Tu jesteś
costam
na marginesie:

Matka Ewa, czyli Ewa von Tiele-Winckler

- córka właścicieli dóbr Miechowickich – Waleski i Huberta von Tiele-Wincklerów urodziła się 31 października 1866 roku w Miechowicach, i z Miechowicami związała całe swoje życie, służąc ich mieszkańcom. Została wychowana w tradycji rzymskokatolickiej, jednak protestantyzm w nurcie ewangelicko-augsburskim był jej bliższy, czemu dała wyraz zmieniając wyznanie w wieku 16 lat. Dwa lata później została konfirmowana. Ewa von Tiele-Winckler całe swoje dorosłe życie poświęciła dobroczynności i pomocy najbardziej potrzebującym. W 1890 r. ukończono budowę Ostoi Pokoju – domu opieki, którego fundatorem był Hubert von Tiele-Winckler. Trzy lata później Ewa przyjęła ordynację diakonacką, po czym sama utworzyła w Miechowicach żeński diakonat. Diakonisy działały na rzecz mieszkańców Miechowic, a także zastępowały Matkę Ewę, gdy przebywała w Bethel. Ostatecznie Matka Ewa powróciła do Miechowic w 1901 roku, a rok później zamieszkała w specjalnie dla niej wybudowanym małym, drewnianym domku, który był jednocześnie jej mieszkaniem, małym ambulatorium, miejscem skupienia i modlitwy, a także przestrzenią, w której przyjmowała wszystkich, którzy zapukali do jej drzwi.

Dom Matki Ewy. W poszukiwaniu minionego czasu

Zawsze chciałam być jak Indiana Jones – podróżować, odkrywać skarby i rozwikływać zagadki przeszłości. Myślałam, że potrzeba do tego tajemniczej mapy sporządzonej atramentem sympatycznym, zaszyfrowanych wskazówek, a także sterowca, parowca i balonu. Cóż... rzeczywistość potrafi zaskoczyć. Kto by się spodziewał, że prawdziwy skarb jest tuż za rogiem i tylko czeka na odkrycie? A drogę do niego wystarczy przemierzyć autobusem linii 623. Rzeczony pojazd pojawił się jak na zawołanie, aby zabrać mnie – i tłum pasażerów z przystanku Bytom Dworzec PKP w podróż do Miechowic. 

Rodowód tej bytomskiej dzielnicy sięga średniowiecza. Wtedy była to mała, biedna osada zasiedlona przez poszukiwaczy skarbów. Skarbów natury – górników. Niestety, przez długi czas owe skarby nie zapewniały swym odkrywcom bogactwa. Wszystko miało się jednak zmienić za sprawą pochodzącego z Moraw kupca, Ignacego Domesa. Jak w każdej historii o skarbach, i w tej opowieści musi znaleźć się element cudowności. Otóż wspomniany Domes, dysponując majątkiem pozwalającym na budowę okazałej siedziby, mógł na jej miejsce wybrać okolicę nieco bardziej nobliwą. Jego wybór padł jednak na Miechowice. Jeśli wierzyć legendzie, mały Ignacy był uczestnikiem pielgrzymki, która w 1770 roku ciągnęła z Moraw na Górę św. Anny. W Miechowicach pątników zastała noc i u miejscowych gospodarzy szukali schronienia. 42 lata później Ignacy Domes ponownie pojawił się w osadzie, tym razem jednak to on miał stać się jej gospodarzem. 

Od 1812 roku trwała budowa klasycystycznego pałacu – nowej siedziby właścicieli dóbr miechowickich. Musiał on jednak trochę poczekać na swych właściwych lokatorów, gdyż Ignacy i Julia Domesowie zamieszkali w małym domku nieopodal. Po sześciu latach (w 1818 roku) w miechowickim pałacu osiedli Maria – córka Julii i Ignacego Domesów – oraz jej mąż, Franciszek Aresin. Od tego momentu rozwój Miechowic nabrał tempa – uruchomiono piec do wypalania wapna, a w 1823 roku rozpoczęto wydobycie galmanu. Zaledwie kilka lat później zmarł Franciszek Aresin, co zapewne zmartwiło mieszkańców Miechowic, a także napełniło ich wątpliwościami i troską o przyszłość. Nie trwało to jednak długo, gdyż pojawił się ten, którego nazwisko przez długie lata było wymawiane razem z nazwą Miechowic – Franciszek Winckler.

