Tu jesteś
costam

Praca konkursowa | Brukselja

Jak co piątek przemierzam tę samą trasę pomiędzy katowickim rondem a budynkiem A Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach. Jak zwykle, bez zbędnego pośpiechu, palę na Uniwersyteckiej papierosa. Gdzieś koło brudnych zabudowań Wydziału Matematyki, Fizyki i Chemii podchodzi do mnie równie brudny, brodaty mężczyzna. Kłania się i pyta czy się z nim podzielę. „Dlaczego tu jest tak brzydko?” – zagaduję, bo zawsze mnie to zastanawia. „Pójdzie pan tam dalej, tam jest jak w tej Brukselji”. Chwilę rozmawiamy. Za papierosa zgadza się powiedzieć, gdzie leży Brukselja. Miętowe. Nie lubi miętowych, ale nie pogardzi. „Gdzieś w Niemczech chyba”. Brukselję widział, kiedy jeszcze miał dom i telewizor. Mówi, że pokazywali, jak Merkel wysiada tam z samochodu. Kim jest Merkel – wie i nie wie. Premierem.

 

Idę „tam dalej” według jego wskazówek, choć dobrze wiem, co zobaczę. Brukselę poznałem podczas podróży po Belgii, ale ulica Bankowa w niczym jej nie przypomina. Długi podjazd z jasnego betonu prowadzi do dwóch nowoczesnych budynków. Po prawej: Building of the Year 2012 – Centrum Informacji Naukowej i Biblioteka Akademicka, na wprost: Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego.

 

 

Przy wejściu do tego pierwszego witają mnie flagi Unii Europejskiej, rzeczywiście – proste skojarzenie z Brukselą. Drzwi rozsuwają się automatycznie i od razu czuć Europę. Rozglądam się dookoła – bezpłatna szatnia, szafki, panele multimedialne z darmowym dostępem do Internetu, ławki, dwujęzyczne napisy i ochrona spacerująca w garniturach, a nie w kuloodpornych polarach.

Na podłodze szare, matowe kafle, gdzieniegdzie przełamane czarnymi ze szklanym efektem.

Mocno industrialny klimat wnętrza; po prawej wystawa „Lekkość”, po lewej czytelnia i komputery do swobodnego użytku. Mijam bramki wyłapujące amatorów adrenaliny, dla których wiedza ma większe znaczenie niż praworządność. „
Często dzwonią?” – pytam ochroniarza. „Nie, ludziom chyba byłoby głupio kraść stąd książki”. Informatorium, Wypożyczalnia, dwie windy i masywna serpentyna schodów pnąca się dwa piętra w górę. Moje „dzień dobry” spotyka się z uśmiechem siedzących za kontuarami pracowników. Tu wszyscy jakoś tak naturalnie mówią sobie „dzień dobry”. Utrzymany w przemysłowym stylu stojak z rozkładem działów tematycznych i papierowymi mapami wraz z legendą kieruje do interesującego mnie sektora. Skoro już tu zajrzałem, to przy okazji skorzystam. Zofia Dach „Mikroekonomia”, poziom 2, dział 3, regały 18-20. Jadę. Bez trudu trafiam na miejsce – Dach leży na drugiej i trzeciej półce od góry, regał osiemnasty. Jest też w wersji stylizowanej na hinduską z przyklejonym papierowym bindi mówiącym, że z tej Zosi (bo studenci pieszczotliwie mówią o autorach podręczników po imieniu) można skorzystać na miejscu.

Jakkolwiek by to nie brzmiało.

Selfcheck – automat do wypożyczania (bo jak na Europę przystało, właściwie wszystko robi się tu elektronicznie) – wygląda trochę jak waga i bankomat z dotykowym ekranem w jednym. Kładę książkę na panelu, czytnik skanuje moją legitymację i pyta, czy chcę potwierdzić wybór Zosi. Potwierdzam. Mam się z nią rozstać za dwa miesiące. Mogę przedłużyć przez Internet okres, kiedy będziemy razem lub nawet w środku nocy wrzucić ją do całodobowego zsypu przed wejściem.

