Tu jesteś
costam
na marginesie:

3 Kluski Śląskie

przepis na te kluski jest bardzo prosty, wystarczy połączyć doświadczenie, wokal i gitarę (Adam Antosiewicz) z basem (Piotr Magnucki) oraz perkusją (Michał Spis). Ich kawałek „All I’ve Got” znalazł się na składance Sealesia 2, a debiutancka płyta „Yes, it’s Raw” ma się wkrótce ukazać. http://www.myspace.com/3kluskislaskie

Kloster Pub

jeden z najbardziej znanych tyskich klubów istniejący od 1993 roku, gościł większość polskich i wiele zagranicznych zespołów. Adres: Tychy, ul. Edukacji 15.

Downsideup

Więcej o zespole na www.myspace.com/dsu.pl.

Co słychać na tyskiej scenie?

Duszno, siwo od dymu. Huk i trzask kufli obijających się o siebie w rękach barmanek. Drewniane ławki, na których ścisk jest taki, jak w autobusie w godzinach szczytu. Ludzie stoją, śmieją się, palą papierosy, piją piwo. Znakomita większość to metalowcy z długimi włosami, w czarnych koszulkach i glanach, ze swoimi dziewczynami, które wyglądają podobnie, tyle że zamiast spodni mają spódnice w kratę. Ale znajdą się tutaj też ci trochę starsi od nastolatków, w swetrach i lżejszych butach. I dziewczyny w butach na obcasie, bez ćwieków na paskach.

Scena w zasadzie nie jest sceną: to po prostu część sali, z której wcześniej usunięto stoły i ławki, a gdzie teraz stoi sprzęt. Gitara jedna, druga, bas, gary, efekty i wzmacniacze. Masa kabli. Z boku, gdzie znajduje się droga do ubikacji, wychodzi trzech chłopaków. Na oko mają po dwadzieścia parę lat. Z ławy na widowni wstaje jeszcze dwóch, dopijają piwo i kierują się do sprzętu. Po kilku chwilach zaczynają grać. Naprzeciwko nich dość szybko formuje się grupka fanów pogo, obijająca się o siebie, barierki i innych.

 

Wieczór jak każdy. Tyle tylko, że dzisiaj koncert.

 

– Miałyśmy po około szesnaście lat, kiedy zaczęłyśmy chodzić na koncerty. Nie jakoś specjalnie popularnych kapel, tylko tyskich. Oczywiście kochałyśmy się we wszystkich co lepszych chłopakach. Facet z gitarą zawsze wydawał nam się lepszy niż ten bez niej. Koncerty odbywały się w Tawernie, Klosterze… czasami jeszcze w Andromedzie, ale to już te większe. Świetny klimat, jak w starym kinie. Jak się miało osiem lat, to chodziło się tam z klasą do kina, a potem (kiedy przestano puszczać filmy) na koncerty. No ale teraz to nie ma tam już ani jednego, ani drugiego.

 

Oświetlony ryneczek. Bardzo oświetlony. Anioł z lampek, wielka kula w fontannie i każda lampa w promieniu stu metrów jest obwieszona niebieskimi lampkami. Kilka knajp, restauracja. Cicho, spokojnie. To wizytówka miasta, nowe miejsce, które teraz można fotografować z każdej strony i zamieszczać na pocztówkach z napisem „Tychy”. I między te „odpicowane” fasady wciśnięte opuszczone stare kino. Zmurszałe plakaty, w środku stosy kartonów i innych śmieci. A wszystko osłaniają dawno niemyte szyby.

 

Kiedy patrzy się na ręce Pauliny, studentki anglistyki, naprawdę trudno uwierzyć, że w tych małych dłoniach dzierżyła gitarę basową i robiła to bez problemu. Jej ojciec w młodości grywał na weselach, na basie właśnie, więc ze zdobyciem sprzętu nie było problemu. Białe wiosło grzecznie czekało w szafie, aż któregoś dnia je wyciągnie i zacznie brzdękać. Zaczęła w liceum, mniej więcej. Na początku tylko dla siebie, a później trafiła do kapeli. Nazywała się The Hats i wszyscy członkowie mieli na głowach kapelusze, a jakże. I eleganckie ciuchy, koszule, garniaki, dziewczyny szpilki i sukienki. A z czasem, w miarę rozwoju ich kariery, kupili sobie nawet lampę stojącą z papierową nakładką zadrukowaną kapeluszami.

