Tu jesteś
costam

Nocna komunikacja autobusowa w GOP

Pełne, piekące słońce w niedzielne południe. Targowy gwar i kościelne dzwony zapraszające na nabożeństwo. Gdy tłumy ludzi rozdeptują bruk na prowincjonalnym placyku, większość populacji dużych aglomeracji twardo odsypia minioną noc. Spędzoną z przyjaciółmi w gwarnych lokalach, które wszystko, co najlepsze, serwują właśnie w godzinach mocno wieczornych. Liczebność spragnionych nocnej rozrywki jest dobrym wskaźnikiem wielkomiejskości, a dobrej jakości night life znacząco zwiększa atrakcyjność danego ośrodka miejskiego.

Czynnikiem wpływającym na jakość owego nocnego życia, w dużym stopniu determinującym możliwość jego zaistnienia w ogóle, jest nocny transport publiczny. Całkowite oparcie transportu na taksówkach (z horrendalnymi cenami w taryfie nocnej) tudzież na poszczących nieszczęśnikach (piastujących funkcję szofera reszty biesiadników) powoduje zamieranie miasta w chwili odjazdu ostatniego środka komunikacji zbiorowej.

Świadomi tego faktu są rajcy Hamburga, gdzie kolej miejska, metro i autobusy dzienne kursują w regularnym takcie do północy. Od niedzieli do czwartku przez następne cztery godziny potrzeby transportowe zaspokaja rozbudowana siatka specjalnych linii nocnych. W piątki i soboty owe nocne linie nie kursują. Paradoks? Nie, gdyż przez całą dobę kursują zarówno wszystkie linie miejskiego transportu szynowego, jak i duża część autobusów dziennych. Niektóre z nich częściej pojawiają się na przystankach o 2 w nocy niż o 7 rano.

W Warszawie linie nocne co 30 minut wyruszają spod Dworca Centralnego, docierając do każdej dzielnicy i miasteczek ościennych. W Krakowie, odległym od GOP-u zaledwie o godzinę drogi autostradą, w zeszłym roku przywrócono nocną komunikację tramwajową. Trzywagonowe składy tramwajowe kursowały w noc sylwestrową wypchane po brzegi. Należy pamiętać, że sprawna komunikacja całodobowa nie służy tylko do odwózki hedonistów lubujących się w przedłużających się dyskusjach urozmaicanych trunkami bądź w tanecznych harcach. To także znaczne ułatwienie dla osób korzystających z nocnych połączeń dalekobieżnych czy też pracujących w trybie zmianowym.

fot. Przemysław Wacławek

Jak wygląda komunikacja nocna w konurbacji katowickiej? Nie odstaje poziomem od tej dziennej, co jest bardzo marnym pocieszeniem. Ogłaszana z pompą „rewolucja”, polegająca na dodaniu literki N do oznaczenia linii i kilku kursów, z pewnością pomogła kilku osobom, lecz było to tylko doraźne łatanie. Mizerna oferta, kuriozalne kursy zapuszczające się na pustkowia, luźny stosunek kierujących do realizacji rozkładów jazdy, pojedynczy, stali pasażerowie wtajemniczeni w zasady rządzące funkcjonowaniem nocnych przewozów. Komasacja wszystkich grzeszków górnośląsko-dąbrowskiej komunikacji miejskiej ma miejsce właśnie po zachodzie słońca.

Osobista fascynacja regionem i komunikacją miejską, setki kilometrów spędzone (zamiast w szkolnej ławce) na przednim siedzeniu autobusu, wreszcie wrodzona ciekawość świata spowodowały, że od 2007 roku postanowiłem organoleptycznie zacząć badać system. Celem było przejechanie każdej linii nocnej w regionie.

Było to spore wyzwanie dla małoletniego wówczas ucznia gimnazjum, który częściej przesiadywał przedpołudniami na ikarusowym skaju niż szkolnym drewnie. Realizacja pomysłu nie powiodłaby się, gdyby nie nadmiar „wolnej chaty” z przyczyn losowych i zawiązana internetowo znajomość. Znajomość oparta o linie nocne: na forum miłośników komunikacji miejskiej pewien jegomość, starszy o cztery lata, poszukiwał dojazdu z Katowic do Świerklańca na godzinę 5 rano. Chcąc „zaliczyć” efemeryczną linię 119 (raz dziennie jadącą do… centrum Katowic), rozważał nocny biwak w pobliskim parku. Zaproponowałem połączenie przesiadkowe ostatnimi kursami nocnymi. Rozwiązanie spodobało się i tym samym zyskałem sympatię owego szaleńca – Tomasza. Tak rozpoczęła się nasza znajomość, rozwijana podczas kolejnych nocnych podbojów regionu.