CINiBA ma szczęście do ludzi. Sympatyzuje z nim prezydent Bronisław Komorowski, który nagrodził je Grand Prix dla Najlepszego Obiektu Architektury XXI wieku, łechtając nas czule słowami:
„Dzięki Bibliotece Akademickiej Śląsk zyskał obiekt, który przejdzie do historii i z którego dumne będą nasze wnuki”.Otrzymało także wcześniej wspomnianą międzynarodową nagrodę Building of the Year 2012 w kategorii Muzea i Biblioteki oraz tytuł Najlepszego Budynku Użyteczności Publicznej w konkursie "Życie w architekturze", w którego uzasadnieniu czytamy: Nagrodę przyznano za stworzenie klarownej bryły, która w dobie chaosu (…) uspokaja, koi i zachwyca harmonią funkcji, formy i konstrukcji”.

Koszalińskie biuro projektowe HS99, będące autorem projektu CINIBA, powstało w 1999 roku. Współtworzy je trzech architektów: Dariusz Herman, Wojciech Subalski i Piotr Śmierzewski. W swoich projektach podkreślają kontekst przestrzenny architektury, a piękna upatrują w prostocie i logice.

W wywiadzie dla Radia Katowice i Gazety Wyborczej [Anna Dudzińska, Dariusz Kortko, 14.10.2012] na określenie ich projektu słowem „ikona” Piotr Śmierzewski zareagował stanowczo:

 

Ikona to coś wyjątkowego, nadzwyczajnego, a my w naszej pracowni robimy rzeczy zwyczajne. Wolimy mówić o porządkowaniu miejsc, sprzątaniu po starym. Kiedyś było tu zrujnowane lodowisko Torkat. Musieliśmy uporządkować teren. Postawiliśmy budynek, niech każdy sobie układa własną historię. Niech go czyta, jak chce”. Zupełnie jak ze sztuką, która znalazła w bibliotece mocnego sprzymierzeńca.

 

 

 

 

18 marca miała w tym miejscu swój wernisaż wystawa Pracowni Ceramiki Wydziału Artystycznego Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie. "Wiosenna" pogoda nie zachęcała do podróży do Katowic ani temperaturą, ani opadami śniegu, ale nie można było przepuścić takiej imprezy.

Do 19:00 miałem jeszcze sporo czasu, więc postanowiłem pozwiedzać bibliotekę dokładniej niż zwykle. Zawędrowałem do Czytelni Prasy Bieżącej. Pierwsze piętro, obok skanera i drukarki do swobodnego użytku. Właściwie już przy drzwiach przywitała mnie gorzkim spojrzeniem niezbyt zadowolona „premier” Angela Merkel. Beżowa marynarka, biała bluzka, prosty naszyjnik. Przyjrzałem się jej dokładniej - miała na głowie spaghetti, którym obrzucał ją Silvio Berlusconi. Widać, że mamy kryzys, bo spaghetti bez mięsa. Chyba że celowo wybrano wersję wegetariańską, żeby zachować europejskie standardy i nie „rzucać mięsem”. Tak czy inaczej, projektanci okładek tygodnika „Wirtschafts Woche”, który podobnie jak dziesiątki innych tytułów można znaleźć w bibliotece, mają zbliżone poczucie humoru do naszych przyjaciół z „Wprost”. W Czytelni przy stolikach siedziało poza mną kilkoro skupionych na lekturze ludzi. Słychać było tylko szepty i szelest przewracanych kartek. Zgodnie z dobrym obyczajem nikt nic nie pił, nie jadł i nie rzucał spaghetti.

Coraz bliżej dziewiętnastej. Pełne oświetlenie zgrabnie ukryte pod podwieszanym sufitem zaczęło przygasać, a efektowne reflektory artystycznie schowane w zwojach aluminiowej blachy rzucały punktowe światło na elementy ekspozycji („Dziękujemy sympatycznemu panu Zbyszkowi, który tu latał i wieszał te lampy bez zająknięcia” – dr hab. Małgorzata Skałuba-Krentowicz, opiekun wystawy). W holu zrobiło się ciemniej i gwarniej niż na co dzień.