 

– O Jezu, to była makabra: stać z tym ciężkim basem przez jakąś godzinę, a na nogach mieć  dziesięciocentymetrowe szpilki… Ale wszystkie uparłyśmy się na ten sceniczny wizerunek. I na czerwone usta.

 

Grali głównie covery Katie Melua, Hey, The Cure. W przypadku tych ostatnich niestety tylko jeden kawałek – „Lovecats” w trochę innej aranżacji. Muzyka, jaką wybierał zespół, nie do końca odpowiadała Paulinie, ale mogła sobie pograć, więc miała frajdę. No i koncerty. W Palisandrze, potem w jakiejś świetlicy… – Chyba na Wilkowyjach – nie umie sobie przypomnieć. A później także w pewnym hotelu i jakiejś restauracji. Mało młodzieżowe miejsca. Nie prosili jej o autografy, ale raz dostała różę od starszego pana, który trafił na ich występ przez przypadek. – Dla pięknej basistki, chyba tak mnie nazwał. Pamiętam, że strasznie się cieszyłam, bo rzadko kiedy się w ogóle zauważa basistę. Bas ma być słychać, a nie widać. No ale jestem dziewczyną, może to główna przyczyna – mówi Paulina.

 

Wzięli też udział w Młodych Talentach, czyli międzylicealnym konkursie organizowanym w budynku Teatru Małego przez liceum Norwida. Licealiści z całego miasta mogą się tam wyżyć artystycznie – grają sztuki, muzykę, recytują swoje wiersze – co kto umie. Paulina ze śmiechem wspomina swój występ, bo przez niego prawie spóźniła się na studniówkę. Razem z przyjaciółką zagapiły się i ledwo zdążyły do fryzjera.

 

Ogólnie dobrze wspomina ten czas. Pamięta swój pierwszy występ w knajpie, normalnym pubie. Poszła razem ze skrzypaczką do ubikacji, żeby zapalić – wiadomo, stres. No i ręce tak im się trzęsły, że cała paczka wpadła im do muszli. Próby odbywały się w domu wokalistki i jej brata, który grał na akordeonie i pianinie. Zdarzało się, że otwierał jej drzwi w samej bieliźnie albo ręczniku, bo przecież „jest kupa czasu jeszcze, Paula, mogłaś się spóźnić trochę”. Potem zaczęli grać własne utwory. Wtedy kariera Pauliny w zespole się skończyła. Granie też. – Ale przydało się, jestem w stanie wychwytywać muzyczne pomyłki innych, zwłaszcza Jacka – śmieje się. Jej chłopak gra na perkusji w jednej z tyskich kapel, Downsideup.

 

Koło tyskich hal targowych, w podziemiach byłego internatu, po powodzi w 1997 roku wylało szambo. W sumie nic takiego, przecież się zdarza. Tyle tylko, że było to miejsce, w którym na całą powierzchnię przypadało najwięcej muzyki w mieście. Swoje „próbownie” miał tam co drugi tyski zespół.

 

– Jaki tam był smród, to sobie nie wyobrażasz… Musieliśmy to czyścić, suszyć, a i tak zalatywało stęchlizną, gdy tylko otwierało się drzwi – mówi Adam, a właściwie Mały, bo tak na niego wszyscy mówią. Teraz jest już dorosłym facetem. Grał na gitarze i śpiewał w El Secatorre, chyba najbardziej znanej kapeli z Tychów, która rozpadła się jakieś 3 lata temu. Obecnie gra w 3 Kluskach Śląskich, projekcie, który powstał dawno temu, ale zawsze był jakoś obok, bo chłopcy grali gdzie indziej. Teraz poświęcili się śląskiej kuchni całkowicie, nagrali ostatnio teledysk do piosenki „Cichy”, którym będą promować swój debiutancki album „Yes, it’s Raw”.

 

f 

 

– Czekaj chwilkę, tylko zadzwonię. Nie wiem, czy mamy tę próbę czy nie, bo mojemu kumplowi urodziło się dzisiaj dziecko i może to przełożymy. Nie ma parcia, w końcu próba to nie dziecko – uśmiecha się.

 

Rozmowa skończona, telefon wyciszony. Patrzy niebieskimi oczami, tymi samymi, do których dziewczyny wzdychały od pierwszych koncertów El Secatorre.

