Tu jesteś
costam
na marginesie:

Marchołt

Klub i galeria mieszczące się w willi przy ul. Warszawskiej 37 w Katowicach. Działają w ramach Klubu Niezależnych Stowarzyszeń Twórczych „Marchołt”.

Michalina Growiec

Prof. zwyczajny, Kierownik Katedry Wokalistyki. W latach 1952-56 kształciła się równolegle w A.G.H i Średniej Szkole Muzycznej w Krakowie. Po ukończeniu studiów w A.G.H na Wydziale Ceramicznym kształcenie w zakresie śpiewu solowego kontynuowała w Średniej Szkole Muzycznej w Gliwicach w klasie prof. Adrianny Lenczewskiej. W roku 1957 otrzymała dyplom z wyróżnieniem i rozpoczęła studia na Wydziale Wokalnym w PWSM w Katowicach. W czasie studiów rozpoczęła działalność koncertową. W roku 1962 ukończyła studia debiutem w partii Małgorzaty w op. Faust Gounoda w Państwowej Operze Śląskiej w Bytomiu i otrzymała dyplom z odznaczeniem. Dalsze doskonalenie sztuki kontynuowała na stypendium we Włoszech (Siena-Accademia Musicale Higiana) - prof. Farwaretto. Brała udział kilkakrotnie w kursach mistrzowskich w Weimarze w klasie prof. Krauze i prof. Sokorskiej. W roku 1971 w czasie festiwalu młodzieży muzycznej w Bayreuth w drodze konkursu wykonała partie sopranową w "Weselu" I. Strawińskiego pod dyrekcja Pierre Bouleza. W PWSM pracę pedagogiczną rozpoczęła jako asystent w roku 1968. W roku 1975 została dziekanem Wydziału Wokalno-Aktorskiego i pełniła funkcje do r 2002 z przerwą między 1990-96 rokiem. W r 2002 została Kierownikiem Katedry Wokalistyki. /opis pochodzi ze strony www.am.katowice.pl/.

Marchołt. Wspomnienie Michaliny Growiec

Przybrudzona willa w centrum Katowic. Słychać dzwony kościoła Mariackiego, klaksony samochodów, ludzie biegną na tramwaj. Mało kto zatrzymuje się przy budynku, z którego sypie się tynk. Szarość doskonale go kamufluje. Słowo „willa” brzmi trochę jak kpina, a jednak jest to jeden z najstarszych zabytków Katowic – dawna siedziba bogatej i wpływowej rodziny von Kramst przy Friedrichstrasse 37. Budowa skończyła się w 1876 roku.

 

Dziś mieści się tam pub, trochę zapomniana galeria i scena, na której od czasu do czasu odbywa się kameralny koncert. Jednak dla Michaliny Growiec – emerytowanej profesor Akademii Muzycznej i sławnej śpiewaczki – Marchołt zawsze pozostanie źródłem wspomnień z dziwnych lat stanu wojennego.

fot. Marek Grajcar

Kto nazwał go Marchołtem? Podobno Wilhelm Szewczyk, który miał tam swój stolik w czasach, gdy Warszawska nie była już Friedrichstrasse, a o rodzinie Gustawa von Kramsta nikt nie pamiętał. Jego wspaniała willa z ogrodem stała się po 1953 roku własnością publiczną. W końcu umieszczono tam Klub Związków i Stowarzyszeń Twórczych, a więc stworzono miejsce dla poetów, aktorów, filmowców, ludzi radia i telewizji, muzyków i wielu innych. Spotykali się, aby razem tworzyć, dyskutować, ale także bawić się i pić. Do dziś mówi się o Marchołcie, że „wielu straciło tam portfel i wątrobę”.

Może właśnie dlatego Szewczyk skojarzył go ze stworem z opowieści o królu Salomonie, który był gruby a sprośny a wszakoż, jako o niem powiedają barzo zwymowny (…), brodę miał smrodliwą a kosmatą jakoby u kozła.Mogło chodzić o to, że spotykający się w klubie artyści i twórcy grali władzy na nosie – nie bali się rozmawiać o polityce i krytykować polskiej rzeczywistości. Z drugiej strony byli inwigilowani i podsłuchiwani. Aby wejść do Klubu, gdzie wódka była tania, a towarzystwo wyborne, trzeba było mieć specjalną legitymację lub znajomości. Niektórzy twierdzą, że władza dobrze wiedziała, co robi. Udało się zebrać wszystkie „wolne umysły” w jednym miejscu, poznać je z imienia i nazwiska i rozwiązać im języki, dając tani alkohol. Rzeczywiście, w takich warunkach inwigilacja wydaje się znacznie łatwiejsza. Lucjan Czerny – artysta kabaretowy – wspomina, że najzabawniejsze były te sytuacje, gdy do „oazy wolności” wszedł agent, który miał słabą głowę i po pijaku przyznawał się do swoich zamiarów. Często dochodziło też do rękoczynów wśród gości, które – również rękoczynami – ukrócał kelner.