Najpierw zabrała głos młoda, ruda dziewczyna. Agata Stronciwilk jest kuratorką wystawy. Nie mówiła zbyt wiele – nie licząc podziękowań. Wymieniliśmy później kilka maili, z których wynikło jednoznacznie, że Agata - studiuje na Międzywydziałowych Indywidualnych Studiach Humanistycznych na Uniwersytecie Śląskim, skończyła kulturoznawstwo, studiuje historię sztuki na Uniwersytecie Śląskim, kończy filozofię, studiuje historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Na moje pytanie o pracę w CINiBA i aranżację przestrzeni dla wystawy odpowiedziała tak:
„Nie będę ukrywać, że jeśli chodzi o budynek CINiBA jako przestrzeń ekspozycyjną to z pewnością nie jest to przestrzeń łatwa do zaaranżowania, dlatego że bardzo wiele się w niej dzieje – przede wszystkim pod względem małej architektury. Jest wiele obiektów, z którymi musieliśmy sobie poradzić. Stoiska z komputerami, sofy, gabloty (wykorzystaliśmy je tylko częściowo), których oczywiście nie dało się przesunąć”. Niejednolita kolorystycznie przestrzeń również stanowiła swojego rodzaju wyzwanie: „Zależało nam na tym pisze Agata żeby była to absolutnie profesjonalna wystawa, gdzie oprócz tego »co«, jest istotne także to »jak« jest eksponowane. Dlatego cieszę się bardzo, że przy aranżacji ekspozycji pomagał nam prof. Krzysztof Kula z Instytutu Sztuki w Cieszynie, gdyż miał bardzo duże doświadczenie w tej kwestii dzięki niemu udało nam się oswoić tę przestrzeń”. Interesowało mnie też, skąd wziął się pomysł na zorganizowanie wystawy w CINiBA. „Pojawił się na którymś spotkaniu Studenckiego Koła Naukowego Historyków Sztuki, nie pamiętam już, kto to zaproponował. Spodobał nam się ten pomysł, bo jest to przestrzeń otwarta, do której wszyscy mają dostęp – nie tylko osoby zainteresowane sztuką. I tak w rzeczywistości było. Gdy tylko skończyliśmy montować wystawę widziałam, że przypadkowe osoby zatrzymywały się przy niej i oglądały. Możliwość dotarcia do szerokiego grona odbiorców była najbardziej atrakcyjnym aspektem z naszej perspektywy”.

Wracając do wernisażu. Uśmiech na twarzy rzecznika prasowego CINiBA wywołały słowa wcześniej wspomnianej pani doktor Małgorzaty Skałuby-Krentowicz: „Jest dla nas wyróżnieniem zaproszenie do tego pięknego budynku, gdzie wszystko się da i z niczym nie ma problemu”. „CINiBA dała nam niesamowite możliwości otwarcia się na świat. Naszą misją jest stworzenie płaszczyzny do spotkań ludzi sztuki i nauki” – wtórowała gospodyni wieczoru, pani rzecznik Jadwiga Witek.

Do tego odniosła się też młoda kuratorka, z którą także zamieniłem dwa słowa w trakcie wieczoru.
Za każdym razem, gdy tam jestem, spotykam znajomych. Mam wrażenie, że część z nich tam mieszka”. Spojrzałem na nią pytająco. To nie jest żart! Część z nich korzysta z kabin i piszą tam prace licencjackie czy magisterskie, z czym się nie spotkałam w innej bibliotece”. Mówią, że mają spokój i wszystkie książki pod ręką, że przychodzą rano i wychodzą wieczorem. „Fajne jest też to, że sala seminaryjna i konferencyjna są udostępniane wszystkim trzeba tylko zgłosić wcześniej taką chęć. To pokazuje, że CINiBA jest też przestrzenią wymiany myśli i idei”.

