Tu jesteś
costam
na marginesie:

Osiedle Akademickie Ligota

Położone w lesie, przy ostatnim przystanku linii autobusowych 812, 912, 12 i kilku innych, osiedle mieszkalne studentów Uniwersytetu Śląskiego. Składają się nie Dom Studencki nr 1, słynący z mieszczącego się w nim Radia Egida oraz względnie spokojnego usposobienia braci; Dom Studencki nr 7, słynący z wielonarodowościowego towarzystwa, wyższego standardu pokoi oraz klubu Straszny Dwór; Dom Studencki nr 2, słynący z dużej kreatywności imprezowej studentów, głównie kierunków społecznych i humanistycznych. Oraz (od kilku lat opustoszały) DS3. To, z czego Domy Studenckie słyną można uznać za umowne oraz zmienne, ponieważ kolejne roczniki tworzą klimat Ligoty na nowo. Tylko dziki, Okrąglak i panie z "Aro" pozostają bez zmian.

Ligockie anioły

Mówi, że zdrowie. Zdrowie go rozłożyło. Wcześniej prowadził własną działalność, zwiedził trochę świata. Pytam, czy nie żałuje. Twierdzi, że zna wiele miejsc poza niewielką ladą wnęki dla portierów, w których mógłby być o 19.00 czy 24.00.

Miał bar. Przez cztery lata. Nasłuchał się wielu opowieści. Mówi, że był jak ksiądz. I podobnie jak księdza obowiązywała go tajemnica spowiedzi. Widział różne rzeczy, musiał być cierpliwy. Szczególnie względem osób, które lubiły częściej przechylać kieliszek. Czy w zestawieniu z takimi delikwentami można o studentach myśleć gorzej? Mówi, że to zależy od odbierającego. Ale zapału i radości z bliskości młodej, świeżej krwi jakoś po nim nie widać.

Rozglądam się wkoło. Cisza, spokój, żywej duszy tu nie ma. Czwartek wieczór... To chyba niemożliwe, żeby się uczyli? W końcu nie jest żadną tajemnicą, że czwartek dla wielu studentów to czwarty do kompletu dzień weekendu. Zaraz po piątku, sobocie i niedzieli. A bywa, że i poniedziałki nie są gorsze... – To cisza przed burzą – informuje mnie. – Tu się dopiero zacznie.

– Czyli jest źle? – pytam. – Z roku na rok coraz gorzej. – Kręci głową. – Każdy rocznik coraz gorszy. – Sięga po fajranty. – Te papierosy to z naszego powodu? – Mówi, że nie, ale zaprzecza także, że dla przyjemności. Zatem po co? Chyba nie jest tak, że nie wie, ale odpowiedzieć też nie potrafi. Wzrusza ramionami.

Czy K. jest w stanie wygłosić jakąś konkluzję na temat studentów? Czy zamilknie jak spowiednik z baru? – Przesada jest gorsza od faszyzmu – słyszę.

 

***

 

Pani H. stróżuje już siódmy rok. Od razu stwierdza, że to, co jest dziś, jest nie-po-rów-ny-wal-ne do tego, co było jeszcze dziesięć lat temu. Mówi wprost, co obserwuje. Pozornie oschła i niewzruszona, nie jest jednak ani sztywna, ani niemiła. Z młodzieżą komunikuje się na zupełnym luzie. Widać, że studenci ją lubią. Najwyraźniej są świadomi, że gdy nawet czegoś im zabroni, to nie zrobi tego celowo i na przekór. Zrobi to, aby ich chronić.

Wychowała piątkę dzieci. To nie przelewki. Widać jednak, że trudno patrzy się jej na dzisiejsze pokolenie. Jakby ze smutkiem. Jakby coś bardzo wartościowego przepadło i miało już nigdy nie wrócić.

Pani I., Anioł z „siódemki”, ma blond włosy. Od razu woła mnie do pokoju, jednak nie możemy jeszcze zacząć rozmowy, bo w okienko ciągle głowę wsadzają kolejni studenci. Siedzę, czekam i patrzę. Niesamowite, jak bardzo rozanielona jest na widok każdego z nich. Ma wspaniały śmiech. Głęboki, choć lekki. Przenikliwy, choć kobiecy. Stróżuje... dwudziesty czwarty rok.

Na Śląsk przybyła za mężem, jeszcze jako bardzo młoda dziewczyna. Szukała pracy. A że trafiła się taka oferta, zdecydowała się od razu. Nie żałuje. Mówi, że jest fantastycznie. Że to uwielbia. Uwielbia, bo kocha pracę z ludźmi. Ludzi tu rzeczywiście pod dostatkiem – ot, skromne 580 osób. Praca daje jej siłę i optymizm, dzięki niej ciągle czuje się młoda. Ale czy zawsze było tak kolorowo?

