Tu jesteś
costam

Paprocany

Wieczór. Coraz bardziej granatowe niebo połyskuje jeszcze fioletem, który rozpraszają pomarańczowe światła latarni. Na krawężnikach i ławkach, na których o tej porze już nikt nie siedzi, niezauważalnie osiada wilgoć. Z gałęzi smętnie zwisają pozwijane liście, które za chwilę spadną i pokryją  ścieżki szeleszczącym dywanem. Tak cicho. Nawet tafla jeziora jest nieruchoma, jakby zastygła. Jak co roku powoli przychodzi jesień. Na naszych oczach delikatnie tańczy z babim latem, zaprasza je do zabawy, ale przecież wynik tej gry co roku jest taki sam. Ten cały zachwycający spektakl natury najlepiej widoczny jest za miastem, tam, gdzie nie otacza nas hałas, spaliny, nie denerwują kierowcy, którzy nie potrafią jeździć, i spóźniające się autobusy.

 

 

Każdy, kto mieszka w Tychach, musi znać i zna Paprocany. Tam, gdzie jako dziecko przyjeżdżało się z rodzicami na rowerach (najpierw w koszyku u taty, potem już na swoim; tym z komunii) i kąpało w jeziorze cały boży dzień, nie bacząc na brud i pływające w niebezpiecznie bliskiej odległości śnięte ryby. Całymi tabunami tyszanie rozpoczynali tam zawsze sezon grillowy, a wcześniej rozpalali ogniska. Swego rodzaju zamiennik dla tych, którzy nie mieli urlopu, a chcieli poczuć się jak na campingu.

To tam chodziło się na pierwsze spacery z dziewczyną, chłopakiem. Na tych ławkach siadały pary, które dopiero co się poznały, z bijącym sercem i wypiekami na policzkach, z jedną tylko myślą błąkającą się po głowie: „pocałuje czy nie?” – to dziewczyny, a chłopcy: „pocałować ją czy nie?”.

Na Zrembie, czyli mniej więcej w połowie jeziora, gdzie jest molo i przystań dla żaglówek, każdy chociaż raz w życiu wypił piwo, wino albo inny alkohol, palił pierwsze i kolejne papierosy, po czym wracał potem do domu, tańcząc po ulicy. Tutaj większość młodzieży przychodziła po maturze oblewać pierwszy poważny w życiu stres. Mój brat opowiadał mi kiedyś, że jego kolega z liceum po zdaniu ostatniego egzaminu, bodajże z matematyki, biegł na Paprocany spod szkoły (czyli jakieś czterdzieści minut) i w pełnym rynsztunku, czyli krawacie, garniturze i butach, wskoczył do jeziora.

Jako że afiszowanie się młodością i radością zazwyczaj kończy się nie całkiem pozytywnie (bo też jednym z głównych przymiotów tego wieku jest, naturalnie, głupota), to w pobliskim lesie w pobliżu ruin nieznanego budynku zazwyczaj na sam koniec roku szkolnego zbierali się licealiści, a potem pewnie też gimnazjaliści, żeby uczcić radosną datę równie radosną zabawą. Przy blasku ogniska zawierano setki przypadkowych znajomości – zapominanych następnego dnia albo takich, które trwają do dzisiaj. Wymieniano niezliczone ilości numerów telefonów, bo tak jakoś wszyscy nagle stawali się odważniejsi… A czarne letnie niebo dobrotliwie okrywało to wszystko grubym aksamitem tak, żeby chichoty i krzyki niesione przez wiatr były mniej słyszalne.

Przez kilka lat zawsze w samym środku wakacji zewsząd pojawiały się namioty. Materializowały się na trawnikach, za górką, przed nią, bliżej bądź dalej jeziora i sceny. Osoby w różnym wieku wypełniały po brzegi południową dzielnicę Tychów. Trzask otwieranych puszek stanowił preludium do rozpoczęcia największej imprezy roku, czyli Festiwalu im. Ryśka Riedla „Ku przestrodze”. W 1999 roku, 5 lat po śmierci wokalisty Dżemu, Festiwal odbył się po raz pierwszy. Idea oczywiście szczytna, bo i ku pamięci, i jako pouczenie o zgubnym wpływie narkotyków oraz innych używek. Ale najważniejsza chyba i tak była muzyka, a stos puszek i butelek w poniedziałek rano nie miał znaczenia, był raczej świadectwem, że zabawa była przednia. Do 2008 roku, kiedy Festiwal stał się atutem chorzowskich Pól Marsowych.

