Tu jesteś
costam
na marginesie:

Henslok. Zakład introligatorski

Pracownia introligatoska z Katowic. Mieści się przy ul. Tylnej Mariackiej 5.

Pogryziony Lincoln i Koran ubrany w sukienkę

„Introligatornia” – to jedno z pierwszych słów, które jako pięcioletnia dziewczynka ucząca się trudnej sztuki czytania potrafiłam płynnie przeczytać. Od razu uspokajam – nie będzie to opowieść o moich umiejętnościach. Czytelnikowi należy się jednak słowo wyjaśnienia. Zanim szyld z tym trudnym, kojarzącym się z aligatorem słowem zawisł na dobre przy ulicy Tylnej Mariackiej 5 w Katowicach, wisiał jakiś czas w przedpokoju w moim domu. To dlatego w opowieści o warsztacie introligatorskim Bernarda Hensloka wystąpią: dziadek, rodzice i ciocia.

Początki na Dyrekcyjnej 2

fot. Anna WolnyDrewniana podłoga, okna w formie witrynek (pamiętające jeszcze czasy przedwojenne, kiedy swoje sklepiki i zakłady prowadzili tu katowiccy żydzi), wielkie drewniane stoły, a na nich mnóstwo papierów, książek i introligatorskich narzędzi – słowem: scenografia idealna do ekranizacji noweli Mendel Gdański. Gdyby nie muzyka dochodząca z radia i stojący na zapleczu komputer, można by pomyśleć, że czas stanął tu w miejscu jakieś 100 lat temu. Początki introligatorni sięgają jednak jeszcze dalej.

Pierwszym właścicielem warsztatu był mistrz introligatorstwa, który pod koniec XIX wieku założył swój zakład w kamienicy przy dzisiejszej ul. Dyrekcyjnej 2 w Katowicach (obecnie jest to budynek Hotelu Monopol). Interes po śmierci mistrza przejął jego syn, który również wyuczył się zawodu. U niego z kolei uczył się Konrad Szopa, który w okresie międzywojennym wykupił warsztat. Jego pracę przerwała okupacja, jednak po wyzwoleniu udało mu się wrócić – od tej pory zaczął szkolić uczniów. I tak w 1949 roku – jako 14-letni chłopiec –  przyjął się do niego w charakterze ucznia mój dziadek. Dwa lata później zdobył tytuł czeladnika. – Bardzo wiele się w tym czasie nauczyłem. Był to jeden z lepszych warsztatów, wyróżniał się swoją sztuką introligatorską – wspomina dziadek. – Los tak sprawił, że zawód przydał mi się też w wojsku. Pracowałem tam przez dwa lata w drukarni.

Po kilku latach pracy w różnych zakładach papierotechnicznych dziadek wrócił do introligatorni mistrza Szopy. Do końca lat 60. pracowali w dawnej siedzibie na Dyrekcyjnej, potem przenieśli się na Tylną Mariacką, gdzie zakład funkcjonuje do dziś.

Ponieważ stary Szopa nie miał następcy w rodzinie, dziadek zdecydował się na odkupienie warsztatu. I tak od 1974 roku prowadził go razem z moją nieżyjącą już babcią. Rzemiosła (siłą rzeczy) nauczyły się także moja mama oraz ciocia, która skończyła szkołę poligraficzną, zdobywając zawód introligatora. Dziadek – już jako mistrz – był jednym z lepszych nauczycieli tego fachu (przez kilka lat był nawet członkiem komisji egzaminacyjnej w Izbie Rzemieślniczej). – Zakład miał głównie charakter szkoleniowy. Do początku lat 90. wyuczyłem w sumie około 30 osób – chwali się dziadek. Jednym z jego ostatnich uczniów był mój tata, który pod okiem swojego teścia został czeladnikiem, a kilka lat później również mistrzem.

Dziś właścicielką zakładu jest ciocia. Razem z nią pracują moi rodzice. A dziadek (choć od kilku lat na emeryturze) codziennie im towarzyszy. Dla niego introligatorstwo jest nie tylko zawodem, ale też wielkim hobby. – Zdarza się, że przychodzi klient z książką, zagląda w głąb warsztatu i woła zdziwiony: „O! Pan jeszcze tu pracuje? Oprawiałem u pana pracę magisterską w latach siedemdziesiątych!” – śmieje się dziadek.