Skoligacony z królewskohuckim rzeźbiarzem, Teodorem Kalidem, przez małżeństwo z jego siostrą, Alwiną, Franciszek Winckler był długoletnim zaufanym współpracownikiem Aresina. Po jego śmierci, gdy sam był już wdowcem, Winckler ożenił się z Marią Aresin, stając się tym samym współwłaścicielem miechowickiego majątku. Nastał złoty wiek zarówno dla Miechowic, jak i dla samego rodu Wincklerów. Prawdziwą wisienką na torcie było nadanie Franciszkowi Wincklerowi tytułu szlacheckiego, a wraz z nim wielu przywilejów. Franciszek, od tamtej pory von Winckler, cieszył się nowym statusem jedenaście lat – zmarł nagle 6 sierpnia 1851 roku. Dwa lata później zmarła Maria. Dziedziczką i spadkobierczynią fortuny von Wincklerów została Waleska – córka Franciszka z pierwszego małżeństwa, która od 1854 roku była panią von Tiele-Winckler, żoną protestanckiego wojskowego, Huberta von Tiele.

Nowy gospodarz miechowickich włości rozpoczął przebudowę pałacu, on też był pomysłodawcą przekształcenia lasu w park krajobrazowy. Założono szklarnie i ogród zimowy,
a bryła pałacu przybrała pseudogotycki wygląd.

Miechowicka posiadłość stała się domem dla dziesięciorga dzieci Waleski i Huberta: Franciszki, Heleny, Klary, Hildegardy, Ewy, Franciszka, Huberta,Waltera, Güntera i Hansa Wernera.    

– Reszty dowiem się na miejscu – pomyślałam, gdy zatrzymaliśmy się na przystanku Miechowice Plac Szpitalny.

Po przekroczeniu bramy od razu poczułam, że znalazłam się w innym świecie. Świecie,
w którym przeszłość przenika się z teraźniejszością w ten niesamowity sposób, który mnie – poszukiwaczkę minionego czasu – potrafi w jednej chwili zmienić w Indianę Jonesa. Rozbudza żądzę przygody, chęć eksploracji i – oczywiście – odnalezienia skarbu.

Mapę skarbów znalazłam kilka kroków dalej – przed najstarszym z budynków, Ostoją Pokoju, znajduje się jedna z tablic z opisem zabytku i planem całego kompleksu. Jej autorzy zasugerowali nawet trasę zwiedzania, ale który poszukiwacz idzie utartym szlakiem? Ostoi Pokoju przypisano numer 3 – idealny środek trasy. Od niego więc zaczęłam.


Ewa von Tiele-Winckler - zdjęcie z archiwum Domku Matki EwyZ mapy skarbów dowiedziałam się, że Ostoja Pokoju, będąca nowym domem dla samotnych, starych i schorowanych kobiet, a także dla bezdomnych i chorych dzieci, została poświęcona 29 września 1890 roku. Aby podkreślić charakter tego miejsca, na otwarcie zaproszono 90 najstarszych i najbiedniejszych mieszkańców Miechowic. Sam budynek był prezentem, który ufundował Hubert von Tiele-Winckler swojej córce Ewie, zwanej później Matką Ewą. To właśnie ona jest tutaj kluczową postacią i jej historia jest prawdziwym skarbem czekającym na odkrycie.

Moje próby sforsowania drzwi i wejścia do środka zakończyły się fiaskiem – pozostało mi podziwiać Ostoję Pokoju z zewnątrz. Oprócz pięknego przeszklonego ogrodu zimowego i małej dzwonnicy moją uwagę zwróciły wspierające znaczną część budynku belki.

– Chyba podziemne miechowickie skarby dają o sobie znać – pomyślałam i ruszyłam w kierunku, z którego dobiegały piekielne wprost odgłosy.

Ta istna kakofonia okazała się mieszanką dźwięków remontowych z nowej Ostoi Pokoju – domu opieki dla osób starszych – oraz radosnych głosów jego pensjonariuszy żwawym krokiem przemierzających okoliczne alejki, aby zażyć codziennej dawki ruchu na świeżym powietrzu. Do mych uszu dobiegło jeszcze tylko – powtórzone kilkukrotnie – pytanie:

– Czy zdążymy na obiad?

