Tu jesteś
costam
na marginesie:

Andrzej Urbanowicz

1938 - 2011, artysta wizualny, związany z Katowicami, gdzie mieszkał i pracował. Był uważany za ikonę polskiego undergroundu artystycznego.

Laureat konkursu | Na zapleczu rzeczywistości*

Codziennie tysiące przechodniów mija to miejsce. Wielu nie zna nawet nazwy ulicy, którą idą. Ci bardziej zabiegani zatrzymują się tam tylko przy okazji czerwonego światła. Ci, którym dane było wejść do środka choć raz, prawdopodobnie już nigdy nie przejdą tamtędy obojętnie.

Narożne wieże starej kamienicy przy Piastowskiej w Katowicach być może dają odczuć, że mieści się tam coś niezwykłego. Jednak prosty napis PRACOWNIA, umieszczony przy domofonie obok głównych drzwi, mylnie kieruje naszą uwagę jedynie na ogromne ilości płócien, farb i pędzli. Chyba niewielu, idących tam po raz pierwszy, domyśla się, co naprawdę kryje się za drewnianymi, oszklonymi drzwiami i niezliczonymi schodami, prowadzącymi aż na strych.

Już unoszący się na klatce schodowej zapach starego drewna i wiekowych murów sprawia wrażenie, jakby doskonale pamiętały one początek roku 1960, kiedy to dwudziestodwuletni Andrzej Urbanowicz wraz z żoną Urszulą Broll wprowadzali się do przestronnego mieszkania na górze, które niedługo potem miało stać się nie tylko pracownią pary artystów, ale także centrum katowickiej kontrkultury. Wytarte przez setki butów schody nie pozwalają zapomnieć o tych wszystkich ważnych postaciach, które na strychu kamienicy na Piastowskiej znajdowały niejednokrotnie ostoję wolności – jedną z niewielu w zniewolonym kraju.

Strudzeni wspinaczką na sam szczyt wędrowcy mają szansę złapać oddech w przedsionku dobudowanym do pracowni w latach siedemdziesiątych, kiedy ta zaczęła przekształcać się w zendo. Niegdyś do środka „zapraszali” dwaj strażnicy Dharmy, ustawieni po obu stronach wejścia. Dziś o zainteresowaniach gospodarzy tego miejsca mówią powyklejane w małym pomieszczeniu plakaty.

Przekroczenie progu to wejście w zupełnie nową, nieznaną i charakterystyczną tylko dla tego miejsca rzeczywistość. Pracownia daje zmysłom prawdziwe pole do popisu. Zapach starych mebli, farb i kadzidła miesza się tu z dymem tlącego się gdzieś na małym stoliku papierosa. Kalejdoskopowość barw, punktowe światło i mnogość kolorowych, pozawieszanych przy suficie materiałów nasuwają skojarzenia hipisowskich komun. W tym natłoku dziwnych przedmiotów, jakby wyciągniętych z alchemicznego laboratorium, nie sposób pominąć wiszących na ścianach czy opartych o meble obrazów. Niczym w psychodelicznym transie: wypełzają z nich wzorzyste, barwne węże, które kierują nasz wzrok na kokietującą z kolejnego płótna Lilith czy oślepiające zygzakowatymi promieniami słońce i zawracają, by pożreć własny ogon. Każdy element tego magicznego panopticum wydaje się mieć tu swoje specjalne, przynależne tylko jemu miejsce.

 


 

Wśród wysłużonych mebli nie sposób przejść obojętnie obok obitych materiałem foteli, które wręcz zachęcają, by w nich usiąść i zagłębić się w dyskusje, jakie toczyli tu Andrzej, Urszula, Henryk Waniek, Antoni Halor i Zygmunt Stuchlik – członkowie kręgu Oneiron. Być może to właśnie na nich zrodził się pomysł stworzenia pełnych symbolicznych i ukrytych treści Czarnych Kart.