 

fot. Anna Wolny

 

Gilotynowa podróż w czasie

 

Lokal, w którym działa warsztat, powstał przez połączenie kilku mniejszych pomieszczeń. Przed wojną swoje interesy prowadzili tu drobni żydowscy przedsiębiorcy. – Były tu sklepiki (z karmelkami i watą cukrową) oraz zakład szewski. Każde pomieszczenie miało swoje odrębne wejście z zewnątrz – mówi ciocia. Rzeczywiście, jeśli dobrze się przyjrzeć podłodze i ścianom, można zauważyć pozostałości dawnych ścianek działowych. Na zapleczu i w magazynie są z kolei ślady po starych wejściach, tych od strony podwórka.

Tuż przy wejściu znajdują się wielkie introligatorskie nożyce. Wyglądają trochę jak gilotyna biurowa, są jednak kilkanaście razy większe, trzeba je obsługiwać na stojąco i w chwili nieuwagi można sobie nimi uciąć nie tylko palec, ale całą dłoń. Służą do cięcia grubej tektury. Obok stoją wielkie bele materiałów wykorzystywanych do oprawy książek – różnokolorowe płótna i balakrony (to typ skóropodobnego materiału). – To prawda, że dawniej oprawiano książki także w ludzką skórę? – pytam. – Kiedyś czytałem o tym w jakimś starym przedwojennym czasopiśmie – odpowiada tata. – Odnotowano przypadki takich opraw w historii. Ciekawostką jest to, że nieraz skóra ludzka pasowała tematycznie do książki – ponoć oprawiono tak m.in. wydanie anatomii człowieka i jakiś horror. Dzisiaj nie do pomyślenia – dodaje. (Sprawdziłam w Internecie: tego typu praktyki nasiliły się w Europie XVIII-XIX wieku. Zainteresowanych odsyłam na przykład tutaj: http://jacekdehnel.natemat.pl/34309,ksiazki-oprawione-w-ludzka-skore-czyli-cos-dla-milosnikow-makabry). Obecnie skóry do oprawy książek pozyskuje się najczęściej ze świń, cieląt i koźląt, choć można spotkać także bardziej egzotyczne skóry, np. strusią. Skóra musi być miękka, żeby łatwo poddawała się formowaniu podczas przyklejania jej do tektury, a jednocześnie na tyle mocna, by nie przetarła się na grzbiecie.

Ozdobne tłoczenia na okładkach wykonuje się ręcznie specjalnymi narzędziami. Podgrzane do odpowiednio wysokiej temperatury rolki, tłoczki i liniaki odciska się na powierzchni gotowej okładki przez specjalne folie. Pod wpływem temperatury i nacisku kolor z folii odbija się na książce. Najpopularniejsze są złote i srebrne nadruki, choć zdarzają się także inne kolory. Można także tłoczyć bez kolorów, „na ślepo”. Do tłoczenia tekstów używa się ruchomych czcionek, z których najpierw układa się pożądany napis (trzeba pamiętać o lustrzanym odbiciu!), a następnie montuje się go w specjalnej maszynie –  złociarce. Gdy czcionki się nagrzeją, okładkę z nałożoną folią kładzie się na blacie złociarki, a następnie wielką wajchą dociska napis na kilka sekund.

fot. Anna Wolny

Złociarkę i kilka innych maszyn nabył pierwszy właściciel zakładu, co oznacza, że pochodzą one z końca XIX wieku. Dzięki kilku przeróbkom technicznym (głównie związanym z zasilaniem elektrycznym) z powodzeniem służą do dziś. Ich wiek oraz zabytkowy styl sprawiły, że wyglądają jak pożyczone z muzeum. – Te maszyny mimo swojego wieku są bardzo dobre. Wiele potrafią zrobić, nieraz dużo więcej niż nowoczesne sprzęty – zauważa tata. Na zapleczu stoją dwa „zabytki” – gilotyna (służy do przycinania grubych bloków papieru, najczęściej do wyrównywania brzegów książki przed wklejeniem jej do nowej okładki) oraz maszyna do zszywania książek drutem.