I grupa seniorów zniknęła mi z oczu.

Moją uwagę przykuł kolejny, wzniesiony w 1905 roku budynek kompleksu – Cisza Syjonu. Piękny, zbudowany z czerwonej cegły gmach, którego wnętrze z pewnością zalane jest światłem wpadającym przez okna stylizowane na gotyckie. Na parterze mieści się przestronna sala, w której dawniej urządzono jadalnię mogąca pomieścić nawet 100 biesiadników. Cisza Syjonu była na co dzień mieszkaniem sióstr, których małe i skromne pokoje znajdowały się ponad główną salą otoczoną galerią.

W niewielkiej odległości od Ciszy Syjonu znajduje się malutki cmentarz, na którym pochowana jest Matka Ewa. Wśród skromnych grobów innych diakonis odnalazłam otoczony bluszczem nagrobek, na którym nie wypisano nawet imienia i nazwiska. Jest tylko skromna inskrypcja Ancilla Domini 1866-1930. Służebnica Pańska. To określenie oddaje charakter Matki Ewy, choć przede wszystkim była jednak „służebnicą ludzi”, czego wyraz dała nie tylko w swoim dziele, lecz także w poezji:

 

Ludu mojej Ojczyzny,

wśród dymów i mgły,

Tobie chcę być wierna

po kres moich dni.

Me siły i mą miłość

chcę oddać całkowicie.

Twoją chcę być zawsze

po  kres moich dni,

Ludu Ojczyzny mojej,

wśród dymów i mgły!

 

Oddalając się od cmentarza, po zaledwie kilku metrach natrafiłam na coś absolutnie niezwykłego. I tylko jedno pytanie, zakłócając radość z odnalezienia prawdziwego skarbu, cisnęło mi się na usta: co w Miechowicach robi chatka z piernika?

Dom Matki Ewy - fotografia z archiwum Domku

 

Chatka z piernika, czyli Domek Matki Ewy – Ewy von Tiele-Winckler, która w wieku 16 lat przeszła z katolicyzmu na protestantyzm, przyjęła ordynację diakonacką i całe życie poświęciła niesieniu pomocy najuboższym i potrzebującym – to chyba najbardziej ujmujące i wyjątkowe miejsce w całym kompleksie Ostoi Pokoju. Mały drewniany domek wybudowany w 1902 roku jest tym baśniowym elementem, który bez cienia wątpliwości musi pojawić się w każdej opowieści o poszukiwaniu skarbów, a ja w tej chwili jeszcze bardziej zapragnęłam miechowicki skarb odnaleźć. Dlatego samowolnie otworzyłam zamkniętą od wewnątrz furtkę i wkroczyłam do małego ogródka, w którym było już widać pierwsze oznaki wiosny. Stanęłam przed drzwiami piernikowej chatki i zapukałam – napis nad wejściem co prawda głosił, iż jest to „własność Jezusa Chrystusa”, ale miałam nadzieję, że może ktoś mi otworzy.

Szczęknął zamek i drzwi się otwarły, a w nich pojawiła się Ania – opiekunka Domku i Kiki (kota z lekką nadwagą). Usiadłyśmy wygodnie w pomieszczeniu, którego wygląd nie zmienił się praktycznie od stu lat – drewniane wyposażenie, półki z książkami (a raczej starodrukami), zdjęcia, obrazy. „Skarby” to mało powiedziane.

– Niewiele osób wie o istnieniu Domku i tego, co się w nim znajduje – powiedziała Ania w odpowiedzi na moje zachwyty. – Ostatnio byłam na uniwersytecie skonsultować coś z panią profesor od starodruków i też była w szoku, bo pierwszy raz słyszała o tym miejscu – dodała, uszczęśliwiając moją duszę odkrywcy. W końcu po co eksplorować coś, co wszyscy już znają? 

