Tu jesteś
costam
na marginesie:

Bytomski Jarmark Staroci

odbywa się co miesiąc w pierwszy piątek i sobotę miesiąca na terenie bytomskich Szombierek, przy ulicy Modrzewskiego 3. Wystawców, handlarzy, poszukujących i kupujących można tam spotkać w godzinach 7.00-15.00.

Ryczów

miejscowość położona na terenie gminy Ogrodzieniec. Wyjątkowa i malownicza ze względu na znajdujące się tam jeszcze drewniane chatki z pelargoniami na parapetach, ostańce wapienne (dobre do wspinania, skakania lub fotografowania) oraz pozostałości po szlaku warowni z XIV wieku.

Wojciech Jagielski

współzałożyciel Fundacji „Stara Szkoła”, rzeźbiarz, zbieracz starych ławek i kałamarzy, smakosz pierników.

Bytomski targ staroci. Ludzie bezcenni

Ludzie bezcenni

Jest sobota. Bytom. Miasto właśnie się budzi. Słońce wspina się po kamienicach, tramwaje rozjeżdżają rosę na szynach, a światła leniwie zmieniają się na przejściach.

Ulica Modrzewskiego znajduje się za wielkim cmentarzem. Miejsca dopasowane jak elementy jednej układanki. Trochę tak, jakby tutaj zostawali Oni, a za płotem ich rzeczy. Fotografie, uśmiechy, wakacje, pocałunki.

Na parkingu gęsto. Przed wejściem tłum. Starsi panowie okupują stoliczek z klaserami. Szeleszczą papierowymi kalkami, wskazują, zakręcają palcem wąsy, liczą ząbki, mruczą, kucają, przysiadają. Dalej rozłożone na asfalcie kocyki, na nich trzy piękne kieliszki z zieloną nóżką. Cena: 50 złotych. W słońcu błyszczą gabloty. Mienią się szkiełka, kryształki, okulary.

– Tutaj to jest w zasadzie taki trochę śmietnik – mówi siedząca na leżaku brunetka. – We Włoszech taki targ to dopiero robi wrażenie. Można znaleźć masę pięknych, cennych rzeczy. Tutaj też są cenne okazy, ale jak się człowiek przejdzie, to raczej same rupiecie.

Jest  gwarno. W powietrzu unosi się kurz. Ludzie przystają, rozmawiają, kupcy spotykają  zbieraczy, a rzeczy swoich nowych właścicieli. Każdy drobiazg jest tutaj tym jedynym. Nawet jeśli jest to największy i najbardziej nieużyteczny klamot, jest on rupieciem unikatowym. Jego  produkcja dawno już się skończyła, mógł być zegarkiem oglądającym pierwszą wojnę i drugą, odmierzającym czas między jedną ucieczką a drugą, nakręcanym codziennie, setkami zmieniających się rąk. A to mogły być zwykłe nożyczki wiejskiego fryzjera, który strzygł wszystkich tak samo, a które dziś leżą razem z innymi zardzewiałymi nożyczkami w metalowym pudełku.

– Tu była bieda, tu mieszkali górnicy. Jak coś było cennego, to jedna wojna, druga wojna, ograbili, wywieźli. A potem komuna zniszczyła. Wszystko, co było przedwojenne, stare, po dziadkach, było palone. My chyba byliśmy wychowywani w takiej mentalności. Jakoś nie miało się szacunku do takich „skarbów” – opowiada mężczyzna wystawiający monety.

Potencjalni klienci jak węże pustynne meandrują między straganami. Targ staroci to nie tylko rzeczy. To przede wszystkim ludzie. Każdemu można by przykleić kartkę. Wycenić. Choć to bardzo trudne. Na ogół raczej przeceniamy, a jeszcze częściej nie doceniamy.

– W latach 70. nikt nie chciał mieszkać w domach, wszyscy uciekali do bloków, była ciepła woda, ogrzewanie. Pamiętam, ciotka moja (jak ja byłam dzieckiem) w Będzinie, w kamienicy, gdzie były trzyipółmetrowe mieszkania, miała taki pokój, który był przeolbrzymi, z dwoma oknami. I ona  była przeszczęśliwa, kiedy z tej kamienicy przeprowadzała się na Warpię, to jest blokowisko dziesięciopiętrowców. Ale na przykład ten pan – wskazuje na mężczyznę w niepozornej czapeczce – kupił sobie szkołę! Starą, drewnianą. Była przedwojenna, ale po wojnie jeszcze funkcjonowała. Potem przeniesiono ją pewnie do jakiejś tysiąclatki. Pan sobie kupił i teraz chodzi po giełdach staroci i zbiera do kompletu stare ławki, jakieś kałamarze.

Pan w czapeczce uśmiecha się, potwierdzając.

– Gdzie ma pan tę szkołę?

– W Ryczowie. 