Do szycia książek wykorzystywana jest także inna maszyna (już nie typowo introligatorska) – maszyna do szycia ciężkiego. Przy jej pomocy zszywa się ze sobą kartki książek, które miały klejony grzbiet (chyba każdy z nas miał okazję wypożyczyć w bibliotece taką książkę, a raczej okładkę z załączonymi do środka luźnymi kartkami, często nieporadnie naprawionymi taśmą klejącą). Z kolei książki złożone z tzw. składek (przypominających cienkie zeszyty) trzeba uszyć ręcznie. Bardzo pomaga w tym heftlaga – drewniana konstrukcja, na której naciąga się mocne (najczęściej konopne) sznurki lub bawełniane taśmy – to one stanowią „kręgosłup” książki, na nich zszywane są ze sobą kolejne składki. W książkach szytych na sznurkach trzeba wcześniej zrobić rowki, napiłowując ich grzbiet. To samo dotyczy wydrukowanych na sztywnym papierze czasopism, które zszywane są na taśmach w grube roczniki.

Jednak żeby zszyć książkę, najpierw trzeba ją rozebrać (pozbyć się kleju z grzbietu, rozdzielić składki). Kiedy książka jest mocno zniszczona, np. ma podarte kartki, przed szyciem trzeba ją wykleić. Używa się do tego bardzo cienkiej gładkiej bibuły, która nawet przyklejona na zadrukowanej stronie nie rzuca się w oczy. Do wyklejania książek świetnie nadaje się biały, prawie przezroczysty papier, który zgnieciony w duże kulki nieraz znajdujemy w nowo kupionych butach.

fot. Anna WolnyGotową książkę, wklejoną do nowej okładki, zaciska się w introligatorskiej prasie, by schnący klej nie spowodował pomarszczenia papieru. Wizerunek prasy z zaciśniętą wewnątrz książką jest herbem introligatorstwa. Nad nią znajdują się skrzyżowane narzędzia – pędzel, rolka do złocenia i kość introligatorska (przyrząd ułatwiający np. zaginanie papieru czy dociskanie sklejanych powierzchni). Metalowa płaskorzeźba z herbem zdobi także ścianę katowickiego warsztatu.

 

Nasz klient – nasz pan, czyli: „ze świniami to nam nie po drodze”

 

„Introligatorstwo jest sztuką coraz bardziej zamierającą, choć przecież tak bardzo potrzebną. Świadczyć o tym może natłok klientów w zakładzie introligatorskim przy ulicy Mariackiej. Jak poinformował nas jego kierownik, Bernard Henslok, ludzie przynoszą do oprawy niemalże wszystko: od autentycznych „białych kruków” (ostatnio wydanie przemówień Lincolna pogryzione przez psa) poprzez kryminały, aż po prace doktorskie. Jednak najbardziej chwalą sobie mistrza studenci – oprawione przez niego prace magisterskie są z reguły bronione na piątki” – czytamy w „Dzienniku Zachodnim” z 1975 roku.

Również dzisiaj dużą część klientów stanowią studenci. Zwłaszcza w czasie sesji, kiedy większości z nich zbliża się termin obrony. Dużo pracy jest także pod koniec roku, kiedy firmy zlecają wytłoczenie nadruków na kalendarzach firmowych dla swoich pracowników. Przywożą oni matrycę z logo oraz setki kalendarzy zapakowanych w wielkie pudła. Zakład przypomina wtedy kartonowy labirynt, a stoły do pracy – osiedla pełne kalendarzowych wieżowców.

Najciekawsze są jednak zlecenia nietypowe, zwłaszcza renowacja starych i bardzo cennych książek czy czasopism. Kilka lat temu miałam okazję zobaczyć na własne oczy wydanie Konrada Wallenroda z podpisem Mickiewicza na stronie tytułowej. Zdarzają się także wielkie wyzwania.
– Ratowaliśmy kiedyś księgozbiór, który ucierpiał w czasie pożaru. Książki zostały zalane przez straż pożarną podczas gaszenia ognia – wspomina mama. Czasem książki są tak stare i zniszczone, że ich kartki dosłownie kruszą się w rękach.