 

– Jak zaczynaliśmy, to mieliśmy mniej więcej po 20 lat. Koncertowaliśmy regularnie od 2003 roku. Najpierw właśnie w podziemiach, razem z Cree, Isolated i Insektem, którzy też mieli tam wtedy próby. Bardzo szybko przenieśliśmy się do ZEG-u, na 11. piętro, gdzie również ludzi było sporo. Powiedzmy, że było to pewne centrum jak na tamte czasy.

 

Zakład Elektroniki Górniczej w Tychach jest blisko Dworca PKP. Jak wszystko, co związane z górnictwem, nie wygląda zachęcająco. Trzy wielkie molochy, szare i brudne. Obok sklep „Netto” i Sanepid, do którego mieszkańcy miasta wędrują w wiadomym celu. Ale wewnątrz, na samej górze, za zamkniętymi drzwiami wygląda inaczej. Klitki oklejone plakatami i czasami opakowaniami po jajkach (najtańszy sposób wyciszenia pomieszczenia), nie są już tak przygnębiające. Lepiej brzmią, to chyba sekret.

 

– Z Secatorrami wyszliśmy na zewnątrz. Najpierw to były koncerty na Ryśku (festiwal im. Ryszarda Riedla – przyp. A.G.), ale poszliśmy dalej. Nagraliśmy jeden krążek i dwie demówki. Zajęliśmy wtedy drugie miejsce w rocznym podsumowaniu „Bis Listy” w Radiu BIS. To było osiągnięcie na skalę ogólnopolską. No i zajęliśmy też pierwsze miejsce na Student Rokk Festival, właśnie we Wrocławiu, gdzie promowaliśmy płytę. Graliśmy wtedy darmowe koncerty po prostu na ulicach, mieliśmy dużo czasu i dużo energii. W warszawskiej Stodole na Młodych Wilkach, zajęliśmy drugie miejsce. W 2006 zaprosili nas na festiwal Plattenrock w Berlinie, no i zaczęliśmy koncertować też w Dreźnie, Budapeszcie. Coś około trzydziestu koncertów, też na ulicach, w pubach, na dużych scenach. Inne życie. Mieliśmy występ na żywo w radiu niemieckim. Sześćset kilometrów od domu, obcy język, ja (napięty jak struna) prowadziłem konferansjerkę po angielsku. Byliśmy zestresowani, w radiu wszystko słychać, wszystko od razu idzie w eter. To nie jest koncert, na którym połowa ludzi jest pijana i choćby nie wiem co, dobrze się bawi. Wyszło dobrze, profesjonalnie. Nasze demówki trafiły też do Stanów, podobały się.

 

„Jeden z najbardziej obiecujących zespołów młodego polskiego rocka tworzący na pograniczu hard rocka, grunge’u i punka”. (Marcin Jacobson)

 

„Młody, działający zaledwie 5 lat zespół koncertuje sobie w  najlepsze, zdobywa nagrody i wreszcie za własną kasę nagrywa płytkę, która może zawstydzić wielu starych wyjadaczy. Skromnie i bez fajerwerków technicznych, ale za to z takim wyczuciem, że aż miło...” (artykuł w „Metal Hammer”)

 

– Czemu się to rozpadło? Po pierwsze, zmęczenie materiału. Zaczęliśmy dorastać do wieku, w którym trzeba myśleć o życiu poważniej, pojawiły się obowiązki, których wcześniej nie było. Tak naprawdę możesz zajmować się muzyką w stu procentach, jak masz kasę i dużo czasu. Po drugie, wiecznie drudzy. Owszem, odnosiliśmy sukcesy, ale ludzie pamiętają tylko tych z samej góry. Ale to był świetny czas, kiedy zaczęto o nas więcej mówić. Mieliśmy kupę zabawy, mogliśmy pozwolić sobie na lepsze instrumenty. Na scenie była niesamowita energia. Ogień z dupy, krew z głośników. Tak funkcjonowaliśmy w obiegu. Ale to nie jest tak, że koniec El Secatorre oznacza ogólny koniec. Teraz są Kluski i zaczynamy się rozkręcać. Nie mamy jeszcze managera, więc wszystko załatwiamy pocztą pantoflową. Ale ostatnio zadzwonił do nas chłopak z Tarnobrzega, odpowiedzialny za muzykę w szkolnym radiowęźle, i spytał, czy może nas puszczać. Megapozytywne.