 

fot. Paweł Starnawski

 

Mniej więcej do tego momentu Paprocany kojarzyły się z całkowitym relaksem, miejscem, gdzie można było spokojnie położyć się na ziemi i po prostu „robić nic”. O banalnym słuchaniu śpiewu ptaków nie wspomnę (chociaż śpiewają do znudzenia, między trawką wyskoczy czasem jakaś pokrzywa, której nie zauważyliśmy, a że akurat zapomnieliśmy koca, to jej niespodziewaną obecność możemy poczuć bardzo namacalnie; piasek wsypuje się wszędzie, no i jeszcze te nieszczęsne komary, które nie dają spokoju ani na chwilę). Ale to w końcu dzika plaża, nie ma się co dziwić.

Już nie do końca dzika. Zamiast koców są teraz ławeczki, idealne, żeby przysiąść. Zamiast Zrembu jest już tylko restauracja, która niestety, nie serwuje trunków w cenach sugerowanych. Zostaje jeszcze bar. Taki w stylu plażowym – buda ma słomiany dach i tylko brakuje dziewczyn w bikini z drinkami z palemką. Albo Piramida, jeden z najbardziej luksusowych hoteli, w którym miała zaszczyt gościć polska reprezentacja. (Mimo tego kiełbasa z grilla dalej stoi tam niewzruszenie po 9 złotych). Molo nie jest już usiane drzazgami. Teraz elegancko wyciosane deski układają się idealnie wzdłuż brzegu i nawet mamy z wózkami nie boją się przejść po tej długiej, lekko bujającej się huśtawce. Kostka brukowa nie grozi już upadkiem, bo wszystko jest wyrównane, uładzone i idealnie współgra z każdym elementem wzorowo wykorzystanej przestrzeni. Gdzieniegdzie jeszcze można spotkać lekko podchmielonego pana, który nas zapewnia, że „tutaj spisują, ja wiem, więc uważajcie. A jak jakieś puszki wam zostaną, to ja sobie wezmę potem”. Ale przeważają rodziny, które po niedzielnym obiedzie oddają się rozrywce spacerowania.

To dobrze czy źle? Tyle teraz się mówi o funduszach unijnych i te pieniądze faktycznie są wykorzystywane. Miasto się modernizuje, ładnieje w oczach, ale kiedy siedzę na jednej z ławeczek (bo to są ławeczki właśnie, nie ławki) i ledwo widzę jezioro zza tych wszystkich ludzi, to zawsze dochodzę do wniosku, że coś całkowicie uleciało. I że wolę tu przychodzić, kiedy jest już późno i te wszystkie zmiany nie są tak widoczne. I jest pusto.

I wtedy znowu mam to, czego chciałam – malutką oazę, gdzie dalej pachnie tak samo. Wiatrem. Rozgrzanym asfaltem zaraz po deszczu. Trzaskającym mrozem w samo południe. Upałem i niespodziewaną burzą. Dzieciństwem, więc watą cukrową i goframi. Fajką wodną o smaku miętowym, którą paliłam z przyjaciółką. Węgielek spadł mi na torbę, dziura została do dziś. Poważnymi rozmowami o życiu i głupimi żartami nieznajomych. Czasem pachnie smutkiem, czasem śmiechem. Wspomnienia mienią się jak drobinki kurzu w promieniach słońca, tak delikatnie i cicho. Szepczą i czasem nie dają spokoju. Ale są moje, najbardziej moje. Jak to miejsce.

 

Tekst: Aleksandra Gepert
Licencja: http://creativecommons.org/licenses/by-nc-nd/3.0/us/ Opis "Tekst autorstwa Aleksandry Gepert stworzony dla projektu Mapa Miejsc Ciekawych - www.mapamiejscciekawych.pl".

 

Za użyczenie fotografii dziękujemy Pawłowi Starnawskiemu.Prawa do fotografii - zastrzeżone.

comments powered by Disqus