Pochodzę z Panewnik, z którymi zrośnięta jest Ligota – zagłębie studenckie, imprezowa agora, kraina etanolu rozlewanego w blasku księżyca. Nocna komunikacja opiera się na – wyjącym co godzinę pod moim oknem – autobusie nocnym 657N. Ofertę dopełniają przystawki: weekendowy kurs krajoznawczy do Mikołowa oznaczony tajemniczym numerem 905N i dzienna linia 37 docierająca do Mikołowa nieco prostszą trasą. Pierwszy ze wspomnianych autobusów kurs z Katowic wykonuje o 3 rano, ostatni przyjeżdża do śródmieścia tuż przed pierwszą. Tego typu „nocne kursy linii dziennej” to charakterystyczny element sieci komunikacji w regionie, opartej na liniach-tasiemcach, których autobusy muszą wrócić do miejsca garażowania, co niekoniecznie ma związek z potrzebami pasażerów…

Obecne 657N ma stosunkowo klarowną, stałą trasę. Bez odstępstw i różnic przebiegu w poszczególnych kursach. W początkach „nocnej przygody” nie było tak łatwo: dojazd do niektórych punktów wymagał przejazdu przez przystanek końcowy. Przewidziano tam minimalny postój, by pasażerowie spokojnie mogli dojechać do żądanego punktu, nawet mocno okrężną drogą.

 

Nocne okno na świat

 

Piękne założenia poczynione na papierze w patologicznych, niekontrolowanych warunkach przegrywają z poczciwym czynnikiem ludzkim. Zaliczam się do grona nieszczęśników, którzy zasmakowali staropanewnickiego chłodu po bezpardonowym wyproszeniu z pojazdu na przystanku Panewniki Owsiana. Na nic zdały się prośby i okazywanie ważnego biletu kierowcy (na długo przed tym, nim kierujący autobusami nabrali uprawnień do ich kontroli w ramach osławionego programu wsiadania przednimi drzwiami). Kierowca nocnego autobusu jest panem i władcą, powodzenie przejazdu zależy od jego humoru i nastroju, nie zaś faktu uiszczenia opłaty za przejazd. Odwołania i skargi można pisać rano, tymczasem była godzina pierwsza... Z duszą na ramieniu, obserwując mijane watahy dzików i popędzany przez mroźny wiatr, rozpocząłem wędrówkę z krańca miasta do odległego o pół godziny marszu domu. Przygoda z wędrówką była dobrą nauczką na przyszłość. Przy kolejnych nocnych eksploracjach, na terenach znacznie oddalonych od ciepłego lokum, w obawie przed utknięciem na głębokich peryferiach w mało przyjaznej porze nigdy nie dojeżdżaliśmy do ostatniego przystanku.

Mimo to nocne 657 szybko zostało odkryte przez koneserów nocnych wrażeń fundowanych zarówno w śródmiejskich, jak i ligockich lokalach. To chyba jedyny nocny autobus, który potrafi przywieźć do centrum Katowic prawie sto osób, tj. szczelnie wypełniony klasyczny dwunastometrowy pojazd.

 

fot. Przemysław Wacławek

 

Szczypta historii

 

Jeszcze dziesięć lat temu poruszanie się po konurbacji nie było tak łatwe, mimo że liczba uruchamianych autobusów nocnych była znacznie większa, podobnie jak obszar objęty komunikacją nocną. Natomiast organizujące komunikację w okresie PRL Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne mogło się szczycić bogatą siecią komunikacji nocnej. Niektóre autobusy z zajezdni w Świerklańcu dojeżdżały do wiosek w gminie Koszęcin, w ówczesnym województwie częstochowskim, gdzie za dnia nie dojeżdżały „czerwone” autobusy. Jaki w tym sens? I gdzie podziała się ta bujna sieć nocnego transportu?