 

[Cienie...]: Pani H. przytacza historię jednego chłopaka. Jest nim strasznie zasmucona. Mówi, że bardzo go ceniła, że był bardzo zdolny, uczynny, miły... Słowem: mucha nie siada. Pięknie jej się tak o nim myślało, aż do pewnego dnia. Rozmawiał przez telefon. Z matką. – Zatkało mnie – mówi. – Taki wspaniały chłopak, ja go tak bardzo lubiłam. Jak on pięknie opowiadał. Szczęka by ci z zawiasów wypadła. A on takie coś.Zacytowała swojego ulubieńca... Rzeczywiście – mogło ją zmrozić.

 

[…blaski]: Z językami obcymi, choć niekoniecznie z „łaciną”, spotkała się się również pani I. Skoro jest tu już tak długo, to jak było kiedyś, dopytuję. – Ach wspaniale! – zaczyna zachwalać studentów. Wymienia, jakie wydziały „studiowały” w jakich akademikach. „Siódemce” przypadała kiedyś m.in. socjologia, politologia, prawo. Byli tu też studenci Akademii Ekonomicznej, teraz mają już własny ośrodek. Ci z ŚUM-u (medycznego) byli i są nadal. Należy tu też Erasmus, stąd tylu obcokrajowców. Wymienia dotychczasowych przybyłych: Włosi, Hiszpanie, Chińczycy, Tajwańczycy, Chorwaci, Czesi, Ukraińcy, Słowacy, Niemcy, Białorusini.

 

W okienku pojawia się dwóch „zagranicznych”. Po polsku tylko bąkają, ale w końcu co to za problem.– Do 9 grudnia, tak? Nie do 10, tylko do 9? – dopytuje chłopaka po polsku, jak rodaka. – Nine – pada odpowiedź. Więc się dogadali.

 

[Cienie...]: Anielica H. nie ukrywa, że denerwuje ją trzymanie zwierząt w mieszkaniach. Mówi, że powinni tego zabronić. Bo kto to widział, żeby w takich małych pokoikach dwa wielkie psy trzymać! Jak na zawołanie, po niedługim czasie mam okazję zobaczyć te dwa wilkołaki. Rzeczywiście, jakby je rozłożyć razem z łapami, miałyby z metr siedemdziesiąt, o ile nie więcej... Po chwili na dwór wybiega roznegliżowana dziewczyna. Roznegliżowana, bo tylko w koszulce na ramiączkach, nie zważając na chłód. Wraca wściekła – uciekł jej pies. Spoglądam na Anioła, Anioł spogląda na nią wszystko wyrażającym spojrzeniem. Ale co może zrobić? Nie jej dziecko, więc nie pociągnie za ucho i nie zmusi do założenia kurtki. Ze swoim pewnie tak by zrobiła. Tu może tylko patrzeć. Z przerażeniem.

 

[…blaski]: Panią I. przeraża natomiast co innego. – Dziś wszystko jest! Kiedyś Internetu nie było! A teraz tylko w tym Internecie siedzą! – wykrzykuje. Przyszedł do niej kiedyś student i mówi, że musiał wrócić z domu do akademika po kabelek. – Jak to!? Biedne dziecko się dzisiaj nie napromieniowało przed ekranem przez 6 godzin? Ha, ha, ha! To żart, wie pani, ale naprawdę... Przyszedł kiedyś chłopak się zakwaterować i nie mógł uwierzyć: „Jak to? Nie mam Internetu?!”. Stał i nie dowierzał, nie wiedział, co począć. Widać, jakie to inne czasy!

 

Anioł I. kocha tak ludzi, jak i zwierzęta. Do okienka podchodzi student. Mówi, że znalazł w pokoju... psa. Zagadka to wielka, choć jest i podpowiedź, bo współlokator zna imię czworonoga. Jednak pani I. po usłyszeniu rysopisu podejrzanego kategorycznie zaprzecza. Przytacza inne imię, nie daje się przekonać. Każe chłopakowi iść po psa i... ma rację! Podaje od razu namiary do właściciela. Nie tylko studentów, ale nawet ich zwierzaki zna na wyrywki.

 

[Cienie...]: Obie odznaczają się świetną pamięcią. Tyle twarzy, a wystarczy, że spojrzą i już wiedzą, który kluczyk komu wydać. Pani H. dobrze pamięta swoich podopiecznych. Przywołuje europosła Marka Migalskiego: – Też lubił se chlapnąć, a co! – Mówi, że też lubili wygłupy, mieli różne wybryki, ale zaznacza, że względem dzisiejszych były nieszkodliwe. Okazuje się więc, że nasz europrzedstawiciel wraz z kolegami wyskakiwali przez okno i tańczyli na daszku nad starymi wejściami do akademików. Innym razem wciągali do pokoi dziewczyny na prześcieradłach...