 

 

Chatka z piernika

Dotrzeć tu niełatwo. W okolicach Pyrzowic pada nam GPS. Samochód – noworodek, ma dopiero dwa dni. Nie mamy mapy, nie znamy drogi, jedziemy w stronę słońca. Zaczynają się wzgórza i górki. Samochód faluje. Droga marszczy się jakby na poczekaniu. Po prawej stronie ruiny. Ogrodzieniec. Złoty zamek. Jak za króla Kazimierza. Słońce regeneruje jego osteoporozę. Drogowskaz. Jest Ryczów.

– To tam – pokazuje kobieta idąca pod górę – prosto i w lewo.

Czyli w pole.

Na skraju lasu stoi chatka. W niczym nie przypomina dzisiejszych szkół – molochów. W   dole rozsypanych kilkanaście domków, zza których jak pieczarki wyrastają białe skałki. Ulica wije się w dół wzdłuż drewnianych płotów, czarnych kotów, skręca obok kapliczki, biegnie przez śpiące łąki i wpada prosto do lasu.

Drzwi ustępują. Od wewnątrz wyglądają jak tabliczka gorzkiej czekolady. Na werandzie jest ciemno. Parapety obładowane naczyniami wypalonymi z gliny. Na podłodze konie na biegunach i czerwonodziobe bociany. Klocki drewna pod schodami, sterty dziwnych narzędzi, resztki trocin.

Anioły ze skrzydłami i bez, pomalowane i te jeszcze czekające na makijaż. Pachnie tu łąką i lasem. Podłoga skrzypi przyjemnie. Sufit wysoko jak niebo. Wszędzie wycinanki. Na sznureczkach cudeczka. Pod nogami prężą się dwa koty. Już nas wyczuły. Jesteśmy. Stoimy w sercu tego domu. Słuchamy tego nieznanego bicia. Może rycia. Korników? Przez szparę sączy się wąska smuga światła. 

Warsztaty rękodzieła

W niedużej izbie, przy dwóch długich stołach, siedzi kilkanaście kobiet. Różne. Młode i stare. W sweterkach, w beretach. Wszystkie aż podskakują z przejęcia, rozmawiają, śmieją się, ale przede wszystkim skupiają na tym, co robią. A robią choinki. Z pierników. Ale tylko z gwiazdek. Smarują lukrem, od największej do najmniejszej. A na wystające płatki przyklejają coś jak czeskie Lentilky. Uwijają się jak w fabryce Świętego Mikołaja. Rozmawiają o swojskich jajkach, które poszły na Śląsk, o kluskach z obiadu. Wszystko pod czujnym okiem Doroty, która prowadzi tutaj warsztaty.

Wśród kobiet  jest jedna, która pamięta czasy budowania szkoły. Pani Janina. Drobna, z siwymi włosami. W niebieskim sweterku. Właśnie skończyła lukrować choinkę.

– Mchem ubijałyśmy. Takie młode dziewczyny, tośmy to robiły. Bo to był czyn społeczny. A państwo nie dało ani grosza. To zrobili tu zabawę. I każdy szedł. Bo każdy tę szkołę chciał. No a później znowu prace ruszyły. Tynkowanie. Myśmy ten mech ubijały.

Rozmawiamy dobre pół godziny. Pani Janeczka rysuje całe swoje życie. O tym, jak została bumelantką, jak siedziała w areszcie, a potem awansowała na szefową Koła Gospodyń Wiejskich. I o synu, i o łokciu. Ma takie zmarszczki, jakich dziś już każdy się pozbywa. 

 

 

Wojtek Artysta

Jest i Wojtek. Wygląda inaczej niż ostatnio. Może dlatego, że nie ma czapki. Na oko lat czterdzieści parę. Kraciasta koszula, spodnie robocze, pobrudzone farbą albo podjadanym wcześniej lukrem. Stoi z boku, przynosi krzesła.

Wychował się na warszawskim Śródmieściu. Był uczniem liceum plastycznego. W 1981 roku wyjechał do Szwecji. Spędził tam dziewięć lat. Dostał się na stypendium z IKEA i studiował architekturę wnętrz. Potem wrócił znów do Warszawy. Mówi, że w Szwecji nigdy nie czuł się do końca dobrze. W galerii handlowej w Jankach otworzył swoje stoisko „Fabryka Wnętrz”. Po towar jeździł do Poznania. Tam poznał Dorotę, mieszkankę Ryczowa.

– Byliśmy tu kiedyś na festynie – opowiada. – Naprzeciwko jest nowa szkoła, tysiąclatka. I zobaczyliśmy pierwszy raz ten budynek. Stał odłogiem. Podobno jakiś facet chciał go kupić na dyskotekę, ale gmina się nie zgodziła. I jakoś tak to było. Najpierw Dorotka miała tu zajęcia plastyczne z dziećmi. Ja w 2000 roku zamknąłem „Fabrykę Wnętrz”. Postanowiliśmy kupić tę szkołę.