 Wojewódzkie Przedsiębiorstwo zatrudniało rzesze pracowników, których należało rozwieźć do domów po ostatnich kursach (ok. godziny 23) i dowieźć na wyjazd (zwykle ok. 4 nad ranem). W pozostałych porach większość autobusów nie kursowała, zjeżdżając do zajezdni bądź nocując pod domem kierowcy. Nie była to szczególna strata dla „cywilnych” pasażerów, dla których często taki autobus nie był dostępny. Nawet w latach 90., gdy pieczę nad funkcjonowaniem części nocek przejął KZK GOP, skorzystanie z kursów – które uruchamiano za pieniądze wpływające z biletów i dotacji miast – było niemożliwe. Samo ustalenie informacji o istnieniu połączenia było karkołomne. Znana jest historia mysłowickiego radnego, który musiał dopominać się na sesji o umieszczenie rozkładów autobusów nocnych w Internecie. W terenie umieszczano je na losowo wybranych przystankach, jednak upolowanie rozkładu na słupku dalej nie dawało gwarancji przejazdu. Nocni podróżnicy radzili sobie różnymi sposobami. Popularnym sposobem powrotu z ligockich imprez do centrum Katowic był… dalekobieżny pociąg pospieszny, zatrzymujący się na stacji Katowice Ligota po godz. 2 w nocy. Dziś na ligockiej stacji zatrzymują się tylko nieliczne spośród regionalnych pociągów osobowych...

Różne były późniejsze losy autobusów nocnych. Część z nich, głównie w centralnej części aglomeracji, włączono do przebiegających podobnie linii dziennych. Niektóre funkcjonowały tylko okresowo: jak chociażby kursy nocne linii 139, 146 i 735 w rejonie Bytomia. Według oficjalnych komunikatów miały zostać tylko „zahibernowane” na okres wakacji. Nikogo obeznanego z realiami funkcjonowania komunikacji zarządzanej z ul. Barbary nie zdziwił fakt, że „nocki” nie powróciły we wrześniu. Co było przyczyną likwidacji? Zakończenie produkcji w pobliskim dużym zakładzie pracującym w trybie zmianowym? Zamknięcie popularnego klubu nocnego? Nagłe załamanie się frekwencji z innych, nieustalonych powodów? Nadmierne akty wandalizmu? Powód jest jeszcze bardziej irracjonalny – wywodzące się z dawnego WPK przedsiębiorstwo autobusowe upadło. Zniknęli szoferzy dojeżdżający do pracy, więc odcięto od nocnej komunikacji wielkie połacie miasta… Dopiero niedawno restytuowano jeden (!) kurs nocny na linii 146 i komunikację nocną na trasie Bytom – Miechowice (dziś 623N, niegdyś 735).

 

Koniec firmy, koniec jazdy

 

Zaliczając wspomniane linie 735 i 139, spotkałem się z odmiennym podejściem prowadzących do pasażerów docierających na pętle i tych „bezczelnie” chcących skorzystać z kursu powrotnego. Linię 735 zaliczaliśmy razem z Tomaszem jeszcze przed opisywanym wcześniej wyrzuceniem na pętli na Owsianej. Według rozkładu autobus na końcowym przystanku, czyli pl. Jana w Stolarzowicach, nie powinien mieć postoju. Przybył dość długo przed czasem (nocny standard). My, nieporuszeni, oczekiwaliśmy na wyrok… Nasz sędzia pogrążył się jednak w szoferskich księgach, do których wpisał zapewne punktualny czas przyjazdu. Po dopełnieniu piśmienniczego obowiązku bez słowa pognał w kierunku powrotnym.