Nie pozostało mi nic innego, jak pociągnąć ten temat z osobą zawodowo związaną z Centrum. Wystarczyły dwa maile i już byłem umówiony na spotkanie. Poniedziałek, 9:00. Przyjechałem chwilę przed czasem, kompletnie nie wiedząc, gdzie mieszczą się biura pracowników. Portier skierował mnie do wypożyczalni w strefie wolnego dostępu – „Tam pana zapowiedzą”. I rzeczywiście, przedstawiłem się, pani w bladoróżowym swetrze wykonała telefon i poprosiła, żebym usiadł i zaczekał. Chwilę później zobaczyłem znajomą postać idącą po schodach. Wymieniliśmy grzecznościowy uścisk dłoni i poszedłem za nią. Zaskakujące, ile szarmu i powagi dodają sytuacji służbowe przejścia otwierane kartą.

Usiedliśmy naprzeciw siebie w biurze, podziękowałem za kawę i herbatę. Surowe, betonowe pomieszczenie z białymi meblami – minimalizm formy w maksymalnie użytecznej treści. Całość oświetlana kilkunastoma prostokątnymi okienkami. Od razu przypomniałem sobie wspomniany wywiad z jednym z twórców projektu tego budynku – takich okienek jest 4004. Imponujące.

 

Przytoczyłem wstęp do tego reportażu, historię bezdomnego i jego Brukselji.

– Pani rzecznik, jak pani rozumie to skojarzenie z Brukselą?

Przede wszystkim mam nadzieję, że nie kojarzymy się z niedostępnością.

A gdyby rozumieć to szerzej, jako Europę? CINiBA nawiązuje do europejskich standardów?

- My nie nawiązujemy do europejskiego poziomu, my go tworzymy – odpowiedziała z wyraźną dumą w głosie. Jeśli chodzi o bibliotekę, to oferuje to samo co najnowocześniejsze, najlepsze biblioteki w krajach zachodu. Macie jako studenci dostęp do tych samych materiałów, książek, tych samych baz danych elektronicznych, z których korzystają studenci na całym świecie. 50% tego, co jako biblioteka wydajemy na książki, to są właśnie pozycje zagraniczne. Jeżeli chodzi o literaturę naukową światową, jesteśmy najmocniejszą biblioteką w regionie.

A gdybym zapytał bardziej prozaicznie, jak się tu pracuje?

Odpowiedziałabym równie prozaicznie: świetnie się tu pracuje. Miałam okazję pracować w starym budynku biblioteki Uniwersytetu Śląskiego, kompletnie nieprzystosowanym do pełnienia swojej roli, pomijając systematyczne podtopienia i zalewanie księgozbioru przez Rawę. Sporo książek straciliśmy właśnie z tego powodu. Z nowym miejscem zmienia się jakość usług, komfort pracy i warunki rozwoju.

Sam budynek jest w stanie tyle zmienić? – trochę podpuszczałem mojego rozmówcę.

Chodzi o łamanie stereotypu bibliotekarza. Sam gmach na pewno zmienia sposób postrzegania bibliotekarzy przez otoczenie. To, że pracuje się w takim fajnym miejscu, to zobowiązuje. Wie pan, ludzie, którzy przychodzą tutaj, zupełnie inaczej się zachowują. To nie jest tak, że nagle budynek zaczarował czy odczarował ludzi, ale obserwujemy takie zjawisko, że miejsce pozytywnie wpływa na zachowanie.

– Noblesse oblige…

Dokładnie tak.

 

 

Przygotowując się do rozmowy wertowałem jedną z lokalnych gazet i trafiłem na wypowiedź posła Tomasza Głogowskiego: „Na jakość pracy wpływa również jej miejsce”. Przeglądając Internet znalazłem normę ISO (PN – ISO 8402:1996), brzmiącą zaskakująco trafnie: jakość to ogół właściwości obiektu, wiążących się z jego zdolnością do zaspokojenia potrzeb stwierdzonych i oczekiwanych.

