Tu jesteś
costam
na marginesie:

Borki

osada robotnicza założona nad rzeką Brynicą, przy Roździeniu na początku XIX w. W latach 60-tych XX w. teren ten wraz z Szopienicami został przyłączony do Katowic. W pobliżu znajduje się staw „Borki”.

Wieża wodna

Wieża historyzująca z elementami secesji, wzniesiona w latach 1911/12 według projektu Emila i Georga Zillmannów. Znajduje się przy ul. Korczaka. Dostarczała wodę do kompleksu hut cynku w Szopienicach (była połączona z wieżą wodną na hucie Uthemanna).

Kopalnia „Polska”

(przemianowana w 1937r. na: „Dąbrówkę Śląską”) – kopalnia powstała w 1924r., położona na zachód od wieży ciśnień. W 1933 r. doszło na jej terenie do zapadnięcia się szybu. Przypuszczalny rok jej całkowitego zamknięcia to 1939 r.

„Gwiazda Borki”

miejscowa drużyna palanta, która w latach 1922 – 1923 dwukrotnie zdobyła mistrzostwo Polski. Obecnie nazwa została zaadaptowana przez tutejszą amatorską drużynę piłki nożnej.

Borki. Osada-widmo na końcu trasy linii 70

Widmo Borków krąży po Katowicach. Nazwa tego zapomnianego miejsca wyświetla się dużymi literami na przedzie autobusu linii 70. Niektórzy mówią, że to autobus „wycieczkowy”. Coś w tym jest. Siedemdziesiątka wyjeżdża z przystanku Obroki Elkop na zachodnim krańcu metropolii i włóczy się przez całe miasto, by po ponad godzinie dotrzeć do swojego miejsca przeznaczenia. Do Borków dociera już jednak niewielu pasażerów. A i ci nierzadko przez przypadek.

 

 

Można się jednak nie lada zdziwić, trafiając tu przypadkiem. Oto człowiek staje na małym osiedlu starych, prostokątnych, jednopiętrowych budynków, odizolowanych od reszty świata polami. Budynki są jeszcze pomarańczowe, ale gdzieniegdzie już schodzi z nich farba.

To miejsce nie wygląda ani na miasto, ani na wioskę. Wydaje się nie do końca zamieszkane, ale gołym okiem widać, że opuszczone też nie jest. Wieczorem w niewielu oknach świeci się światło. Teraz tylko dym lecący z kilku kominów świadczy o tym, że ktoś tu jeszcze mieszka. Na ulicy i przydomowych trawnikach nie widać prawie nikogo. Okolica wydaje się co najmniej niepokojąca.

Na granicy

Niepokój staje się jeszcze bardziej zrozumiały, gdy prześledzi się ostatnie 10 minut jazdy siedemdziesiątką. Długa ulica, która prowadzi tu z Szopienic, rozpoczyna się podwójnym kierunkowskazem: w kierunku Borków i szpitala psychiatrycznego.

Z mapy wynika, że właśnie od tego miejsca teren Borków się zaczyna. Za bramą wjazdową do szpitala stoi ogromny XIX-wieczny budynek z czerwonej cegły. Przed budynkiem jest ogród: grządki, spacerowe ścieżki, na środku kamienna fontanna, na krańcach półkole z drewnianych ławeczek. Pewnie kiedyś było tu całkiem okazale, ale teraz wszystko jest pozarastane. Nieczynna fontanna niszczeje, a z wybitych szyb wyziera pustka. Budynek jest spektakularny, przypomina złowrogie zamczysko, a wiszący na bramie szyld szpitala psychiatrycznego jeszcze dodaje mu grozy. „Centrum psychiatrii w Katowicach” mieści się jednak w nowym, schludnym bloku, ukrytym za tą budowlą, na widok której człowieka ogarnia uczucie wzniosłości. Skąd jednak debiutanci wycieczek oferowanych przez KZK GOP mogliby o tym wiedzieć?

Naprzeciw opustoszałej siedziby szpitala widać szereg niskich pomieszczeń. Już dawno nie ma tu przychodni. Nieco dalej stoi budynek fabryki, w której najwyraźniej coś jeszcze się dzieje, mimo że część okien jest już wybitych. I w końcu znak rozpoznawczy okolicy: górująca nad polami secesyjna wieża wodna wpisana do rejestru zabytków. Lecący z niej dym świadczy o tym, że rozpoczęta tu w latach 60. produkcja śrutu z ołowiu jeszcze nie ustała. – Zrzuca się kawałek ołowiu do wody i on się formuje – mówią miejscowi. – Wie pani, że to sposób na otrzymanie idealnej kulki?

Na końcu ulicy są tory kolejowe. To tu jest granica – tu jest jeszcze Śląsk, a tam już Zagłębie. Granica na Brynicy – pomiędzy zaborem niemieckim a rosyjskim, zapalny punkt śląskich powstań. Tu właśnie mieści się osiedle Borki.