Mniej pokojowe nastawienie miał kierowca podobnego węgierskiego wehikułu, należącego do firmy Henryka Polaka z Chorzowa, obsługującego nocne kursy linii 139. Linia ta łączy centrum Chorzowa z Bykowiną, gdzie ma tzw. pętlę uliczną – zmiana kierunku jazdy odbywa się nie na specjalnym placu, lecz autobus objeżdża jednokierunkowo osiedle. Samotnie dojechałem z Katowic do Chorzowa Batorego autobusem zastępczym za tramwaje, gdzie z trudem udało się złapać 139, w którym frekwencja zdecydowanie zaprzeczała tezie, jakoby linia służyła tylko kierowcom. Wraz z jednym „zmęczonym” pasażerem dotarłem do przystanku końcowego w Bykowinie, gdzie przewidziano jedną minutę postoju. W połączeniu z okrężnym przejazdem przez osiedle spodziewałem się powtórki ze Stolarzowic. Niestety, szofer gromko objaśnił, że to koniec trasy, „uprzejmie” zachęcając do opuszczenia pojazdu. Rączo zamknął drzwi dla pasażerów, zebrał do kabiny oczekującego na przystanku kompana i pognał w stronę Chorzowa... Nie pozostało nic innego jak marsz ul. Górnośląską, biegnącą skrajem osiedla, do kochłowickiego Rynku, skąd nadal odjeżdżają nocne autobusy linii 7 i 130 do Katowic. Oczekiwanie urozmaiciło przejście dwóch podchmielonych tubylców. Zwykle taka konfrontacja jest niezbyt pożądana i powoduje przyspieszone bicie serca. Tym razem było nadzwyczaj pokojowo, a moje trudy miały zrekompensować otrzymane... w połowie spożyte lody na patyku.

               

Sabat na peryferiach

 

Zdecydowanie mocniejszymi wrażeniami mogło skończyć się zaliczenie nocnych kursów 30. Beztroski plan wyprawy znów zakładał przejazd aż do pętli i z powrotem – liczyłem na natychmiastowy odjazd po przybyciu do końca trasy. Nocna 30 jest dość popularna, lecz na końcowym odcinku w willowej Przełajce autobusem tej linii oprócz prowadzącego podróżował tylko mieszkający w pobliżu kierowca PKM-u, aktywnie konwersujący z prowadzącym pojazd. Ich zaciekawione spojrzenia w tył i w lusterko wsteczne jednoznacznie mówiły, że nierozpoznany przez tubylca młodzieniec jest tematem rozmowy. Towarzysz opuścił kierowcę przystanek przed pętlą. Pętlą, na której miał miejsce... sabat małoletnich rowerzystów. Wyrzucenie w tym miejscu i o tej porze mogło skutkować niezbyt przyjemną interakcją z otoczeniem. Na poczekaniu wymyśliłem, że miałem wysiąść na Józefowcu, lecz przespałem przystanek. Podstarzały szofer zamamrotał coś niezrozumiałego i ruszył z powrotem ze mną na pokładzie... Uff! Kurs powrotny przejechałem sam, z jednym tylko przedłużającym się przystankiem w Michałkowicach. Nie wiedzieć czemu, akurat tam szofer uznał za stosowne przeprowadzić moralizatorską rozprawę w bełkoczącym stylu na temat osób podróżujących w tę i z powrotem autobusami nocnymi. By tu nie zakończyła się moja podróż (co było tylko nieznacznie korzystniejsze od przymusowej wysiadki na pętli w Przełajce), zacząłem bredzić o rzekomej niepełnosprawności i chorej nodze. Ostatecznie dotarłem do Katowic. Szofer najwyraźniej zapomniał o rzekomym celu mojej podróży. Trasa przejazdu została doraźnie zmodyfikowana – kierowca uznał za zbędne obsłużenie przystanku Koszutka Kino Kosmos, skręcając z ul. Iłłakowiczówny w lewo w ul. Oblatów i dalej w ul. Sokolską.

 

Wzorowa punktualność

 

Luźny stosunek do rozkładu i takich fragmentów tras, które mają swoje szybsze alternatywy, to cecha komunikacji nocnej w GOP. Dobitnie zobrazował to przejazd kursem nocnym linii 57, kolejnej ciekawostki przyrodniczej w sieci nocnych połączeń. W założeniu miało być to weekendowe poprawienie oferty polegające na wydłużeniu kursowania jednej linii dziennej do godz. 1.30. W ten sposób dłużej jeździ autobus wyjeżdżający według rozkładu na dni wolne, czyli sobotnio-niedzielnego. W efekcie nocka nie kursuje z piątku na sobotę, za to służy strudzonym tłumom wracającym z imprez w nocy z niedzieli na poniedziałek. Postanowiliśmy z Tomaszem skorzystać z tego „bugu” rozkładowego i wybrać się na przejażdżkę właśnie z niedzieli na poniedziałek. Dojechaliśmy do Rokitnicy nocnym kursem linii 617, odwożącym po północy kierowców z gliwickiej zajezdni. Czając się w krzakach przy Śląskim Uniwersytecie Medycznym, oczekiwaliśmy na pusty pojazd, który mijając równie puste przystanki, dowiózł nas w iście ekspresowym tempie do pl. Piastów w samym sercu Gliwic. Być może znaleźliby się inni chętni, gdyby autobus jechał zgodnie z rozkładem jazdy: do pl. Piastów dotarł dobry kwadrans przed rozkładowym czasem przejazdu. Cały kurs (według rozkładu) miał trwać pół godziny.

