w nowej części szkoły, a po wojnie mieszkały u Kutza. Drugie przedszkole znajdowało się w szkole, a później w osobnym budynku.

***

Dzisiaj salon Peugeot. W czasie drugiej wojny światowej w tym miejscu w zaledwie trzech barakach mieścił się obóz jeniecki dla Italoków[6]. Kawałek dalej na rogu ulicy Leśnej i Strzelców Bytomskich (w miejscu dzisiejszych bloków) znajdował się drugi obóz dla ukraińskich jeńców. Po wojnie wielu z nich chciało tutaj zostać, żenili się i zakładali rodziny. – Jeden z tych pozostałych tutaj miał drewnianą nogę, ale zginął niedługo na kopalni –  przypomina sobie pan Manfred.

Na rogu ulic Dąbrowa Miejska i Strzelców Bytomskich znajduje się krzyż. Uwagę przejeżdżających zwraca starszy pan, sadzący kwiatki i wyrywający chwasty. Krzyż stał tutaj jeszcze przed tragedią. Niemiecki snajper zastrzelił w tym miejscu radzieckiego oficera. W odwecie zabito dwudziestu ośmiu mieszkańców, w tym kobiety i dzieci, nawet pięcioletnią dziewczynkę. Dawni mieszkańcy dobrze pamiętają dzień „wyzwolenia przez Armię Czerwoną” – 27 stycznia 1945 roku.

***

Jesiennego dnia Dąbrowa witała wspaniałych gości, m.in. nadburmistrza Bytomia, konsula polskiego, hrabiego Donnersmarcka i przedstawicieli dyrekcji Zakładów Schaffgotschów. Biskup wrocławski kardynał Adolf Bertram dokonał w czasie uroczystej mszy konsekracji nowego kościoła. Wieczorem na tzw. promenadzie odbył się wielki festyn, który zgromadził wielkich tego miasta i okolicznych mieszkańców. Plac pod budowę ofiarował hrabia Donnersmarck. Plan kościoła i plebanii przygotował Theodor Ehl z Bytomia. Architekt zaprojektował świątynię w stylu modernistycznym z elementami eklektyzmu. Prosta i oszczędna bryła łączy się z neobarokowym hełmem i neoromańskimi półokrągłymi łukami okien. Prace posuwały się bardzo szybko, od wmurowania węgla kamiennego do konsekracji minął zaledwie rok. Przez kolejne lata ze względu na znajdujące się w sąsiedztwie kopalnie i ruchliwą ulicę gospodarze kościoła byli zmuszeni do przeprowadzania częstych remontów i prac zabezpieczających. Dzisiaj kościół nadal istnieje, wciśnięty między obwodnicę miasta, autostradę A1 i drogę krajową. Proboszcz przygotowuje się do budowy nowego, w zamieszkałej części parafii. Świątynia jest oddalona od zamieszkałej Bojtnerki około trzy kilometry. W tygodniu, w gorszą pogodę, zdarza się, że ksiądz odprawia mszę świętą sam.

***

W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych mieszkańcy dostali mieszkania z wyburzenia. Władze ulokowały ich w okolicznych dzielnicach – na Bojtnerce, Stroszku, Osiedlu na Wzgórzu i w centrum miasta. Wielu wyjechało do Niemiec. Ludzie, którzy przez lata mieszkali obok siebie, nagle zostali rozdzieleni. Mimo to wielu z nich przez kolejne lata utrzymywało kontakt. Na niedzielnej mszy gromadzą się byli mieszkańcy dzielnicy. Jeszcze przez kilkadziesiąt minut po zakończeniu widać ich dyskutujących przed świątynią. Wspominają dawne czasy, pytają, co słychać i dowiadują się, co się dzieje z innymi.

U nas w pokoju chodziło się pod górkę. Przed wyprowadzką w rogu budynku powstała dziura, przez którą mogliśmy wyglądać na zewnątrz – opowiada pani Mariola. Zaczęły pękać ściany, odpadać tynki, całe budynki ulegały pochyleniu, zalewało piwnice. Wszystkiemu winne były szkody górnicze. – Bytom to nie tylko dzisiejszy Karb. My to już przeżyliśmy trzydzieści lat temu, kiedy strach było w takim miejscu mieszkać opowiada ze smutkiem pani Jadwiga. Nagle ludzie musieli zostawić swój cały dobytek i budować wszystko od nowa.

Dzisiaj dawnej Dąbrowy Miejskiej już nie ma. Gdzieniegdzie widać jeszcze relikty tamtej świetności, ale nie oddają one krajobrazu dawnych lat. Tam, gdzie były pola uprawne, gdzie stały domy, gospodarstwa, sklepy, szkoła, zakłady pracy, dzisiaj można poruszać się samochodem po obwodnicy miasta (a już niedługo po autostradzie), można kupić samochód w jednym z wielu salonów, a także części budowlane czy samochodowe. Dawna osada przemysłowo-rolnicza przekształciła się w zaplecze usługowo-handlowe miasta. W dzielnicy zamieszkanych jest zaledwie kilka domów, z czego i tak większość należy do jednej familii. Starsi próbują żyć tak jak dawniej, wspominając lepsze czasy. – Kiedyś Dąbrowa była, mimo głównej Szosy i kopalni, spokojną ostoją wśród drzew i pól. Każdej niedzieli ulicą Leśną zmierzały do Parku Leśnego całe rodziny, aby odpocząć – wspominają z rozrzewnieniem panie Aniela i Felicja. – Dzisiaj młodzi, przejeżdżając przez Dąbrowę, widzą tylko kościół, a nie wiedzą, że jeszcze wcale nie tak dawno mieszkały tutaj tysiące ludzi –żali się Magdalena, wnuczka jednej z obecnych mieszkanek dzielnicy, pamiętająca ostatnie lata świetności tego miejsca z wczesnych lat dzieciństwa. Kiedy do Polski przyjeżdżają z Niemiec byli mieszkańcy osady, obowiązkowo udają się do swego Heimatu. Aby odwiedzić groby swoich przodków, powspominać, może spotkać kogoś z dawnych lat. Po latach przyjeżdżają i nie wierzą swoim oczom.

 

 

Tekst: Justyna Dziembała
Fotografie: w tekście fotografie współczesne tego miejsa- Agnieszka Młynarczyk, miniatura - Justyna Dziembała
licencja: wszelkie prawa zastrzeżone.



[1]              Drewniana noga

[2]              Klachać w gwarze śląskiej oznacza 'plotkować'.

[3]              Kolonia Szczęście Górnika, zwana potocznie Bojtnerką, znajduje się na północ od Dąbrowy Miejskiej. Obecnie należy do dzielnicy Stroszek w Bytomiu.

[4]              Dawni mieszkańcy Dąbrowy Miejskiej wspominają również takie restauracje jak: Gasthaus zum Schwarzem Bären (Gospoda pod Czarnym Niedźwiedziem), Gasthaus zum letzten Groschen (Gospoda pod Ostatnim Groszem), zajazd Ausspanung (Relaks) prowadzony przez braci Kokot, a po wojnie – U Hajduka i U Handza.

[5]              Turnhalle po niemiecku oznacza salę gimnastyczną.

[6]              Włoscy jeńcy.

comments powered by Disqus