Tu jesteś
costam
na marginesie:

Bolek

Emerytowany polonista i poeta amator. Przez lata działał w Miejskim Domu Kultury „Południe” w Katowicach-Piotrowicach. Prowadził m.in. grupę aktorską MIT KIT (nieoficjalnie: Kizia Mizia). Zajmował się organizacją konkursu „Miłość niejedno ma imię”. Odrobinę niezorganizowany, anachroniczny, ale jednocześnie posiadający niesamowitą energię, entuzjazm i humor. | Zmarł w 2012 [*]

Pan Franek

Emerytowany górnik, portier w Domu Kultury. Kiedyś prowadził Klub Pracy. Wielki miłośnik barbórek oraz śląskiej tradycji i języka. Wesoła, otwarta i towarzyska postać, „Dobra dusza” Domu Kultury.” Błażej: nauczyciel wiedzy o społeczeństwie w jednej ze szkół. Z zamiłowania także grafik. Kierownik MDK „Południe” w Piotrowicach. Sympatyczny i zawsze pomocny.

Pani Krystyna

W Miejskim Domu Kultury „Południe” działa od momentu jego założenia. Zaczynała od prowadzenia zajęć Klubu Alaska. Uwielbia naturę i las. Niezwykle energiczna i zaradna kobieta. Aktualnie zajmuje się organizowaniem w MDK różnych spotkań i wieczorków autorskich.

Iza Ochman

Absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Stworzyła i koordynowała konkurs literacki „Sny malarzy, sny poetów”. Prowadzi warsztaty twórcze. Lubi pisać, interesuje się sztuką, dziennikarstwem i psychologią. Pełna entuzjazmu, szczera, w każdym człowieku odnajduje to, co najlepsze. Ma niesamowity zmysł do analizy.

Cenne światy

Bolek. Lat około siedemdziesiąt. Siwe włosy, duży nos. Entuzjazm właściwy znacznie młodszym ludziom. Emerytowany nauczyciel polskiego, który prowadził kiedyś zajęcia w MDK Piotrowice. Każdą młodą osobę, która miała z nim kontakt, namawiał do tego, żeby być z nim na ty. Co nie było wcale proste ze względu na dużą różnicę wieku.

W tamtym okresie, to mogło być jakieś pięć lat temu, otaczała go grupka młodzieży z okolicznych gimnazjów. Głównie dziewczyn, jak to zazwyczaj bywa przy tego typu kulturalnych inicjatywach. Rok 2007 to był chyba najlepszy dla niego czas. Bolek przygotowywał wtedy ze swoimi podopiecznymi inscenizacje pojedynczych scen ze „Ślubów Panieńskich” Fredry i recytację wierszy napisanych przez Marię Pawlikowską-Jasnorzewską.

 

Miłość

 

Miłość – to było coś, czym Bolek był namiętnie i bez przerwy opętany! Nadmieniał, wspominał, zahaczał i poruszał wciąż temat miłości, zakochania. Był inicjatorem konkursu „Miłość niejedno ma imię”, który prowadził przez ponad dekadę. Na ostatniej stronie tomiku z pierwszej edycji konkursu umieścił pewien wiersz (pisownia oryginalna):


        WIOSNĄ ODDAJĘ TOBIĘ… TOBIĘ… I WAM
        MÓJ SELEDYNOWY ŚWIAT
        W KTÓRYM
        SŁOWA GESTÓW STAJĄ SIĘ
        CIEPŁEM TWOICH WARG
            I
        ZDA SIĘ WSZYSTKO IDZIE ZE MNĄ
        NAJLEPSZĄ Z DRÓG
        MOSZCZĄC JĄ
        SNOPAMI SENSÓW
        ROZMODLONYCH
        MIŁOŚCIĄ
        TWOJEGO
        ISTNIENIA!

Data: 22 kwietnia 1999. Autor: Bolesław Jankowiak.

 

Każdy, kto go znał, mógłby spokojnie opowiedzieć o jego seledynowym świecie. Był to świat wiosny, którą z każdym chciał się dzielić. Na zajęcia Bolek zawsze przynosił jakąś czekoladę. Pomimo różnicy wieku zajęcia zawsze wyglądały jak spotkanie grupki starych znajomych. – Bolek jest ponadczasowy – powiedziała kiedyś Iza. Grupa teatralna, którą prowadził, nazywała się MIT KIT. W gronie członków grupy przyjęła się alternatywna nazwa – Kizia Mizia. Właśnie tak to wyglądało, taka trochę kizia mizia, przede wszystkim grupa przypadkowo zebranych młodych ludzi. Tylko tymczasowo, dzięki energii i charakterowi Bolka, udało się ją spolaryzować. Nie było w tym wszystkim jednak żadnego celu. Nic ich nie łączyło – poza samą młodością.