 

[…blaski]: Pani I. w pamięci utkwił „Strachol”. Opowiada o nim w samych superlatywach. Wspaniali założyciele, wystrój, imprezy, spotkania. „Strachol” to potoczne określenie klubu Straszny Dwór, który swoją nazwę nazwę zaczerpnął, a raczej nabył z powodu swoich przerażających wnętrz. Pani I. mówi, że wystrój był straszny. Pamiętam czasy, gdy wyglądało tam jak w piwnicy, a cała sala była w kościotrupach!– relacjonuje z zaangażowaniem. „Strachol” założyli i prowadzili studenci. Co ciekawe, ci sami, co i dziś. Z tą tylko różnicą, że dziś mają już ponad 40 lat. Wtedy klub prosperował w nieczynnej dziś „Trójce”, teraz portierka ma go nad głową – na pierwszym piętrze, w miejscu dawnego pubu Za szybą.

 

Do tutejszych klubów zjeżdżały się różne kabarety. Swoją karierę zaczynał tu kabaret Długi, gościło tu też mnóstwo poetów, pieśniarzy, ludzi teatru, aktorów. Zapraszali ich studenci, organizowali różne spotkania. – Było po prostu FAN-TA-STYCZ-NIE! – komentuje pani I. Później niestety atrakcji zabrakło, bo zabrakło też studentów, którzy by to organizowali. – Studentów z prawdziwym powołaniem – jak twierdzi.

 

[Cienie...]: Na brak atrakcji nie narzekał za to Anioł H. „Taniec z gwiazdami” my znamy z telewizji, ona „taniec na dachu” zna z życia. Zachciało się kiedyś twórczym studentom pląsów w zimie na dachu akademika. Przerwali więc łańcuch i oddali się zabawie. Zostali złapani, mieli poczuć konsekwencje. Konsekwencje za to poczuła ona. Nie chciała jednemu z uczestników wydać dokumentów, zaczął więc wyrywać jej dowód, szarpnął się i... – Zarobiłam w mordę aż mi głowa odskoczyła – wspomina. Nie dała się. Zawzięła się wtedy jeszcze bardziej. Na drugi dzień przyjechała cała tańcząca na dachu ekipa z kwiatami, bombonierą i przeprosinami. – Z tych, pomyślałam, będą jeszcze ludzie.

 

[…blaski]: Na szczęście gdzieś po drodze, gdzieś w dawnych latach UŚ-owego kampusu, zaczęły rozwijać się nowe rzeczy. Powstał folklor, którego grupa istnieje do dziś. Pani I. wspomina, że życie studentów wyglądało kiedyś zupełnie inaczej. Więcej zabawy, więcej radości. Mówi, że choć czasy były ciężkie, jednak się dało. Że młodzi mieli większą fantazję, że było w nich więcej dzieci-do-serca-przyłóż. Ale nie byli wcale niezdarni, o nie! Pracowali i tu, i za granicę jeździli. I pracować, i handlować.

 

Przywołuje wspomnienia, mówi o czasach dzieci kwiatów. O prawdziwości ich stylu bycia, o pięknie pomalowanych dziewczynach, o ich wspaniałych strojach. – Jak te dziewczyny się ubierały, malowały! Tak fantastycznie, tak kolorowo! I tak też żyły! Taką miały filozofię życia!– ekscytuje się. W jej głosie da się wyczuć, że to, co było wtedy, nie ma już miejsca w dzisiejszych czasach. – Później to się zaczęło zmieniać. Przyszedł postęp i koniec.

 

[Cienie...]: Końca nie miała za to wątpliwej jakości pomysłowość niektórych studentów, jak wspomina Anioł H. Za okna wylatywały kosze na śmieci, sprowadzano też „inspekcję”w sprawie śledztwa związanego z tajemniczym odorem nieodgadnionego źródła, który utrzymywał się, ku dramatowi lokatorów, przez całe dwa tygodnie. Przetykano rury, robiono dezynfekcję. I nic. Żadnych efektów. Żadnych efektów, bo nikt nie wpadł na to, że ktoś mógł zrobić... może pominę szczegóły... do siatki (i to jeszcze sztuk dwie!), a następnie zawiesić z boku prysznica. A ci szukali i szukali, jakby złota! A tymczasem g... znaleźli.