 

Zagłębie w blasku księżyca

 

Na koniec największa perełka w lokalnym świecie absurdu: komunikacja nocna na terenie PKM Sosnowiec, czyli w Zagłębiu Dąbrowskim. W pewnym momencie zlikwidowano wszystkie autobusy nocne oznaczone literką „N”, a w zamian uruchomiono 3 nowe linie nocne: 902 dla zajezdni Zagórze, 903 dla zajezdni Gołonóg i 904 zaspokajającą potrzeby nieistniejącej już zajezdni przy ul. Promyka w Będzinie. Później, w wyniku zmian na trasie 904, uruchomiono jeszcze dodatkowe kursy nocne, oznaczone jako linia 104. Co ciekawe, nocka z dziennym 104 wspólny ma tylko króciutki odcinek początkowy w centrum Będzina. Całość systemu dopełniają kursy nocne na linii 806 z zajezdni w Gołonogu do Błędowa (tego z pustynią) oraz kursy na trasie Katowice – Sosnowiec: ewenement, powiew normalności. Dziś oznaczone jako 908N, wcześniej N/84 – najdłużej kursujący autobus nocny starej numeracji. Uruchomiła go katowicka zajezdnia i wówczas także kursował regularnie całą noc, służąc nie tylko kierowcom autobusów.

Wszystkie trzy zagłębiowskie „ęćsetki”od literowych poprzedniczek odróżnia tylko ogólnodostępność i autobusów, i ich rozkładów (są w Internecie i na większości przystanków). Trasy są nadal pogmatwane, kursy zaczynają się po północy w zajezdni bądź kończą przed 4 rano tamże, a obsługiwane przystanki (wybrane na trasie przejazdu jak na liniach przyspieszonych) są dobierane losowo. Szczególny urok ma linia 902, na której w weekend kursują aż 3 wozy, najwięcej wśród linii nocnych konurbacji: jeden obsługuje wschodnie i południowe rubieże Sosnowca, drugi kieruje się z zajezdni w Zagórzu nieco bardziej na zachód, przemierzając Będzin i Czeladź, trzeci zaś to kolejna w sieci proteza linii nocnej. wybłagane kursy nocne na najprostszej i najbardziejoczywistej trasie z Sosnowca do Dąbrowy Górniczej, oługując (o dziwo) przystanki. Jest to odpowiedź na postulowane przedłużenie pod Pałac Kultury Zagłębia linii 908N. Jak widać, było to zadanie znacznie trudniejsze niż doklejenie kolejnej trasy do absurdalnej „linii-bączka”.

Linia 903 to popisowy numer planistów komunikacji miejskiej pod Hutą Katowice. Rozpoczyna kurs około północy pod zajezdnią w Gołonogu, kieruje się na południowy zachód, rozwożąc kierowców po centralnej części miasta i sosnowieckim Zagórzu, po czym wraca pod gołonoską zajezdnię. Tu zaczynają się prawdziwe emocje, tutaj także pierwszy raz zetknąłem się z tą linią. Z tego miejsca przemierza wyłącznie wioski, licznie włączone w granice administracyjne Dąbrowy Górniczej. Dwukrotnie przejeżdża długie odcinki nieobsługiwane przez dzienną komunikację: z Trzebiesławic do Chruszczobrodu i z Tucznawy do Łęki.

 

Chyba Was poje*ało...

 

Wsiadając z Tomaszem do pojazdu pod zajezdnią, zastaliśmy w środku dwie pasażerki. Wysiadły one jednak już w pobliskich Ząbkowicach. Wówczas otwarły się drzwi kabiny i padło złowrogie pytanie: „dokąd jedziecie?”. Zgodnie z planem odparliśmy, że do końca trasy, do Strzemieszyc. Usłyszane w odpowiedzi: „chyba was poj*bało!” powinno być raczej adresowane do osób odpowiedzialnych za kształt trasy. Tym niemniej zgodnie z życzeniem dojechaliśmy do centrum Strzemieszyc Wielkich (przy granicy ze Sławkowem) przez Trzebiesławice (przy granicy z gminą Siewierz), odpuszczając sobie ostatni fragment do końcowego przystanku o uroczej nazwie „Strzemieszyce Aleja Za Remizą”. Ze Strzemieszyc do centrum Dąbrowy przeszliśmy pieszo (odbierając po drodze życzenia świąteczne od spotkanej pary – a było lato), by przejechać się jeszcze pierwszym kursem dziennej linii 809 do Grabowej, startującym po godzinie 3 rano.