Na prymusa nie wygląda. Raczej na rozrabiakę. Takiego urwisa.

– Czy lubiłem chodzić do szkoły? Ja? – śmieje się speszony. – No różnie z tym bywało. Im dłużej, tym bardziej, ale na początku mało co. Ta szkoła to trochę przypadkiem. 

Urzekł ich budynek. Z zewnątrz cały drewniany. Gmina chciała go rozebrać. Młodzież wybijała okna, a to ich rodzice i dziadkowie budowali tę szkołę. Sami znosili drzewo. Zbierali grosz do grosza.

– Wkurzyłem się trochę, bo wszyscy tylko mówią o ryczowskim zamku, a nie widzą, że obok stoi coś tak pięknego, i pozwalają, żeby to zniszczyć.

Wojtek pierwszy raz podnosi głos. Na ogół jest bardzo spokojny i opanowany. Nie lubi mówić o sobie. I to nie dlatego, że nie chce, tylko mówienie o sobie uważa za mało istotne. Żyje z tego, co sam zrobi. Jest specjalistą w rzeźbieniu w starym drewnie. Zajmuje się tym od siedmiu lat. On rzeźbi, ona maluje te gołe anioły, koty i konie. Mają trzy kioski z pamiątkami. Na pytanie, czy jest artystą, odpowiada: – Trudno powiedzieć. Ale to, co udało mi się zrobić, i to, co jeszcze mam zamiar zrobić, to jest to, czego się bałem całe życie.

Ławki z duszą

Pomieszczenie, w którym jesteśmy, nie jest zbyt duże. Ma być większe, bo są plany wyburzenia ściany i połączenia dwóch mniejszych izb w jedną. To tutaj zostanie zrekonstruowana klasa z przedwojennymi ławkami, starą tablicą, liczydłem gdzieś w kącie i kałamarzem na katedrze.

– Zawsze coś zbierałem. Od dziecka w coś grałem, czymś handlowałem, wymieniałem się znaczkami. A teraz głównie zbieram różne meble do tej mojej szkoły.

Najpierw była ławka. Jakaś jedna, kupiona na targu staroci. Później na internetowej aukcji ktoś sprzedawał trzydzieści trzy ławki. Przywieźli je z Tucholi. Czterdzieści trafiło do niego z jednej z gliwickich szkół, dwanaście kolejnych kupił na kolejnej aukcji. Ławki secesyjne z końca XIX wieku znaleźli na giełdzie staroci w Łodzi. Upychają je po strychach. U siebie, u mamy i w szkole. Niektóre są takie, że tylko je umyć i można postawić, a inne trzeba wyremontować, bo się połamały. Jeszcze inne noszą ślady młodzieńczego „grawerowania”. Teksty raczej nie różnią się od tych, które i dziś można spotkać na ławkach. Może tylko brakiem wulgaryzmów.

– Sam ryłem. W pierwszej  klasie szkoły podstawowej usadzili mnie w takiej ławce. Siedząc w niej przez trzy lata, ryłem napis „Kocham Irkę”, bo przez dwa lata się w takiej Irce podkochiwałem. A jak Irka zobaczyła napis, zapytała, kto to wyrył. I kolega się przyznał, że to on był. W rewanżu przebiłem mu opony w rowerze.

 

 

Społeczność

Cała gmina ma dziewięć tysięcy mieszkańców. Cztery i pół mieszka w Ogrodzieńcu. W samym Ryczowie około dziewięciuset. O pracę tu ciężko, autobusy nie jeżdżą. Dobrze mieć samochód, choć do Ogrodzieńca można dojechać rowerem. Jest sklep, kościół i nowa szkoła, którą chcą zamknąć, bo nie ma dzieci. Średnio raz w tygodniu pojawiają się też poszukiwacze skarbów. Nic dziwnego, dookoła same zamki, a jak nie zamki, to ruiny i szlak warowni z XIV wieku. Idąc po wrzos, można się nadziać na miecz lub inne żelastwo od wieków leżakujące pod warstwą leśnego runa. Wojtek mówi, że to ich miejsce na Ziemi.

– Mnie tu się jeszcze marzy zrobić wystawę I wojny światowej. Bo tu w okolicach Ryczowa, a raczej w ogóle na Jurze, odbyła się jedna z największych bitew w skali Polski podczas tej wojny. Zginęło około miliona żołnierzy: austriackich, rosyjskich, również Polaków. I Ryczów w ciągu kilku dni (to było w połowie listopada 1914 roku) przechodził kilka razy z rąk do rąk. Warto by o tym przypomnieć – kończy Wojtek. – Bo jak nie my, to kto?



Tekst: Marta Knopik
Fotografie: Marta Knopik
Licencja: wszystkie prawa zastrzeżone.

comments powered by Disqus