No właśnie: skarby. Oprócz tego, że pochłaniałam wzrokiem wnętrze Domku, próbowałam dowiedzieć się od mojej gospodyni – bo w końcu to ona rozpracowywała tajemnice piernikowej chatki – czegoś o wszystkich tych cudownościach, które były w niej ukryte. W międzyczasie kot, mimo kilku zbędnych kilogramów, zgrabnie wskoczył na ławkę i z rozmarzonym wzrokiem i gruchaniem zamiast miauczenia wepchnął się na moje kolana. 

– Największy skarb w Domku? To trudne pytanie. Domek sam w sobie jest dla mnie ogromnym skarbem. W szczególności przez swoją historię i to, o czym dziś przypomina. I przez to, o kim przypomina. Domek jest jak opowieść. Daje mi się poznać powoli. Odkrywa przede mną swoje małe i duże sekrety systematycznie. Wczoraj cieszyłam się z odkrycia tybetańskich pantofli, dzisiaj cieszę się z odkrycia listów żony kuzyna wielkiego kanclerza Niemiec, a jutro? Może jutro ucieszę się z odkrycia kolejnego starodruku?

fot. Aldona Seeman-GnidaTybetańskie pantofle? Nie, nie mogłam tylko o tym słuchać, musiałam to zobaczyć, dlatego rozpoczęłyśmy zwiedzanie Domku. Tak, znalazłam się w raju poszukiwaczy – łatwiej wymienić to, co skarbem nie było, niż wszystko to, co Indiana Jones mógłby uznać za swoje trofeum.

XVII-wieczne Biblie z okuciami, chińskie buciki, laleczka – Hinduska w czerwonym sari
z paciorkowym kolczykiem w nosie – skrzynia pełna listów i osobistych zapisków diakonis, fisharmonia, piękny zielony zegar, tablica ze zdjęciami – pamiątkami z misji: Indie, Chiny, Afryka... Nie wszystko jednak nadawało się do postawienia na kominku w salonie.

– W dalszym ciągu dziwią i zastanawiają mnie znalezione w Domku włosy... – powiedziała Ania, wyciągając z malowanej skrzyni zawiniątko z tą osobliwą pamiątką.

Jest jeszcze „cudowna” – jak przystało na opowieść o skarbach – ikona:

– Tak... jest ikona, która ocaliła Domek w czasie „masakry miechowickiej”. Kiedy grupka żołnierzy Armii Czerwonej tutaj weszła i ich oficer zobaczył tę ikonę, to stwierdził, że tutaj nic nie może nikomu się stać i nic nie może zginąć. No i po prostu wyszli. Dzięki temu Domek się ostał. To w sumie taki paradoks, że pałac i całe wyposażenie zostały zniszczone, a taki mały skromny domek przetrwał, pokonując czasy wojny, zmiany ustrojowe i szkody górnicze – wyjaśniła Ania, uśmiechając się na myśl o tych ostatnich.

– Ale szkody górnicze to chyba dają o sobie znać? – zapytałam, przypominając sobie budynek Ostoi Pokoju.

– Noooo, tak. Czuć, że Domek osiada, a to się daje we znaki. Można na przykład spokojnie się rozpędzić i zjechać sobie z jednego końca Domku na drugi – zaśmiała się opiekunka piernikowej chatki, ale po chwili spoważniała i wspomniała o konieczności prostowania Domku.

Krzywy domek w Miechowicach byłby zapewne nie lada konkurencją dla Krzywej Wieży
w Pizie, ale zdecydowanie lepiej prezentuje się, spełniając standardy architektoniczne. Dobrze, że są ludzie, którzy o niego – i o całą Ostoję Pokoju – dbają i nie pozwolą, by spotkało go to, co oddalony o kilkaset metrów pałac. Dzięki temu cały czas nieprzebrane wprost skarby czekają na swoich odkrywców w tak niepozornych bytomskich Miechowicach. 

 

Tekst: Larysa Michalska
Korekta: Anna Wolny, Ewa Wydra e.wydra@rozswietlamykulture.pl
Fotografie: 
archiwum Domku Matki Ewy, Aldona Seeman-Gnida
Licencja: http://creativecommons.org/licenses/by-nc-nd/3.0/us/ Opis "Tekst autorstwa Larysy Michalskiej stworzony dla projektu Mapa Miejsc Ciekawych - www.mapamiejscciekawych.pl".

comments powered by Disqus