Drugie podejście do 903 (znów z Tomaszem) było jeszcze bardziej emocjonujące. Najpierw z zajezdni w Gołonogu ruszyliśmy nocnym 806 do Błędowa. Świadomi grożących potyczek z szoferem wyszliśmy z pojazdu kilka przystanków przez pętlą. Kurs powrotny wykonywany jest najprostszą trasą. My opuściliśmy pojazd już w Łośniu, gdzie zaplanowaliśmy przesiadkę na 903 w kierunku Gołonoga. Wysiadając, ujrzeliśmy nasz autobus mający nieplanową przerwę w kursie do Strzemieszyc. Kierowca 903 udał się do... czynnego sklepu nocnego (w peryferyjnym Łośniu!) uzupełnić zapasy. My w tym czasie rozpoczęliśmy poszukiwania przystanku w interesującym nas kierunku powrotnym. Jak wspominałem, miejsca zatrzymania owej linii są dobrane zupełnie losowo, stąd pierwszy napotkany słupek przystankowy w kierunku Łęki (dokąd najpierw kieruje się 903) nie musiał być poszukiwanym punktem. Ekspedientka w sklepie nocnym nie potrafiła nam wskazać drogi. W czasie eksploracji natknęliśmy się za to na dwóch starszych pijaczków, dla których pojawienie się obcych młodzieńców stanowiło wyśmienitą odskocznię od kolejnego piwa spożywanego w środku nocy na opuszczonej parceli. Koniecznie chcieli nas wylegitymować, straszyli kolegium, a gdy salwowaliśmy się ucieczką, zatrzymali przejeżdżające auto. Znaleźliśmy wiatę, która nie dość, że okazała się skutecznym schronieniem, to stała przy przystanku 903. Niespodziewający się pasażerów szofer uznał nas za tubylców i prawie pominął przystanek. Nie był to jedyny przejaw roztargnienia: już pod koniec kursu pogubił się na węźle z ul. 3 Maja w Zagórzu i spory odcinek łącznicy przejechaliśmy... cofając.

902, 904 i nocne 104 wciąż czekają na swoją kolej, stanowiąc białą plamę w wojażowym dossier.

 ***

Poruszanie się komunikacją miejską w GOP o każdej porze jest wielką przygodą i zarazem utrapieniem dla osób żądnych sprawnego transportu. Kulminacja wszelkich patologii ma miejsce po godzinie 23, gdy wyjeżdżają wozy nocne. Rozkład jazdy jest tylko delikatną wskazówką, przedziałem czasowym, a nie konkretną porą pojawienia się pojazdu. Nawet dziś, na nieco okiełznanych „nockach” katowicko-gliwickich zdarza się „operacyjne zarządzanie trasą przez kierującego”. Nie tak dawno, gdy wracałem 657N, po opróżnieniu się pojazdu na przystanku w Ligocie usłyszałem od kierującego pytanie o cel mojej podróży, wskutek czego pominął on znajdujące się na trasie linii akademiki. Niewątpliwie poprawiła się informacja o rozkładach jazdy, a z nią świadomość społeczna obecności nocnego transportu. Po zmianach nie jest tragicznie, ale nadal jest kiepsko. Przy całej sympatii do tego folkloru, sentymencie i miłych (mimo wszystko) wspomnieniach ciekawskiego podróżnika z wielką chęcią pozbyłbym się tych paranoicznych nocek w zamian za porządnie zorganizowaną sieć. dla wszystkich mieszkańców regionu, nie tylko garstki szalonych pasjonatów kuriozalnej quasi-komunikacji.

 

Tekst: Michał Raszowski
Zdjęcia: Przemysław Wacławek
Licencja: tekst i fotografie - prawa zastrzeżone dla autorów.

comments powered by Disqus