Ale praca introligatora to nie tylko naprawa zniszczonych książek. – Pewien klient kupił dla swojego syna całą trylogię Władcy pierścieni i Hobbita. Chciał całość oprawić w postarzaną skórę z ozdobnymi tłoczeniami i oryginalnym złotym nadrukiem. Był bardzo wymagający, sam zaprojektował więc wzór, na którego podstawie trzeba było dopiero zamówić odpowiednie matryce do złocenia (mamy sprawdzoną firmę w Poznaniu, która się w tym specjalizuje). – Tata na zapleczu pokazuje mi cztery  puste okładki. Brązowa skóra, wytłoczone złote napisy i wypukłe, przyciemnione ornamenty, m.in. tekst napisany tengwarem. Wolę nie pytać o cenę. – Inny klient z kolei narzekał kiedyś, że oprawiam mu wszystko zbyt równo i dokładnie. Ostatnio zażyczył sobie, żeby jego książkę (wydrukowaną zresztą na szarym papierze do pakowania) oprawić w surową tekturę z czarnym napisem. Chciał też, żeby płócienny pasek na grzbiecie wycięty był nierówno, a napis wytłoczony krzywo – śmieje się tata. – Niektórzy przynoszą swoje surowce do oprawy książek. – dodaje mama. – Przychodził do nas pewien Arab, który do oprawy swoich książek przynosił stare sukienki swojej żony: jedne były pięknie wyszywane złotą nitką, inne miały cekiny i małe kryształki. Oprawiał u nas ręcznie pisane arabskie dzieła, w tym Koran. Mówił, że to XIV-XV wiek... Musiały być naprawdę cenne, bo bardzo się o nie bał. Nie mogły u nas leżeć dłużej niż 2-3 dni. – Innym razem chciał oprawić książkę w skórzaną okładkę. Zanim jednak zdecydował się na konkretny kolor, zapytał, z jakiego zwierzęcia pochodzi surowiec. Kiedy powiedziałem mu, że to świńska skóra, odpowiedział: „ze świniami to nam nie po drodze”. Jako muzułmanin musiał wybrać skórę cielęcą – wspomina tata.

fot. Anna Wolny

Na Tylną Mariacką zaglądali również bardziej i mniej znani. Wojciech Kilar, Andrzej Sośnierz, śp. Michał Smolorz – to tylko niektóre nazwiska. – Oprawialiśmy doktorat Magdaleny Piekorz, a w latach 70. swoją pracę magisterską oprawił u nas znany pianista, Krystian Zimerman – wylicza ciocia. Dla dziadka z kolei duże znaczenie miała przyjaźń ze znanym katowickim bibliofilem, śp. Romanem Chrząstowskim. Jest także dumny, że mógł oprawić egzemplarz papieskiej encykliki wręczonej Janowi Pawłowi II w czasie pielgrzymki w 1979 roku. Specjalne podziękowanie oprawione w ramkę zajmuje ważne miejsce na ścianie obok dyplomów i rycin z wizerunkami średniowiecznych i renesansowych introligatorów.

 

Zawód zagadka

 

Introligatorstwo wpisane jest na listę ginących zawodów. Z dziewiętnastu zakładów, które działały w Katowicach, do dziś funkcjonują trzy, może cztery. Jak mało popularny jest ten rodzaj rzemiosła, może świadczyć zdziwienie na twarzach niektórych studentów polonistyki, którzy dopiero na pierwszym roku studiów, przy okazji omawiania Kazań świętokrzyskich, dowiedzieli się, czym zajmuje się introligator. A zajmuje się w dużej mierze tym samym, co polonista (tylko z nieco innej perspektywy), o czym – wtedy dopiero jako przyszła polonistka – miałam okazję się przekonać jakieś 10 lat temu, przeprowadzając taki oto dialog z tatą:

– Co czytasz?
Faraona do szkoły. Czytałeś?
– Nie… Ale na pewno oprawiałem.

 

Tekst i ilustracje: Anna Wolny
Licencja:  Tekst: http://creativecommons.org/licenses/by-nc-nd/3.0/us/; opis "Tekst autorstwa Anny Wolny stworzony dla projektu Mapa Miejsc Ciekawych - www.mapamiejscciekawych.pl". Fotografie: prawa zastrzeżone.

comments powered by Disqus