Na wjeździe – pod sklepem prowadzonym przez mamę – stoi Patryk. Mieszkał w tym miejscu od dziecka. Ubrany jest w czarne spodnie z dresu, na głowie ma kaptur niebieskiej kurtki. Jej kolor podkreśla duże błękitne oczy. Na pytanie o to, czy fajnie tu mieszkać, Patryk łapie się za głowę. – Tyle do opowiadania, proszę pani – mówi. – To cudowne miejsce. Tu jest taka historia, o której już nikt nie pamięta… o tym się nie mówi.

 

 

Magia historii

– Starsi mieszkańcy, ci, co już nie żyją, opowiadali, że tu była taka brama na wjeździe – Patryk zarysowuje rękami łuk nad drogą prowadzącą na osiedle. – Domki były połączone murami, miały ajnfarty jak na Nikiszowcu.

– Tam w środku były duże piece – dodaje pani Barbara, mama Patryka. – Kobiety wypiekały w nich chleb i piekły ciasta. – Podobnie jak osiedle na Nikiszowcu, Borki powstały jako osada robotnicza, tutejsze domy mają około 160 lat. Rozwój osady był ściśle związany z rozwojem przemysłu w tym rejonie: w latach 30. XIX wieku otwarto nieopodal hutę „Dietrich”. W okresie międzywojennym na terenie Borków funkcjonowała kopalnia „Polska”, przemianowana później na „Dąbrówkę Śląską”, w której na skutek katastrofy górniczej w 1933 roku zawalił się szyb. – Teraz to już wszystko jest pozarastane – mówi Patryk. – Ale wystarczy tam butem mech odgarnąć i jeszcze widać beton.

Po drugiej stronie ulicy powstała po II wojnie upadowa – wyrobisko korytarzowe „Borki” – ale po jakimś czasie węgiel się wyczerpał. Przez wybieranie piasku za osiedlem pogłębił się teren i powstał tu staw Borki – „bagier”, jak mówią na niego miejscowi. W upalne dni mieszkańcy okolicy przychodzą się tu kąpać. – Niektórzy nawet z namiotami przyjeżdżają – mówi pani Barbara. – Nie wszystkich stać na wakacje, a tu przecież ładnie i spokojnie. Jest nawet piaszczysta plaża. – Na forum internetowym poświęconym Borkom, „Borcynioki” – jak nazywają siebie mieszkańcy – wspominają czasy, kiedy na „bagier” się chodziło całymi rodzinami. Pani Basia Kowalczyk napomyka, jak było zabawnie, gdy trzeba było uciekać przed burzą: – Ale byłam wtedy szczęśliwa, że mieszkam na Borkach!

Pani Basia wraca pamięcią do budynku pobliskiej przepompowni: – W latach 70. już nie była czynna, więc dzieci zrobiły sobie tam plac zabaw. A starsi chłopcy siłownię. Na lata 70. to było coś, no i blisko było do piekarza po kołoczki. Dziewczynki biegały do krawcowej po skrawki materiału i szyły lalkom ubranka. Tak nam upływało życie dziecięce na Borkach. Było spokojnie, beztrosko.

Magia wspólnoty

Oczywiście, może się wydawać, że to nie kwestia miejsca, tylko kwestia czasów. Ale wspomnienia szesnastoletniego Patryk ewidentnie temu przeczą: – Jak miałem 10 czy 12 lat, to w wakacje biegaliśmy po placu, aż nam się spać zachciało. Do 24, a nawet do 1 w nocy… Mama się o mnie nie bała, bo tu każdy każdego pilnował.

– Tu jest jak nigdzie indziej – mówi pani Barbara. – Tu się ludzie znają, z każdym można pogadać. Nie to, co w bloku. Tam ludzie się mijają, a tu wychodzą przed dom, zerkną do sąsiada.

– Najlepiej jest latem – mówi pani Marta, stojąc przed swoim domem w niebieskim poliestrowym fartuszku. – Wynosimy stołki na trawę i sobie klachamy, wie pani, trzeba trochę poobgadywać.

Pani Marta śmieje się. Ma 88 lat, mieszka na Borkach od urodzenia. – Tu – pokazuje na korytarz za sobą – w tej jednej izbie cały czas.

– I nigdy się pani przenieść nie chciała?

– Nigdy! Nam tu jest bardzo dobrze! Do niedawna my mieli jeszcze ogródki przed domami. Tu na tych palach można se pranie powiesić. – Rzeczywiście, gdzieniegdzie na metalowych słupkach przed domami nawet teraz, przy zerowej temperaturze, wietrzą się poszewki. Trawniki przed domkami nie są poodgradzane, każdy może chodzić gdzie mu się podoba. – Ta pani, co tam mieszkała, ona dużo spacerowała – pani Marta pokazuje zamurowane okna na piętrze. – Do samej śmierci nie mogła usiedzieć. Ciągle coś musiała robić. Wie pani, ona miała ponad 80 lat, a jeszcze na bagier chodziła się kąpać. – Pani Marta znowu się śmieje, jakby myśl o leciwej sąsiadce w stroju kąpielowym niezwykle ją rozbawiła.