Bolek na zajęcia przynosił przeróżne kserówki, najczęściej były to jakieś utwory. Czasem odręcznie spisywał fragmenty wierszy albo jakieś zadania związane z maturą z języka polskiego. Próbował chyba nauczyć czegoś swoich podopiecznych albo sprowokować jakąś rozmowę. To wszystko było bardzo chaotyczne. Często też przynosił kserokopie kartek z wróżbami, np. jak czytać z dłoni?, albo horoskopy według znaków zodiaku. Zdarzało się, że cytował coś z pamięci i kazał zapisywać. Najczęściej były to aforyzmy, szczątki myśli, rzeczy bez sensu. Było to trochę takie jak młodość, jak wiosna, pełna pozytywnej energii wylewającej się kolorową falą. Czy tylko po to, żeby rozlać się po plaży i wsiąknąć w gorący piasek? Tam było coś jeszcze.

W końcu Bolek ze swoimi podopiecznymi zaprezentował w domu kultury na Murckach parę scenek ze „Ślubów Panieńskich” i wiersze Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. W małej sali, przed małą publicznością mała część artystyczna tuż po występie grupy tanecznej. Miała nawet przyjechać Wisława Szymborska, ale podobno się rozchorowała. Po wszystkim osoby występujące na scenie dostały dobrą czekoladę, to był chyba Nussbeisser Alpen Gold, i tomik z wierszami finalistów konkursu. Czekoladę zjedli, a z wierszy podśmiewywali się, czekając na autobus gdzieś na ławce w parku. Potem nastał długi i pusty czas, kiedy na zajęciach nie potrafili odnaleźć swojego celu. Z tygodnia na tydzień przychodziło coraz mniej osób, czasem były tylko trzy, wliczając Bolka.

Ludzie powyrastali, poszli do liceów, przestali chodzić na zajęcia. Bolek zajmował się trochę warsztatami dziennikarskimi. Próbowano też uruchomić w MDK jakąś gazetkę. Nic konkretnego z tego jednak nie wyszło. Dalej było wesoło i miło na spotkaniach. Jednak z Bolka i pozostałych osób uszło trochę energii.

Iza współpracowała z Bolkiem przy finale XI edycji konkursu „Miłość niejedno ma imię”. Uważa, że w tamtym czasie Bolek był już zmęczony tematem „miłości”. Można go sobie wyobrazić, jak beznamiętnie przerzuca sterty wierszy nadesłanych na konkurs, wszystkie w sposób naiwny do siebie podobne. Gdzieniegdzie tylko jakiś przebłysk talentu, prawdziwy albo wyłącznie przypuszczony. Setki wierszy o tematyce miłosnej. Kiedyś przyniósł ich kilka na zajęcia. Chciał dowiedzieć się, co inni o nich myślą. Bardzo trudno czytać wiersze mechanicznie i hurtowo, można się łatwo w tym pogubić.

– Bolek jest kochliwy, mógł sam być zakochany przy okazji pierwszej edycji konkursu – mówi Iza. – Jednak wraz z dojrzewaniem, ze starzeniem się ta jego natura i spojrzenie na świat trochę się zmieniły. Powoli odchodził od tematu miłości, zmęczył się nim.

 

W drobny mak

 

Bolek wiele razy szukał kogoś, kto zastąpiłby go za sterami konkursu. Miała to być Julia Włodarczyk, poetka, laureatka jednej z edycji (jeszcze jako Julia Zadrożna). Julia stworzyła nawet, wraz z przyjaciółmi skupionymi wokół tego konkursu, stowarzyszenie Metasfora. Chciała, by było rozpoznawalne i (przynajmniej tutaj, na Śląsku) coś znaczyło. Niestety potem ucichło o stowarzyszeniu, długo nic nie było wiadomo i dopiero niedawno
powrócili z warsztatami literackimi. 

Mury MDK pamiętają wiele marzeń, które rozbiły się w drobny mak gdzieś w codzienności. Bolek szukał nowego spojrzenia. Czuł, że temat miłości się już wytarł. Iza, absolwentka filologii polskiej, zaproponowała, żeby połączyć malarstwo ze słowem. Tak powstał nowy konkurs.

„Sny malarzy, sny poetów” były rzeczywistym powiewem świeżości. Liczba wierszy nadesłanych na konkurs była podobna do tej otrzymanej przy okazji ostatniej edycji „Miłość niejedno ma imię”, ale stały na wyższym poziomie. Pierwszy tomik z finału konkursu w 2011 roku był ładny, przejrzysty, oszczędny. W przedmowie zatytułowanej „Czas snów” Iza napisała: „Sny” stały się mentalną podwaliną tego Konkursu, gdyż zawierają one w sobie wiedzę ukrytą dla samego podmiotu śniącego, choć przecież pochodzącą z jego wnętrza. Podobnie rzecz ma się z twórczością i twórcami: pisząc, zgadzamy się na element zaskoczenia sobą. Jeśli pisanie byłoby tak spontaniczne jak śnienie, mielibyśmy naprawdę co czytać, a że przeważnie nie jest, to na rynku ukazuje się wiele pozycji słabych, przewidywalnych, płytkich. Była zafascynowana psychoanalizą i podświadomością. Często przytaczała idee forsowane przez Freuda albo Junga. Sfera podświadomości była częstą inspiracją warsztatów twórczych, które prowadziła w MDK.