Minęło 30 lat. Pani Michalina siedzi w swoim miękkim fotelu i uśmiecha się ciepło. Ma jasne włosy i śmiejące się oczy. Te włosy kiedyś sięgały pasa, a ich właścicielka mogła występować na operowej scenie bez peruki.

Czy pani również tak wspomina Marchołta?

Och, ja nie mogłam pić i palić, to jest niedozwolone dla kogoś, kto chce zachować swój głos. Ale śpiewać, tańczyć kochałam i przehulałam całe życie. Nie potrzebowałam nic do tego. Pamiętam wieczory w Marchołcie – koncerty, a po nich spotkania, rozmowy i tańce…

Wielu te czasy wspomina z rozrzewnieniem, także Irek Dudek – twórca Rawa Blues Festival, który jako młody chłopak próbował stać się częścią tego elitarnego towarzystwa. Mogłoby to tak trwać do dziś, ale w 1981 roku przyszedł stan wojenny i nic już nie było takie jak przedtem.

Tuż przed stanem wojennym Kazimierz Kutz przygotowywał w Marchołcie raport o kulturze na Śląsku – szykowały się jakieś zmiany. Jacek Łapot z Kabaretu Długi zbierał aktorów chętnych do stworzenia nowej formacji – Kabaretu Marchołt. Ale w 1981 roku rozwiązano wszystkie stowarzyszenia, a rok później budynek oddano Socjalistycznemu Związkowi Studentów Polskich. Artyści nie mogli już legalnie spotykać się i przygotowywać czegokolwiek. Ale nie znaczy to, że tego nie robili. Michalina Growiec opowiada, że właśnie wtedy najchętniej i najbardziej uparcie organizowała wraz z innymi muzykami koncerty i spotkania w starym dobrym Marchołcie.

Co wtedy wystawialiście? Włoskie arie?

Ależ nie! Śpiewaliśmy pieśni patriotyczne. Te nasze, polskie, najpiękniejsze. A potem wracaliśmy dwójkami do domu, bo już była godzina policyjna. Zawsześmy się odprowadzali, nigdy nikt nie szedł sam.

A nie baliście się? Złapali was kiedyś? Ktoś poszedł do więzienia?

Baliśmy się, ale chcieliśmy to robić, to było takie ważne. Ja mówię: wojna i stan wojenny to straszne rzeczy, ale dobra ich strona jest taka, że wtedy się okazuje, jaki kto jest. W czasie wojny ludzie trzymają się razem, pomagają sobie. Do więzienia nikt nie poszedł, ale kilka razy odwoływaliśmy koncert w ostatniej chwili. I żadnych plakatów nie było, nic. Wszystko szeptem sobie mówiliśmy.

Pani Michalina widziała wojnę jako młoda dziewczyna, a rok 1981 przypominał jej trochę tamte czasy. Jest kobietą, której życie nadawałoby się na fabułę książki. Zanim trafiła do Akademii Muzycznej, musiała studiować na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, a potem pracowała w hucie na Śląsku, w dodatku jako zwykła robotnica. Równocześnie jednak wciąż śpiewała. Gdy wreszcie zaczęła studia w Katowicach, od razu doceniono jej talent – występowała we Włoszech (gdzie dostała stypendium) i w Stanach Zjednoczonych.

Dziś pani Michalina przychodzi czasem do Marchołta na koncert lub wernisaż. Jej drobna postać przesuwa się wolnym krokiem wzdłuż ściany galerii, kiedy skupiona ogląda wystawione prace. Kilka razy udało się ją namówić na występ. Choć jest już słabego zdrowia, zawsze chętnie śpiewa, nawet a cappella. Tak zaprezentowała niedawno „I love Paris” Elli Fitzgerald, a publiczność śpiewała razem z nią.

Dwa razy Pan Bóg już mnie prawie zabrał. Jestem chora, nie mam pamięci, ale śpiewać mogę! To najważniejsze, że śpiewać ciągle mogę.

A czym teraz jest Marchołt? Na pewno czymś więcej niż złym snem konserwatora zabytków. Dla Irka Dudka jest to najważniejsze miejsce na afterparty Rawa Blues Festival. Dla właścicieli Pubu Za Drzwiami Marchołt to nowy biznes i nowa przygoda – chcą przywrócić mu dawną świetność i sławę. Dla młodych artystów Marchołt to szansa, żeby bez znajomości i dyplomu pokazać swoje prace. A dla katowiczan? Jednym z wielu miejsc, o których nie warto zbyt szybko zapomnieć.

 

Tekst: Katarzyna Kwiecień
Korekta: Anna Wolny, Ewa Wydra e.wydra@rozswietlamykulture.pl
Fotografie: Marek Grajcar
Licencja: http://creativecommons.org/licenses/by-nc-nd/3.0/us/ Opis "Tekst autorstwa Katarzyny Kwiecień stworzony dla projektu Mapa Miejsc Ciekawych - www.mapamiejscciekawych.pl".

comments powered by Disqus