Nic więc dziwnego, że ciąg dalszy rozmowy z panią Jadwigą Witek wyglądał tak:

Tu pracują osoby mające rożne specjalizacje – ekonomiści, absolwenci psychologii, chemii, matematyki – te osoby sprawdzają się także w roli ekspertów w danej dziedzinie. Można otrzymać merytoryczne wskazówki co do dziedziny, którą się studiuje. Natomiast zamysł płaszczyzny spotkań pojawił się jeszcze przed projektem architektonicznym. Idea biblioteki otwartej staje się coraz bardziej powszechna i coraz bardziej odchodzi się od modelu „magazynu książek”. Prawie dekadę zajęło nam pozyskanie środków na budowę. Ale projekt absolutnie się nie zestarzał – można zaryzykować stwierdzenie, że nawet wyprzedził epokę. Warto wspomnieć, że na początku projekt był przygotowany tylko na potrzeby Uniwersytetu Śląskiego. Obie uczelnie [także Uniwersytet Ekonomiczny w Katowicach – przyp. autora] startowały w pierwszych programach unijnych osobno, ale nie dostaliśmy dofinansowania. Powiedziano nam, że jeżeli połączymy siły, to są duże szanse. Więc zawalczyliśmy razem, a projekt trafił na listę kluczowych dla rozwoju regionu, więc od samego początku przeczuwano i widziano rangę tego przedsięwzięcia dla województwa. To się wiązało z koniecznością przeprojektowania koncepcji architektonicznej budynku. Na poziomie -1, tam, gdzie mamy magazyny na książki, miał być parking. Inaczej miała wyglądać część w hallu między biblioteką wolnego dostępu a salami konferencyjnymi – to miała być przestrzeń komercyjna, księgarnia, kawiarnia.

No właśnie! Jedyne, czego Centrum brakuje, to kawiarnia lub inna mała gastronomia. Problem rzeczywiście jest spory, bo w budynku nie ma nawet automatu z kawą – wszystko przez prawne obwarowania dopłat z Funduszy Europejskich. Co prawda, w projekcie przewidziano miejsce na taką działalność, ale „przez okres pierwszych pięciu lat nie możemy na terenie obiektu prowadzić działalności komercyjnej, która dawałaby przychody. Musimy więc ten czas odczekać” – przeczytałem w katowickiej Gazecie wypowiedź dyrektora CINiBA, prof. Dariusza Pawelca.
Wtedy [w 2015r. – przyp. autora] kończy się tzw. trwałość projektu i będzie można coś zmieniać” – uściśliła podczas rozmowy pani rzecznik. – Tu chodzi o komfort dla tych osób, które decydują się skorzystać z tego miejsca, o takie dopełnienie. Ale studenci nie powinni szczególnie narzekać, bo przecież po sąsiedzku jakieś kawiarenki są”.


***


Na koniec kilka ciekawostek o samym budynku. W magazynach i na półkach, zajmujących według różnych danych od 52 do 54 km, zgromadzono 800 000 woluminów, a ma zmieścić się tam jeszcze milion. W okresie przenosin księgozbiorów na Bankowej rozładowywano dziennie nawet
do 8 ciężarówek z przelaną na papier wiedzą. Jak wspomniałem, w budynku są 4004 okna i tym zabawniejsza wydaje się dyskusja kilku internautów na forum (zachowano oryginalną pisownię):

Boguschitz: Dom bez okien - bunkier.

Bestcjanek: Jesteś w stanie choć trochę rozwinąć swoją genialną myśl?:)

opa: Nie potrzeba niczego rozwijać.

silling: to nie jest dom a biblioteka biblioteki nie moga miec zbyt duzo okiem bo promienie sloneczne niszcza

ksiazki/papier... jak sie nie znasz to sie nie wypowiadaj...