Patryk i jego koledzy założyli niedawno swój mały klub piłkarski: „Gwiazda Borki”. Sami przygotowali sobie trawę, postawili bramki i założyli siatkę. Klub jest co prawda młody, ale nazwa klubu odsyła do chlubnej tradycji. Miejscowi pamiętają, że w okresie międzywojennym „Gwiazda Borki” – tutejsza drużyna palanta – dwukrotnie zdobyła mistrzostwo Polski. Teraz młode pokolenie zaczyna tu trenować piłkę nożną. – W listopadzie rozegrali mecz: młodzi na starszych – mówi pani Barbara. – Wie pani, ilu ludzi przyszło kibicować? Mieli pełne „trybuny”!

Patrzę na zdjęcie drużyny „młodych” – aż 17 chłopaków ubranych w czerwone koszulki. – A gdzie ludzie z Borków pracują? – pytam. – Stąd wszędzie blisko – mówi pani Barbara. – Mają samochody, dojeżdżają. Ale większość to i tak emeryci i renciści.

Pani Barbara musi na chwilę wrócić do swojego sklepu. – A ci starsi dają tutaj radę? – zastanawiam się. – Jakoś dają – mówi pani Marta i zaczyna obgadywać właścicielkę sklepu: – Pani Basia to im nieraz towar do domu przyniesie, pomoże firanki powiesić.

Po chwili pani Barbara spotyka dziewczynkę, która zgubiła się podczas powrotu z zawodów sportowych. Odwozi ją samochodem do domu. – W końcu ruch w sklepie nieduży – tłumaczy – a przecież ma się dziecko, to się wie, jak rodzice muszą być zmartwieni.

– My tu jesteśmy jak wielka rodzina – mówi pani Bolecka, wracając do domu. – Nieraz się ktoś powadzi, nie gadają ze sobą, a potem się o tym zapomina, tak to już jest. O tym, że w Borkach jak w rodzinie, to się przekonałam, jak za mąż wychodziłam. Nagle się okazało, że co dom, to ciocia, wie pani, ile tego kołocza trzeba było napiec? Chyba z osiem blach! – Pani Barbara przytakuje: – Nawet proboszcz mówi, że pogrzeb z Borków od razu można poznać. Tyle ludzi na inne pogrzeby nie chodzi.

 

 

Pytanie bez odpowiedzi

– To się zaczęło… – pani Barbara zaczyna się zastanawiać i patrzy na panią Bolecką. Pani Bolecka też intensywnie myśli. – Chyba w 2006, tak jak się Dominik wyprowadził, to zamurowali pierwsze okna. On chciał potem wrócić, ale nie miał tu zameldowania, to mu nie pozwolili.

– I co, pani, będą to wyburzać? – pyta na dzień dobry sąsiadka Jagielska, która wraca z obchodu trawnika, opierając się o laskę. Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie: z zarządem hutniczo-górniczej spółdzielni trudno się skontaktować, a administracja nie chce o tym mówić. Pogłoski o likwidacji osiedla wypłoszyły stąd część lokatorów. Dom, w którym mieszkała pani Barbara z rodziną, wyburzono w Wielkanoc zeszłego roku. – Były zwarcia na korytarzu, zaczynało się palić, to zburzyli – pani Barbara wzrusza ramionami. W bloku nieopodal może i jest jej trochę wygodniej, ale to nie ten klimat. Pani Barbara najwyraźniej woli przebywać tutaj. Patryk też tu przychodzi po szkole.

W domu, w którym mają sklepik, mieszkało kiedyś pięć rodzin. Drzwi obok wydają się prowadzić w puste pomieszczenia. – Tam też był sklep, ale go zamknęli – mówi pani Barbara. – Nie opłacało się. Mnie też już się coraz mniej opłaca. Gdybym za darmo rozdawała, wie pani, to co innego. – Wcześniej pozamykano też kilka innych rzeczy: piekarnię, gospodę… – Kiedyś mieszkało tu dwa tysiące pięciuset ludzi – mówi Patryk. – Teraz… może koło dwustu…

– Niektórzy mówią, że ma tu być osiedle zamknięte – mówi pani Barbara. Osiedle zamknięte? Trudno sobie wyobrazić coś, co bardziej odstawałoby klimatem od dzisiejszych Borków. Niby koncepcja podobna: też domy, też ludzie mieszkają jakby razem, ale sposób tego mieszkania jest skrajnie różny.

Niedawno jedna z lokatorek Dębowych Tarasów mówiła mi: – Panuje tu komfort: wszystko jest czyste, trawa równiutka. Ale brakuje swobody. Trzeba się meldować portierowi, po jakimś czasie człowiek zaczyna się rozglądać za kamerami. Wszystko jest tu nierzeczywiste, sztuczne.

A jednak – jest coś, co łączy Borki z niektórymi katowickimi osiedlami zamkniętymi: ilość zamieszkiwanych lokali. Mimo coraz atrakcyjniejszych promocji, niejedno nowe osiedle świeci pustkami. Tutaj zamurowuje się okna, uniemożliwiając powrót.



Tekst: Joanna Soćko
Fotografie: Agnieszka Młynarczyk
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone. 

comments powered by Disqus