Warsztaty prowadzone przez Izę były czymś całkiem innym niż zajęcia z Bolkiem. Do Izy przychodziły zawsze bardzo różne osoby, malarze, poeci, ludzie głośni albo cisi. Były to prawie zawsze osoby z niespokojnym duchem, nie do końca normalne. Przez ostatnie dwa lata przez mały pokoik w MDK w Piotrowicach, w którym Iza prowadziła zajęcia, przewinęło się wiele niesamowitych osób. Tyle twórczych osobowości, ściszonych, wycofanych albo wręcz przeciwnie – głośnych, dominujących. Tyle różnych wymiarów poezji i tworzenia, że aż trudno wszystkie wyliczyć. Oczywiście nie było tam samych geniuszy (o ile w ogóle jacyś byli). Ale też nie chodziło o to, żeby tworzyć wiekopomne arcydzieła. – Bóg jeden wie – mówi Iza – co my na tych zajęciach robimy.

Iza potrafiła w każdym zapisanym zdaniu czy słowie odnaleźć poezję i głębię znaczeń. Zawsze szperała, dokopywała się do najgłębszych znaczeń i znajdowała je, także w człowieku, który przychodził dzielić się swoją twórczością. Będąc tam, można było poczuć się wyjątkowym. Powstał też blog, na którym publikowano utwory uczestników warsztatów.

Iza zastanawiała się, czemu ludzie, na początku tak entuzjastycznie nastawieni do jej zajęć, szybko rezygnują, przestają jej odpowiadać. Dlaczego traci z nimi kontakt. Można by pójść dalej tym tropem. Czemu ludzie mijają się i nie potrafią się odnaleźć, nie potrafią odnaleźć siebie samych? Czemu to wszystko w MDK jest przypadkowe, cenne i byle jakie? Takie niepewne i tak często się nie udaje?

Krystyna Mitręgowa, która prowadziła niegdyś w MDK Klub Alaska uważa, że nie można nic zrobić z powodu braku funduszy. Kiedyś były pieniądze, byli sponsorzy – właśnie wtedy działał Klub Alaska. Były wspólne wyjazdy, a na spotkaniach takie ilości ciasta, że każdy mógł się najeść do syta. Ogniska, grille, tipi w Lędzinach, prezydent Uszok, artykuły w gazetach i nagrania w telewizji. Było nawet darmowe piwo. To były czasy. Tam też spotykali się niesamowici ludzie w bardzo różnym wieku. – Wszyscy byliśmy kopnięci – mówiła Mitręgowa kilka lat po tym, jak Alaska przestała istnieć. Klub Alaska powstał na fali popularności telewizyjnego serialu „Przystanek Alaska”. Propagował te same wartości, co film: tolerancję, wzajemną pomoc, silne związki z przyrodą. Niektórzy członkowie rzeczywiście byli owładnięci ekologiczną pasją. Inni przychodzili tylko po to, żeby się najeść i napić. Były pewnie też i inne powody.

Krystyna Mitręgowa mówi, że Alaska rozpadła się ze względu na brak pieniędzy. Uważa, że wszystko, czego brakuje, to pieniądze. Gdyby one były, to na pewno można by znowu zorganizować coś podobnego i ludzie znów by przychodzili, tak jak kiedyś. – Ludzie są teraz mocno pogubieni – mówi. – Wszyscy chcą tylko zarabiać coraz większe pieniądze.

Iza ostatnio zapisała się na kurs kosmetyczny. Za warsztaty twórcze, które prowadzi w MDK w Piotrowicach, nie otrzymuje wynagrodzenia.

Nawet pan Franek, portier, mówi, że „za darmo umarło”, chociaż kiedyś, przez kilka lat, prowadził Klub Pracy w Piotrowicach jako wolontariusz. – Ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, żeby ktoś słuchał – powtarza – żeby ktoś chciał przyjść i zrobić coś, posłuchać. Chociaż coraz mniej ludzi interesuje się kulturą, mało kto ma ochotę się ruszać z domu. – Pan Franek skarży się, że na koncert chóru, w którym śpiewa, do parku chorzowskiego przychodziło czasem zaledwie dwadzieścia osób.

– Jak są na warsztatach dwie osoby, to też jest dobrze – napisała kiedyś w mailu Iza. – Bo te dwie osoby to skarb, bogactwo osobowości, cenne światy!

 

[Bolesław Jankowiak zmarł niedługo po zakończeniu prac nad reportażem, w wieku 76 lat. Został pochowany 3 kwietnia na cmentarzu ewangelickim przy ul. Francuskiej w Katowicach. "Będzie nam bardzo brakowało jego
poczucia humoru, dystansu do świata i pomocnej dłoni, którą zawsze do nas wyciągał."*.

* Pracownicy MDK "Południe" w Katowicach (źródło).

 

Tekst: Olaf Józefoski
Ilustracja: jeśli chcesz ilustrować ten tekst, napisz na wspolpraca@mmc@org.pl
Licencja: wszelkie prawa zastrzezone.

comments powered by Disqus