Wśród bogatego wachlarza zainteresowań grupy przyjaciół prym wiodły: kultura, wierzenia i mitologie, symbolika, okultyzm, odmienne stany świadomości, alchemia, magia. Te i wiele innych treści znaleźć można w pokaźnej bibliotece. W bogatym księgozbiorze wielcy alchemicy toczą dysputy z mędrcami Wschodu, kolorowe okładki mieszają się z pożółkłymi kartkami, a tytuły tworzą momentami językową wieżę Babel. Nie sposób już  dociec, które z nich przyniósł Andrzej w latach sześćdziesiątych z katowickiego antykwariatu na Gliwickiej, który był kopalnią wiedzy ezoterycznej, a które wróciły z nim ze Stanów Zjednoczonych, gdzie prowadził swoją własną księgarnię. Pewnie łatwiej byłoby wybrać z nich te najbardziej dla tego miejsca istotne – wydane nakładem podziemnego wydawnictwa, które prowadzili wspólnie z Urszulą Broll. Chyba jedynie sam Andrzej mógł wskazać bezbłędnie w tym zróżnicowaniu tłumaczone razem z Henrykiem Wańkiem buddyjskie teksty: Tybetańską Księgę Umarłych, Wprowadzenie do buddyzmu Zen czy Trzy filary Zen.  Choć strażników Dharmy, stojących pierwotnie w przedsionku, już w pracowni nie ma, ze ścian ciągle spoglądają Buddowie, a modlitewny młynek leży jakby gotowy do kolejnego obrotu. Dziesiątki tych osobliwych przedmiotów pamiętają zapewne czasy, gdy odbywały się tu pierwsze w Polsce siedzenia zazen, a pracownia zamieniała się w zendo; gdy zorganizowano tu spotkanie ze słynnym Philipem Kapleau i wydawano pierwszy buddyjski periodyk „Droga”, a następnie „Droga Zen”.

Wschodni mistycyzm, jak nigdzie indziej, w nadzwyczaj harmonijny sposób miesza się tu z przedziwnym, magicznym erotyzmem. Falliczne figurki stoją tu niczym rytualne przedmioty, a nagi manekin przywołuje na myśl sztukę urodzonego w Katowicach Hansa Bellmera. Ocalone przed zapomnieniem i obdarowane całkiem nowym życiem lalki z każdej niemal strony bacznie obserwują, co dzieje się we wnętrzu. Trudno wyobrazić sobie dla nich lepsze miejsce niż siedzibę powstałego tu w 2000 roku Towarzystwa Hansa Bellmera, ekscentrycznego katowiczanina, promującego sztukę i formy twórczości związane z surrealizmem.

W rogu skórzane, wiekowe walizki leżą jakby jeszcze nierozpakowane po powrocie ze Stanów Zjednoczonych, po pobycie w Kamieńczyku, po odwiedzinach u przyjaciół w Szklarskiej Porębie. Może nawet brały udział w wyjeździe do Stronia Śląskiego, gdzie Andrzej przeżywał swoje pierwsze doświadczenia psychodeliczne.

Pracownia od początku swego istnienia była miejscem, gdzie rodziły się różne formy artystycznego wyrazu. To tu powstał pomysł happeningu Życie i śmierć Joanny D’Arc. Tutaj też budziły się do życia dwa zespoły teatralne: Oneiron 2 i Oneiron 3. Miejsce to miało swą szczególną zasługę w powstaniu pierwszego w Katowicach wegetariańskiego baru Złoty Osioł, którego wystrój zaprojektował sam Andrzej.

Nie brak w pracowni także zagadkowych obiektów, które w tym osobliwym zestawieniu wyglądają jak rekwizyty adepta magii. Proroczy czarny kruk wydaje się tylko czekać, by wzbić się w powietrze. Zagadkowe alchemiczne i kabalistyczne symbole znajdują tu miejsce obok map nieba i astrologicznych tablic. Wszechobecne mandaliczne formy wprowadzają w tę wielorakość ład i harmonię.

W ciągu ponad pięćdziesięciu lat istnienia pracowni przewinęły się przez nią takie postaci, jak wspomniany już Philip Kapleau, poeta Allen Ginsberg, zaprzyjaźniony z tym miejscem Zdzisław Beksiński, Jerzy Prokopiuk, malarz Erwin Sówka, Julian Przyboś, Tadeusz Sławek, Marian Bogusz i wielu innych przedstawicieli polskiej kultury i nauki.

Pomimo nieuchronnie upływającego czasu miejsce to jest wciąż żywe. Ciągle tchnie młodą, kreatywną energią. Między innymi dzięki opiekującej się pracownią Małgosi Borowskiej pozostaje niezmiennie kluczowym miejscem na kulturalnej mapie regionu, organizuje niecodzienne wydarzenia, wciąż jest przestrzenią, w której toczą się dyskusje, rodzą pomysły, zawiązują przyjaźnie.

 

*Tytuł jest jednocześnie tytułem wiersza Allena Ginsberga.

Autor: Samuela Słoń

Fotografie: Udostępnione dzięki Towarzystwu Bellmer. Autorem fotografii w tekście jest Bartek Barczyk.


Licencja: wszelkie prawa zastrzeżone.

 

comments powered by Disqus