 

[…blaski]: Coraz więcej studentów w okienku pani I. Ciągle schodzą się nowi. Trzeba ich więc obsłużyć – to kluczyk wydać, to o usterce napisać, to pocztę jakąś przekazać. W międzyczasie przychodzą inni studenci – chcieli pograć w ping-ponga, ale nie ma światła. Pani I., cała zafrasowana, łapie jakiegoś chłopaka i prosi, by sprawdził, co się stało. Pomocnik po chwili wraca, relacjonuje, że światła dalej nie ma. Gdzie w takim razie reszta studentów? Jak to gdzie – grają! A co! Ze światłem, bez światła – student poradzi sobie ze wszystkim!

 

[Cienie...]: A może jednak nie ze wszystkim...? – Robiła dziewczyna frytki. Zostawiła je na gazie i olej zaczął się palić. Okopciło cały sufit, panele się stopiły z gorąca, kuchnię musieli zamknąć – Anioł H. podnosi brwi. Widać wielkie powątpiewanie w dojrzałość nas, najwyraźniej teoretycznie tylko, dojrzałych. W rzeczywistości, jak się okazuje, wciąż jednak młokosów.

 

[…blaski]: Co z wypadkami u pani I.? Nie bardzo mnie rozumie. – Wypadki, krew, bójki... no wie pani. – Kręci głową, jakby nigdy nic się nie działo. No może coś by się znalazło, ale że na palcach jednej ręki można to zliczyć. A ta potłuczona szyba w holu to nie była żadna bójka. Ot, biegł jeden student do wyjścia, mocno się chłopak rozpędził, a że najwyraźniej nie znał topografii akademika, to nie wiedział, że to szyba – myślał, że powietrze. No i skończyło się, jak się skończyło. – Już pal licho szybę! Chłopaka nam żal było– mówi.

 

[Cienie...]: W oczach Anielicy H. widać tęsknotę i sentyment. Pracowała kiedyś w „Trójce”, ale „Trójkę” zamknęli. Czuje też znaczną zmianę czasów, znaczną zmianę studentów. Mówi, że kiedyś studenci nie wypróżniali gaśnic. Teraz podobno robią to nagminnie. Zasypują cały korytarz zawartością, którą później to pracownicy muszą sprzątać przez całą noc. Którejś nocy poszły aż trzy gaśnice. Mówi, że pluła krwią – to środki chemiczne, drażniące. Po takich zdarzeniach winni nie istnieją, winowajców nie ma.

 

[…blaski]: Pani I. opowiada, że kiedyś studenci studiowali po to, żeby ciągle studiować. Nawet i po dwa kierunki. Najpierw kończył jeden, później zaczynał drugi. – Mieli zacięcie do bycia studentami! „Zawód-Student” ha, ha! – śmieje się. Oni tymczasem studiowali nawet 15 lat. Jeden, drugi, trzeci kierunek, brali ze dwie dziekanki, wyjeżdżali za granicę, zarabiali, wracali i studiowali dalej. Nie da się ukryć – miała młodzież rozmach. Ale pani I. wcale nie mówi o tym źle. Raczej z wesołością – wszak jakież to pocieszne.

 

A co mówi dziś? Dziś też jest tak wesoło? – A skąd! Dziś to tylko nauka, nauka, nauka... – zła jest, że takie z nas pracusie. Mówi, że ciągle tylko ganiamy na uczelnię. Albo do pracy. Martwi się, że rzadziej wychodzimy. Gdy widzi, że ktoś wychodzi na dyskotekę, myśli: „no wreszcie gdzieś wychodzi!” Kiedyś podobno studenci bumelowali, ile się dało. Leserowali, jak tylko mogli. Rodzice stale łożyli i pytali tylko: „ile? Ile jeszcze?” Niby był komunizm, niby więcej obowiązków i pracy. Ale do tej pracy zbytnio się nie śpieszyli. Starali się ubarwić sobie życie, spotykali się ze sobą. A dzisiaj nie. – Dzisiaj chcą jak najszybciej skończyć studia i iść do pracy. Wyścig szczurów normalnie. Straszny bieg życia! Wszystko szybko, szybko szybko!

 

***

– Jak udało się pani wytrwać tu tyle lat?
– Trzeba lubić młodych ludzi, żeby móc tu być – mówi I. – Wie pani, bywa, że młodym para uszami leci, ale co zrobić. Ja staram się być dla nich jak matka. Czegoś też ich uczyć. Życie jest takie, a nie inne. Bo dlaczego mieliby się nie bawić? A niech się bawią! Na wszystko jest czas.

 

 

Tekst: Adrianna Kiryluk
Ilustracja: jeśli chcesz zilustrować ten tekst, napisz na wspolpraca@mmc.org.pl
Licencja: wszelkie prawa zastrzeżone.

comments powered by Disqus