 

Kiedy mówi, świecą mu się oczy. Widać, że to jego temat, gestykuluje, śmieje się.

 

Zaczynał w ósmej klasie podstawówki – pożyczył gitarę od siostry. Śpiewa od dziecka. Takie muzyczne ADHD zostało mu do dziś, nawet przez sen wystukuje rytm. 

Gdy był mały, były koszulki z Guns N’Roses i z Michaelem Jacksonem. Innych nie było. Wtedy wchodziło się w to na sto procent, trzeba było mieć długie włosy, trampki albo glany i ramoneskę, co z tego, że na dworze jest minus pięćset… Zdarzało się, że gonili go skini albo ktoś inny. Wtedy zaczynało się grać, bo fajnie było być popularnym. Ludzie szanowali tych, którzy grali. Wyjazdy, dziewczyny, imprezy. Pozytywny czas. Na studiach doszedł do wniosku, że dobrze by było z tego żyć. Nie udało się. Ale to przecież nie tragedia. Muzyka to sens życia, tak jak rodzina. To miłość. Trudna miłość, bo muzyka męczy i czasem nie pozwala spać.

 

– Jak człowiek się skupi tylko na kasie – mówi – to szybko może się stać muzyczną szmatą, zamknąć się w tym swoim światku i wylewać frustrację na innych. Przez Secatorrów nabrałem trochę dystansu, zobaczyłem, jakie może być granie. Trzeba patrzeć szeroko, szukać. Ale też zachować rozsądek i nie robić z tego wielkiego „halo”. Nie od razu jest się znanym, a może nawet nigdy?

 

Mały ciągle gra, nie tylko z Kluskami, ale też z Asią, swoją narzeczoną, która odnosi duże sukcesy jako Miss No One. Śpiewa też w Redakcji. I wie, że nigdy nie rzuci grania. Nie da się rzucić pasji w kąt.

 

Tychy, ulica Edukacji, obok dwóch liceów: „Trójki” i „Kruczka”. To miejsce znają wszyscy. Tam ludzie albo zaczynają beforem, albo kończą afterem. Jazz, Kloster Pub. Kiedy się tam wchodzi, czuje się jak w domu, bo spotyka się połowę znajomych. Każdy z bywalców przynajmniej raz zamykał bar, bo się zasiedział.

„Jak byłem w liceum, to weekend zaczynał się w czwartek. Albo Kloster, jak było zimno, albo park, jak było ciepło”. (Mateusz, lat 26)

 

I mimo że ludzie narzekają, że coraz mniej się tam dzieje, a ceny znowu poszły w górę (4 zeta za sok, wyobrażasz to sobie?!), to i tak dzwoniąc do znajomych w piątek wieczór, żeby umówić się na piwo, często zapominają dodać „gdzie”. No przecież w Jazzie.

 

– Nie, nie, stary, pamiętasz, jak graliśmy wtedy w Tawernie, a przedtem byliśmy u Rafała i Jaca się tak porobił, że pod koniec koncertu mi powiedział: „ej, wytrzeźwiałem…”?

 

Grupka chłopaków śmieje się głośno. Mają po dwadzieścia parę lat i grają w Downsideup. Niedawno nagrali demo. Sebastian, który jest wokalistą, wcześniej grał w Drevnym Kocurze, w którym również odpowiadał za wokal i dodatkowo za gitarę. Grali od 2004 roku, skończyli około 2008. W 2010 roku zagrali pierwszy raz jako Downsideup.

 

– To było w Pszczynie, w Kinie Kosmos. W styczniu, zimno jak jasna cholera, a na początku w budynku w ogóle nie było ogrzewania. Naszą publicznością byli głównie znajomi i dzieciaki z Pszczyny, większość nie miała chyba nawet osiemnastu lat. Ale bawili się świetnie, pamiętam, że byłem zaskoczony, bałem się, że będzie drętwo.

 

Potem zaczęli koncertować oczywiście w Tychach. Następnie w Katowicach, Oświęcimiu, Rybniku. Ogólnie na Śląsku. Na początku mieli „próbownię” w garażu, później przenieśli się do salki.