Jeszcze inna internetowa dyskusja zaowocowała pojedynkiem pomiędzy europejskim
a amerykańskim poczuciem stylu i kolejnym zaskakującym nawiązaniem do Brukseli:

 

Bielszczanin: jak patrzę na ta fakturę budynku to bloki komunistyczne są przy nim piękne ! budynki mają być piękne przyjazne dla oka ! a nie z ery Fantomasa ,czy pana Kleksa ! przykład pięknej biblioteki moimi oczami [tu znajdował się link do zdjęć The Kansas City Public Library, z jej charakterystyczną fasadą w formie ogromnych, kolorowych książek sięgających od gruntu do dachu – przyp. autora] fasada powinna być zrobiona w tej formie i z wizerunkami Polskich pisarzy np ! artyści ,którzy budują tego typu badziewia zafundowali nam np nową choinkę ! w Brukseli widziałeś większe badziewie ?

 

Hmm: Kolego Bielszczanin, weź jedno pod uwagę. Nie każdemu musi się ten budynek podobać, tobie się nie podoba, a ja znam masę osób którym się podoba. Nie wiem czy byłeś przy tym budynku
w wewnątrz, jeśli nie to nie oceniaj, a jeśli tak to cóż, o gustach się po prostu nie dyskutuje :)

 

„Kolega Bielszczanin”, mówiąc o brukselskiej choince, miał na myśli prostopadłościany ułożone
w kształt gigantycznego, bożonarodzeniowego drzewka mieniącego się wszystkimi kolorami tęczy na samym środku Grand Place. Za 4 € można było do choinki wejść i z jej szczytu podziwiać panoramę miasta. Drogo, choć to i tak prawie trzy razy mniej niż za wizytę w Atomium. Tak czy inaczej – spora część opinii publicznej głośno wyraziła swoją dezaprobatę dla tego pomysłu.

A jak katowickiej opinii publicznej kojarzy się Bruksela i jak ma się to do Centrum Informacji Naukowej i Biblioteki Akademickiej? Przez plac za biblioteką przechodzi sporo ludzi. Większość z nich proszę pana nie ma czasu, albo przeprasza, ale się spieszy, choć to w gruncie rzeczy to samo.
Pani z plastikową siatką z Simply nie bardzo kojarzy Brukselę –
„Z niczym mi się nie kojarzy,
w telewizji coś tam mówią, ale to mąż głównie ogląda”
. Zaoferowała nawet, że do niego zadzwoni, jeśli mi na tym bardzo zależy. Później przejęła inicjatywę i dopytywała o szczegóły reportażu. „To pan jest młody jak na dziennikarza”. „Bo ja nie jestem dziennikarzem”. „Jakby pan nie był, toby pan tu nie sterczał i nie pytał ludzi”. Poddałem się. Życzyliśmy sobie dobrego dnia i wróciliśmy do swoich obowiązków - niesienia siatki i sterczenia i pytania.

Młody mężczyzna z tabletem: „Bruksela… Jezus, ale osobliwe pytanie [chwila przerwy na znalezienie odpowiedzi na chodniku]. Z wielokulturowością, bo przecież tam pracują ludzie z całej Unii”.

 

Pan pod krawatem: „Z czekoladą, jak cała Belgia zresztą. A można wiedzieć, czemu pan pyta?”. „Pytam, bo ta biblioteka skojarzyła się komuś z Brukselą i szukam uzasadnienia”. „A to bardzo trafione skojarzenie. Powiem Panu, że teraz mi się też kojarzy tak samo”. „Dlaczego?”.
„Przecież to wybudowano za pieniądze z Unii”.

 

Pointa może mało wyszukana, ale trafiona. Wkład z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w budowę CINiBA wyniósł prawie 53 000 000 złotych. Żeby było jeszcze bardziej po europejsku – licząc według kursu 4,15 PLN/EUR (na 29.04.13) to 12 729 806 euro.

 

Imiona bohaterów nie zostały zmienione, ale to chyba moja ulubiona klauzula wieńcząca reportaż, więc pozwoliłem sobie na odrobinę prywaty.

 

Tekst: Mateusz Przybylski
Korekta: Agnieszka Stanecka
Fotografia: wikipedia (1,2) Marek Grajcar (3)
Licencja:
Wszelkie prawa zastrzeżone

 

comments powered by Disqus