 

Do Parku Trzech Stawów w Tychach można wejść od tyłu. Droga prowadzi przez osiedle szeregowych domków, na którego końcu są garaże. Wystarczy skręcić w prawo i iść prosto. Ale zatrzymajmy się przy garażach. Jest końcówka wakacji. Jeszcze jasno. Drzwi szeroko otwarte, wokół grupka ludzi. Całkiem duża grupka. Śmieją się, niektórzy palą, piją piwo. Właśnie skończyli próbę. Skrzyknęli kilku znajomych. No ale znajomi też mają znajomych, więc okazało się, że jest impreza. Zdaje się, tequila?

 

– Co jest najfajniejsze? Chyba atmosfera, poczucie, że robisz to, co lubisz, z ludźmi, których lubisz. Dla ludzi, którym podoba się to, co robisz. Pamiętam taki koncert w Tychach, kiedy jeszcze działał Echo Pub (dziś klubokawiarnia Broadway – przyp. A.G.)… Nie pamiętam już nawet, z kim graliśmy, ale ścisk był niesamowity, ludzie dosłownie na nas wchodzili, deptali nas, bo nie było barierek. Był ogień po prostu, po tym koncercie nie umiałem mówić.

 

 

Siedzą przy stole, przy piwie, stała ekipa. Kiedy pytam ich o granie, stają się jeszcze bardziej rozmowni. Przypominają sobie poszczególne koncerty, niekoniecznie swoje. Pijane Antywalentynki w Tawernie w zeszłym roku, podczas których grali faceci w najbardziej obcisłych spodniach świata. Wyjazdy na własne występy poza miasto: wynajmowali busa na dwadzieścia osób, żeby dojechać i żeby każdy mógł się napić piwa. Albo pamiętne pogo, kiedy Michał, popchnięty przez kogoś, ugryzł się w wargę tak mocno, że pojechali do szpitala, kiedy tylko wrócili do Tychów. Albo koncert w Underze, na WOŚP, podczas którego nie mogli się skupić na graniu, bo parka bawiąca się przed nimi tańczyła w tak dziwny sposób, że z trudem powstrzymywali się od śmiechu. Przypominają sobie wszystkie wspólne imprezy, to co działo się przed koncertami i po nich. I to, że Sebastian ostatnio był na przesłuchaniu do „Szansy na sukces”.

 

– Fajne doświadczenie. Następnym razem też pojadę. Staliśmy w korytarzu i śpiewaliśmy wszyscy, żeby nie było tak nudno. Nie było tam tego całego „szitu” rodem z TVN i tych wszystkich „Mam talent”. Wyobrażasz sobie, że tam ludzie muszą podpisywać lojalkę? Są potem zobowiązani do grania na każdym koncercie, który będzie organizowany przez program. Jeśli się nie wywiążą, mają do zapłacenia karę. I organizatorów nic nie obchodzi, że niespecjalnie opłaca ci się przyjechać na koncert na drugi koniec Polski tylko po to, żeby zagrać na otwarciu supermarketu. No i nie możesz grać w żadnej swojej kapeli przez ten czas… Paranoja. Idę po piwo, idziesz też?

 

– W Tychach podział knajp jest taki: Tokarnia, Skup Kultury (gdzie można potańczyć) i cała reszta, z Underem na czele (który ostatnio otworzył salę mieszczącą około 500 osób), gdzie można iść na koncert. Chodzą na nie wszyscy. Nie musisz słuchać metalu, ale na koncert pójdziesz. Chodzi o zabawę, o to, żeby posłuchać muzyki na żywo. Dziewczyny lubią się napatrzeć na przystojnych chłopaków, którzy muzykują, to chyba normalne… Gdy byłam mała, mój brat też miał zawsze w ręce gitarę. Wtedy mi się wydawało, że najlepiej się umawiać z muzykami. Rock’n’roll i tak dalej – śmieje się Ewa.

 

Zatłoczona sala. Ostatni utwór cichnie. Ten bisowy. Chłopak, facet, mężczyzna, ojciec dzieciom, mąż – nieważne. Trzymający mikrofon drze się z całych sił: Dzięki! Jesteście świetni, do zobaczenia następnym razem!

 

I co z tego, że w poniedziałek znowu do roboty. Teraz jest wolny. I zaraz napije się piwa.

 

Tekst: Aleksandra Gepert
Licencja: wszelkie prawa zastrzeżone.

 

Za użyczenie fotografii dziękujemy Magdalenie Nosal oraz Ewie Wyszkowskiej.

 

comments powered by Disqus